Bp J. Pelczar: Pius IX i Jego Pontyfikat (16)

Część XVI – Masoneria, Komuna i Kulturkampf

W latach 1870 i 1871 odbył się sąd Boży nad Napoleonem III i nad Francją. Po klęsce sedańskiej lud paryski ogłosił 4 września rzeczpospolitą na której czele stanął rząd „obrony narodowej” (gouvernement de la defense nationale), złożony przeważnie z masonów (Favre, Gambetta, Simon, Pelletan, Picard, Cremieux, Jerzy Glais-Bizoin, Em. Arago, Garnier Pages, Rochefort). Prezydentem tego rządu i generalnym gubernatorem Paryża mianowany został jen. Trochu, wiceprezydentem Jul. Favre. Postanowiono walczyć do upadłego, ale błogosławieństwo Boże odwróciło się od Francji; wojska jej w 16 wielkich bitwach i wielu potyczkach zostały pobite, fortece, nie wyjmując Strasburga (27 wrześ.), Metzu (27 paźdz.) i Paryża (28 stycz.), zostały wzięte, kilkadziesiąt tysięcy zbrojnych zginęło, do 375.000 jeńców, 6.500 dział i 120 sztandarów wpadło w ręce zwycięzców.

Rzec można, że Francję pokonał wówczas nie tyle oręż pruski, ile moralny jej upadek, który spowodowały zasady r. 1789, wnikające przy pomocy częstych rewolucji i sekty masońskiej coraz głębiej w serce narodu, — dalej radykalne dzienniki, bezecne romanse, niemoralne widowiska, wiodące do zagłady wiary i rozpasania obyczajów, — wreszcie powszechny prąd materializmu, czyli szał wzbogacenia się i używania, ogarniający całe społeczeństwo, a przez rząd Napoleona III nie tylko nie wstrzymywany, ale owszem popierany. Wytykał to nieraz Pius IX; kiedy zaś sprawiedliwość Boża spuściła swą rózgę, starał się ją odwrócić swoją modlitwą, a chociaż rząd obrony narodowej przez pełnomocnika swego Senard pochwalił zabór Rzymu, on jednak nie przestał zajmować się losami Francji. (…) Ostateczny pokój zawarty został 10 maja we Frankfurcie. Mocą tegoż musiała Francja odstąpić Alzację i część Lotaryngii, a krom tego zapłacić do r. 1874 pięć miliardów franków.

Gorszym może dla niej ciosem była bratobójcza walka w Paryżu. Ledwie minęła zgroza oblężenia, a oto stronnictwo najradykalniejsze, pod nazwą „komuny”, przyszło tam do steru i wypowiedziało posłuszeństwo Zgromadzeniu narodowemu, trzymając się zasad, które członkowie internacjonału wypowiedzieli na zjeździe w Brukseli (w kwietniu 1871): Nie chcemy własności, bo własność jest krzyczącą niesprawiedliwością; nie chcemy religii, bo religia czyni człowieka bydlęciem i maszyną; nie chcemy Boga, bo człowiek sam jest bogiem; nie chcemy księży, bo księża są nieprzyjaciółmi i najzaciętszymi wrogami rodzaju ludzkiego. Dwudziestego szóstego marca nastąpił wybór 94 członków komuny, jako naczelnego rządu Paryża; równocześnie i po innych miastach starano się tworzyć podobne republiki „czerwone”, które z paryską miały utworzyć federację; ale po uwięzieniu Blanquiego udało się stłumić te ruchy. Komuna, złożona przeważnie z członków internacjonału, a popierana przez masonerję, była zaciekłą nieprzyjaciółką religii, toteż dekretem z 4 kwietnia ogłoszono rozdział Kościoła i państwa, zniesiono budżet wyznań, uznano majątek kościelny za własność narodową, prócz tego uwięziono arcybiskupa Jerzego Darboy, i wielu księży jako „serviteurs d’un nomme Dieu“, sprofanowano wiele świątyń, w których rozpasane kobiety miotały bluźnierstwa z ambon i piły z naczyń świętych, inne zaś obrócono na obrady klubów, lub zamknięto, napisawszy na drzwiach: „Fermee par la cessation du commerce“.

Zgromadzenie narodowe, obradujące od 20 marca w Wersalu, poleciło marsz. Mac-Mahonowi zdobyć Paryż szturmem, ale komuniści, którymi w końcu dowodzili Cluzeret, La Cecilia, Delescluze i niestety, Jarosław Dąbrowski, stawili rozpaczliwy opór. Ostatnie ich czyny odznaczyły się bezprzykładną dzikością; nie tylko bowiem zburzyli kaplicę ekspiacyjną, dom Thiersa i kolumnę Vendóme, nie tylko Louvre, Tuilerye, ratusz i wiele innych gmachów oblali naftą i spalili, ale wśród strasznych zniewag wymordowali zakładników i wielu księży, jako to, dnia 24 maja: Jerzego Darboy, arcyb. paryskiego, X. Deguerry, proboszcza kościoła św. Magdaleny, X. Allard, O. Ducoudray T. J., O. Clerc T. J . ; — dnia 25 maja: O. Captier, O. Bourard, O. Delhorme, O. Contralt, O. Chalagneret — Dominikanów i siedmiu innych; — dnia 26 maja: 55 uwięzionych, a między tymi: X. Sabattier, X. Planchat, kleryka Seigneret, O. Piotra 01ivaint T. J., O. Caubert T. J., O. Anatola de Bengy T. J., O. Radigne, O. Tuffier, O. Rouchouse, O. Tardieu; — dnia 27 maja: prałata Surat, X. Becourt, X. Houillon i kilku innych. Po strugach krwi i dymiących się zgliszczach weszli Wersalczycy do Paryża (28 maja), który w onych dniach był widownią scen prawdziwie infernalnych. Bolał nad tym ciężko Pius IX i acz sam biedny, posłał za pośrednictwem nuncjusza Chigiego 10.000 dla poszkodowanych przez wojnę i 60.000 dla obdartych przez komunę, podczas gdy kościoły paryskie zaopatrzył w naczynia święte. Dowiedziawszy się o śmierci arcybiskupa Darboy, wyrzekł: „Vi e qualche cosa del martirio“ i wspomniał o nim w encyklice z 4 czerw. 1871, za duszę zaś jego i reszty pomordowanych kazał 5 czerwca odprawić nabożeństwo w Santa Maria Traspontina.

Zdawało się, że te ciosy przywiodą Francję do opamiętania. Rzeczywiście, lud zwrócił się więcej do Boga, a Zgromadzenie narodowe nakazało modły po kościołach, w celu uproszenia miłosierdzia Bożego dla nieszczęśliwej ojczyzny; o czym słysząc Pius IX, padł na kolana i zawołał: „Teraz, o mój Boże, zlitujesz się nad moją ukochaną Francją“. Zaginął też z upadkiem Napoleona imperializm, który w ostatnich czasach stanął w obronie teorii gallikańskich. (…) W republice „konserwatywnej” życie religijne coraz silniejszym biło tętnem; mianowicie od roku 1871 pojawiła się tam silniejsza reakcja przeciw nurtowaniu internacjonału i profanacji świąt, a natomiast tworzyły się t. z. Comites catholiques, mające za podstawę swego działania encyklikę z r. 1864 z Syllabusem,i odbywały się gromadne pielgrzymki, lubo po części z kolorytem politycznym.

W Loudres n. p., patrzącym na częste a niezaprzeczalne cuda, zebrało się 6 paźdz. 1872 r., 8 biskupów, 20 deputowanych i 100.000 pielgrzymów; tam też stanęła wspaniała bazylika, poświęcona 2 lipca 1876 przez kard. Guiberta, w obecności 35 biskupów, przy czym statua Najświętszej Panny została przez nuncjusza Meglia imieniem Piusa IX uroczyście ukoronowaną. W Chartres 28 maja 1873 roku było 16 biskupów, 150 deputowanych i 40.000 wiernych. Kiedy po udzieleniu błogosławieństwa papieskiego zapytał biskup : „Czy chcecie być wiernymi Papieżowi i Kościołowi?” odpowiedziały tłumy: „Chcemy”, — a potem wołano: „Niech żyje Pius IX! niech żyje Francja! niech żyje Matka Boska!” Do Paray de Monial ciągnęły prawie bez ustanku pobożne gromady, śpiewając po drodze: Sauvez Rome et la France par votre Sacre- Coeur“. Dwudziestego drugiego czerwca 1873 pielgrzymowało tam przeszło 100 deputowanych Zgromadzenia narodowego, by u Serca Jezusowego wyprosić tryumf Stolicy św. i odrodzenie Francji, którą też Sercu Jezusowemu poświęcono. Niebawem
zaprowadzono również pokutne pielgrzymki do Ziemi św., a od roku 1875 pielgrzymki do Rzymu. (…) Zgromadzenie narodowe uchwaliło tymczasem ustawę, zaprowadzającą naukę wyznaniową i przypuszczającą do najwyższej rady szkolnej czterech biskupów (19 marca 1873); a pierw jeszcze wydało surowe prawo przeciw internacjonałowi (14 marca 1872). Byłoby ono poszło dalej na drodze zbawiennych reform, gdyby nie brak zgody u większości konserwatywnej i chwiejne postępowanie Thiersa, od 31 sierp. 1871 prezydenta republiki. (…)

Odrodzenie się Francji zdawało się bliskim, kiedy w Zgromadzeniu narodowym zapadła uchwała, by ex voto, a ze składek narodu, wybudować kościół na Montmartre w Paryżu (24 lipca 1873), który według wniosku kardynała Guiberta, miał być poświęconym Sercu Jezusowemu. Pius IX pobłogosławił tej myśli w pięknym liście do tegoż kardynała z 31 lipca 1873.
“Jeżeli według świadectw historii, — oto jego słowa — przy schyłku, ostatniego stulecia Francja oddaliła się jawnie od Boga, a krzewiąc nowe błędy, nie tylko sama trwała w tym oderwaniu, ale inne także narody sprowadziła na bezdroża: potrzeba było zaiste, aby ta, co podniosła chorągiew rokoszu, dała innym przykład skruchy i głośnym, a mężnym nawróceniem się do Boga starała się tak u siebie, jak gdzieindziej, naprawić naruszone przez nią podwaliny porządku. Powzięliśmy też dobre nadzieje, widząc, jak często i ze wszystkich stron wznoszą się modły ku świątyniom Najśw. Panny, słysząc, ja k wielką gorliwością Najśw. Serce Jezusowe rozpala dusze, patrząc wreszcie jak przedstawiciele narodu albo też wojska łączą się z innymi dla złożenia hołdów Najwyższemu i ubłagania Jego miłosierdzia. Ten błogosławiony i prawdziwie nadzwyczajny zwrot umysłów i serc ku niebu zdawał się wymagać pomnika, któryby uwiecznił to cudowne zdarzenie i przekazał potomności jego pamiątkę. Jakaż tedy była Nasza radość, kiedyśmy się dowiedzieli, że Zgromadzenie narodowe, popierając pobożne życzenia narodu, powzięło uchwałę zbudowania na najwyższym miejscu Paryża świątyni, która po wszystkie wieki świadczyć będzie, że Francja w tych czasach zamieszania i napaści na religię, hołdem powszechnym i uroczystym poświęciła się na nowo Bogu i ściślej zjednoczyła się z Nim. Nie wątpimy wcale, że zapowiedź tak wielkiej sprawy, mającej przywrócić Francji dawny zaszczyt mianowania się starszą córką Kościoła, będzie nader słodką pociechą dla katolików, i mamy silną nadzieję, że użyją oni skwapliwie wszelkich środków do wykonania tego projektu, aby ta święta budowla swoim majestatem uwidoczniła owo wielkie zdarzenie“. Do tego listu dołączył Pius IX dar 20.000 fr. (…)

Z drugiej strony złe żywioły, rozjątrzone zwycięstwem katolików na polu nauczania publicznego, uszykowały się do walki na zabój, a nie brakło ich w żadnej warstwie społecznej, bo wszakże sama akademia francuska przyjęła, mimo protestacji biskupa Dupanloup, do grona czterdziestu mistrza pozytywizmu Em. Littre (1872). 3) Przewodziła masoneria, nie tyle imponująca liczbą lóż, których w r. 1876 było 120 w Paryżu i w departamencie Sekwany, a 204 na prowincji, ile talentami i ruchliwością swoich członków, do których należeli prawie wszyscy głowacze ówczesnego stronnictwa republikańskiego (…) Działała ona nie tylko przez dzienniki, kluby i trybuny, ale dla ułatwienia propagandy republikańskiej i przeprowadzenia swej ulubionej idei, to jest, wyrugowania religii ze szkół, utworzyła przez „brata” Jul. Mace t. z. Ligue d’enseignement (1866), która około r. 1880 miała już 500 kółek prowincjonalnych (cercles locaux), zostających pod zarządem kółka paryskiego. Z lóż także wyszedł impuls do założenia stowarzyszeń pokrewnego ducha (…) Wszystkie te związki miały służyć za kadry armii bojowej, której głównym zadaniem było walczyć z „klerykalizmem”; nadto solidarni czyli wolnomyśliciele zobowiązywali się pod przysięgą, że nie dopuszczą do siebie kapłana za życia, ani po śmierci, a stąd że nie zezwolą na inny pogrzeb, jedno cywilny. Istni fanatycy w ateizmie, obrabiali, w tej myśli chorych i umierających po szpitalach; a nawet w Lyonie i gdzieindziej kupowali u biednych rodzin ciała zmarłych, by je potem chować po cywilnemu z ostentacyjnymi mowami, co wśród strasznej wrzawy lewicy wykrył minister Beule w Zgromadzeniu narodowym (1873).
Prócz tego powstały po miastach „grupy ateuszów” i antydeistów, dążących do usunięcia słowa „Bóg” ze wszystkich języków świata, jako „czczego utworu fantazji”; wśród robotników zaś, pozbawionych w znacznej części religii, wichrzyły już to stowarzyszenia rzekomo przemysłowe i filantropijne, jak n. p. „Compagnonnages, Societes de socours mutels” itp. już to sekcje internacjonału, których w r. 1876 było tamże 43. Za podmuchem tychże sekt niektóre rady miejskie wyrugowały duchowieństwo ze szkół, a dzienniki radykalne plwały bezkarnie na religię, szerząc natomiast ateizm i zasady rewolucyjne.
Równocześnie masoni na swoich agapach piorunowali przeciw „czarnej bandzie” i „bezecnej tyranii narzuconego człowieka*; a kiedy Mac-Mahon kazał zamknąć kilkadziesiąt lóż masońskich, bracia francuscy zawezwali pomocy braci angielskich. Stanął też między nimi „sojusz dobrych usług i pomocy pieniężnej”, po czym także bracia szwajcarscy i włoscy przystąpili do ligi, niemieccy zaś objawili swe sympatie. Mając za sobą taką falangę, postanowili masoni francuscy działać zaczepnie i najprzód nastraszyć opinię publiczną widmem klerykalizmu i obawą nowego najazdu pruskiego, w razie gdyby przeszło przy wyborach stronnictwo katolicko-monarchiczne, natomiast przeprowadzić jako kandydatów republikanów i masonów; następnie narzucić Mac-Mahonowi ministerstwo republikańsko-masońskie, a gdyby się opierał, zmusić go do dymisji i powołać na jego miejsce Thiersa, za którym stał, jako przyszły dyktator, Gambetta; wreszcie oczyścić stan urzędniczy z żywiołów konserwatywnych i rozpocząć na całej linii walkę przeciw Kościołowi. Plan ten wykonano zarówno sprytnie jak sprężyście; tymczasem w obozie katolickim panowała nieporadność i rozdwojenie (…)
Zaostrzyła się sytuacja, kiedy Mac-Mahon na czele nowego gabinetu postawił Jul. Simona, deistę i masona, lubo odcienia umiarkowańszego (14 grud. 1876). Już w styczniu 1877 pojawiły się w izbie deputowanych wnioski o zniesienie kapelanów wojskowych, wypędzenie Jezuitów i okrojenie budżetu, jakby heroldowie bliskiego „kulturkampfu” francuskiego, któremu atoli konserwatywna większość senatu stawiła chwilową zaporę. Rząd sam dał ostrzeżenie biskupowi Ladoue z Nevers za jego list do Mac-Mahona o położeniu Ojca św. i rozwiązał katolicki komitet w Paryżu; mimo to odbyło się tamże „zgromadzenie katolickie” (4—7 kwiet. 1877), a równocześnie podpisywano w całym kraju petycje do prezydenta, senatu i izby, by skłonić rząd do wystąpienia przeciw prawu „o nadużyciach duchowieństwa”, wniesionemu w izbie włoskiej. (…) Mac-Mahon zdobył się na heroizm, iż w miejsce Simona powołał ks. Broglie na naczelnika ministerstwa konserwatywnego, (18 maja 1877), a w orędziu swoim z 6 czerwca zażądał rozwiązania izby. Senat uchwalił to 149 głosami przeciw 130, ale równocześnie lewice izby i senatu wydały manifest w obronie zagrożonej rzekomo republiki, podczas gdy ich przywódcy, osobliwie zaś Gambetta, miewali po kraju podburzające mowy. Wskutek tej agitacji zwyciężyli radykalni w wyborach 14 paźdz. 1877, co zmusiło Mac-Mahona do zmiany gabinetu, a wreszcie do ustąpienia (30 stycznia 1879). Miejsce jego zajął Juliusz Grevy — bo Thiers 3 wrześ. 1877 umarł nagle na apopleksję — prezesem zaś izby został wszechwładny Gambetta. Było to hasłem do zaciętych z Kościołem zapasów, których pierwszym aktem było okrojenie budżetu wyznań, odwołanie fregaty „Kleber“ i protest ministra Bardoux przeciw bulli Piusa IX o nadawaniu stopni w uniwersytecie kat. w Angers (stycz. 1878). Poszły za tym już za Leona XIII wnioski ministra Ferrego o wychowaniu, przyjęte w roku 1878, dekrety rządowe (z 29 marca 1880) o Jezuitach i nieuprawnionych przez rząd kongregacjach, wykonane tegoż roku z oburzającym brutalstwem, usunięcie zakonników i zakonnic od nauczania w szkołach publicznych (1886), poddanie kleryków i księży obowiązkowi służby wojskowej (1888), rozwiązanie zakonów i kongregacji (1902), a za Piusa X zniesienie konkordatu i rozdział Kościoła i państwa (1905). (…)

Rok 1870 był rokiem wielkiego tryumfu dla Prus; nie tylko bowiem „wróg dziedziczny” doznał strasznego upokorzenia, ale powstało potężne „państwo niemieckie” (1 stycz. 1871), z królem pruskim jako cesarzem niemieckim na czele. Cała Europa pokłoniła się przed nową monarchią, której zadaniem, według słów Wilhelma I, miało być utrzymanie pokoju i obrona moralnych interesów. Tymczasem zaledwie ucichły działa nad Sekwaną, aliści zabrzmiało po całych Niemczech wojenne hasło: Dalej na Rzym! precz z Jezuitami i ultramontanami! (…) Cóż tedy wywołało tę walkę, zgubną dla Kościoła, zgubniejszą stokroć dla państwa? Główny jej sprawca, ks. Bismarck, trzy mianowicie podawał powody — powstanie, czyli jak się wyrażał, mobilizację frakcji centrum, narodowe aspiracje Polaków i ogłoszenie dogmatu nieomylności, jako najwybitniejszy objaw uroszczeń Kurii rzymskiej; lecz któż nie widzi, że były to tylko widma, wysunięte dla złudzenia i podrażnienia opinii publicznej. Źródła walki trzeba szukać głębiej, a przede wszystkim sięgnąć do dziejów. Prusy były od początku państwem protestanckim, Kościołowi katolickiemu nieprzychylnym, czego dowodem krzywdy wyrządzone mu przez Fryderyka II, Fryderyka Wilhelma II i Fryderyka Wilhelma III. (…)
Wiara w dziejową misję Prus wzrosła do olbrzymich rozmiarów i stała się w Niemczech prawie dogmatem. Mianowicie hr. Bismarck wysuwał coraz śmielej ideę zjednoczenia Niemiec pod egidą „cesarstwa ewangelickiego”, a szukając sprzymierzeńców, oparł się przede wszystkim na stronnictwie liberalnym (…), któremu za to przyrzekł rzucić na pastwę Kościół katolicki; i to nam tłumaczy, dlaczego hr. Bismarck zajął wobec soboru tak wrogie stanowisko, jak również, dlaczego już przed wojną r. 1870 takie po Niemczech głoszono hasła: „Najprzód na Francuzów, potem na Jezuitów”. Zaraz też po zawarciu pokoju z Francją, gdy już pomoc katolików nie była potrzebną, wypowiedziano im walkę, mimo że nie byli wcale nieprzyjaciółmi nowego cesarstwa.
Po wtóre, imperializm prusko-germański zidentyfikował się nie tylko z militaryzmem i centralizacją, ale także z teorią o wszechwładztwie państwa, która zrodzona w świecie pogańskim, wskrzeszona przez reformację, a rozwinięta przez panteistyczną filozofię Hegla, stała się podstawą prawa publicznego w Prusach, duszą całej machiny rządowej, aksjomatem biurokratów i uczonych, mianowicie znanych profesorów prawa: Hinschiusa, Dovego, Emil. Friedberga, Gneista, Wasserschlebena i innych. Według tej teorii, państwo oparte tylko na egoizmie i gromadzeniu materialnej siły, nie uznaje porządku nadprzyrodzonego, ani władzy duchownej, a jak się wyraził jeden z nowych rzeczników polityki pruskiej, Adolf Lasson, wysokie ideały moralności, sprawiedliwości i ludzkości nie istnieją dla niego wcale . Wola takiego państwa jest najwyższym prawem, tak, że po za nią niema już wyższej woli, niema przykazania Bożego. Jest to jakby wszechwładne bóstwo, rodzaj nowego Molocha, któremu wszyscy winni się kłaniać i wszystko składać w ofierze.
Konsekwentnie, Kościół katolicki ze swoim organizmem, przez Chrystusa Pana ustanowionym, ze swą władzą od władzy świeckiej niezależną, jest w takim państwie niemożebnym; co najwięcej, mógłby tam istnieć kościół państwowy, o którego ustroju, dogmatach, prawie i liturgii wyrokowałoby państwo, a który natomiast byłby narzędziem państwa i policyjną niejako instytucją, służącą do utrzymywania w rygorze poddanych. Wreszcie, od dawna pracowano nad zjednoczeniem Niemiec, a że rozdział religijny główną był do tego przeszkodą, przeto jedność religijna stała się ideałem wszystkich polityków i patriotów niemieckich. Środkiem do niej miał być narodowy kościół niemiecki, od Rzymu oderwany, a państwu podległy, w którym by katolicyzm zlał się z protestantyzmem. (…) Któż przewodził w tej walce? Nominalnym wodzem, podobnie jak w wojnie prasko – francuskiej, był cesarz Wilhelm, który upojony dumą i żądny większej jeszcze sławy, dał się łatwo ks. Bismarckowi i „braciom masonom” nakłonić do prześladowania Kościoła, skoro mu przedstawiono, że w ten sposób pomści krzywdy, wyrządzone Niemcom przez papieży, i skruszy nieprzejednanego wroga protestantyzmu, a za to zdobędzie sobie wielką w całych Niemczech popularność i dynastię swoją utrwali.
Głównym wodzem i motorem wałki był ks. Otton Bismarck, od pierwszego wystąpienia na widownię publiczną nieprzyjaciel Kościoła, bo wszakże jeszcze w roku 1853, jako poseł we Frankfurcie, podjudzał rząd badeński przeciw arcybiskupowi Vicari, a w piśmie do ministra Manteuffel (z 29 listop. 1853), występował przeciw „wojowniczemu, nienasyconemu i niepojednawczemu duchowi, jaki w ostatnim dziesiątku lat część kleru w krajach książąt ewangelickich owładnął”. Podkomendnymi jego byli ministrowie, osobliwie zaś Dr. Falk, człowiek zarówno sprytny jak cyniczny, a Kościołowi wrogi; podczas gdy armię szeregowców tworzyła posłuszna i do wszystkiego gotowa biurokracja. Wśród sprzymierzeńców i pomocników Bismarcka widzimy cały obóz liberalny, który dzięki opiece rządu miał przewagę w parlamencie niemieckim i w obu izbach sejmu pruskiego, przede wszystkim zaś stronnictwo narodowo-liberalne, z Bennigsenem, twórcą Nationalverein’u (w r. 1859) na czele; — widzimy profesorów i uczonych tegoż obozu (…), którzy bez wyjątku bili czołem przed bożyszczem państwa, a z których jeden, Emil Friedberg, nakreślił plan prześladowania Kościoła; — widzimy masonów, którzy w sprawie zjednoczenia Niemiec i w walce z Kościołem odegrali ważną rolę, a którzy około r. 1880 mieli w Niemczech 8 lóż wielkich i 436 lóż zwykłych, pod protektoratem „brata” Wilhelma i zastępcy tegoż, „brata“ Fryderyka Wilhelma; — widzimy plutokrację żydowską, pomocną rządowi, ale też popieraną przez rząd; — widzimy protestantów, nie tylko niewierzących, czyli członków Protestantenvereinu, ale i prawowiernych, którzy radzi byli z tego, że Kościołowi narzucono takie same kajdany, jakie oni od dawna dźwigali, a którzy nie pojmowali, dlaczego-Kościół się zżyma; — widzimy wreszcie starokatolików, którzy z obrzydliwym serwilizmem rzucili się pod nogi rządowi. (…)
Bronią wrogów w tej walce było najprzód kłamstwo i potwarz, potem ustawy, grzywny, więzienie i banicja. Od r. 1871 cała prasa urzędowa i nieurzędowa, ale zasilana z funduszu „gadzinowego”, miotała na Kościół i Stolicę św. oszczerstwa, którymi nawet, deputowani i ministrowie nie gardzili. (…) Aby otumanić ludzi, mających iskrę wiary i sumienia, głoszono ciągle, że to nie wojna z Kościołem, „który rząd szanuje i opieką otacza”, ale „z ultramontańskim jezuityzmem i obskurantyzmem”, w obronie zagrożonej cywilizacji XIX wieku, skąd poszła nazwa “Kulturkampf”; krom tego rozdmuchiwano wszystkie dawne nienawiści i uprzedzenia, iżby tę walkę uczynić popularną. (…)Dalszym ciosem był rozkaz gabinetowy z 8 lipca 1871 r., mocą którego zwinięty został wydział katolicki w ministerstwie spraw duchownych i oświaty, który obok wydziału ewangelickiego istniał tamże od 14 lutego 1841, a natomiast załatwianie interesów obu wydziałów powierzone zostało jednemu wydziałowi. Stało się to w tym celu, aby wyrugowawszy katolików z ministerstwa, tym łatwiej ukryć i przeprowadzić zamiary rządu; nie obcą była mu też myśl odwetu za Syllabus i sobór watykański, jak to urzędowy dziennik Propincial-Correspotidenz jawnie wyznał. (…)Następny cios wymierzył Bismarck nie sam, ale użył do tego bawarskiego ministra oświaty, Lutza. Podczas sesji jesiennej parlamentu niemieckiego wniósł tenże minister, aby w dodatku do §. 130 kodeksu karnego postanowiono karę więzienia aż do dwóch lat na każdego kaznodzieję, który by publicznie w kościele lub na innym do religijnych zgromadzeń przeznaczonym miejscu, wobec większej ilości ludzi, sprawy państwa wziął za przedmiot ogłaszania lub roztrząsania, w sposób narażający na niebezpieczeństwo spokojność publiczną. Za pomocą tego prawa, nazwanego lex Iutziana, chciał kanclerz niemiecki zamknąć usta kaznodziejom, by nie mogli oświecać ludu o zgubnych zamiarach rządu, lud zaś poniżyć do roli szpiegów i wprowadzić tajną policję do kościoła. Chociaż mówcy katoliccy (…) wykryli całą ohydę tegoż prawa, mimo to przeszło ono 179 głosami przeciw 108 i otrzymało sankcję cesarską (10 grud. 1871). Była to tylko zapowiedź nowych edyktów.
W lutym 1872 minister oświaty Dr. Falk, następca nie dość liberalnego Miihlera (od 22 stycznia), wniósł do sejmu projekt, aby odjąć duchowieństwu prawo dozoru nad szkołami ludowymi i powierzyć je urzędnikom państwa. Było to pogwałceniem konstytucji pruskiej (…) lecz rząd pruski nie zważał na konstytucję, ni na zaprzysiężone traktaty, gdy szło o pognębienie katolików w ogólności, a Polaków w szczególności. Toż i teraz, by zdobyć absolutny monopol w szkołach i wyrzucić z nich Kościół, przeprowadził w obu izbach prawo o dozorze świeckim, a 11 marca otrzymało ono sankcję. Był to pierwszy krok do Utworzenia szkół bezwyznaniowych. Niebawem zjechali się biskupi do Fuldy, a skoro poprzednie ich podania do sejmu i króla żadnego nie odniosły skutku, wezwali okólnikiem z 11 kwietnia duchowieństwo, aby i nadal z podwojoną gorliwością udzielało naukę religii i wykonywało inspekcję szkół w obrębie parafii, poza parafią zaś tylko za osobnym zezwoleniem ordynariatu.
Tymczasem Falk zabrał się nie tylko do zakonów i kongregacji zakonnych, uczących w szkołach, ale nawet do biskupów. Najprzód padł ofiarą X. Adolf Namszanowski, od r. 1868 biskup połowy cum jurisdictione ordinaria. Kiedy tenże w roku 1872 usunął od pasterzowania ekskomunikowanego starokatolika Grunerta, i wzbronił kapelanowi XV-ej dywizji, Lunnemannowi, odprawiania nabożeństwa w kościele garnizonowym św. Pantaleona w Kolonii dlatego, że władze wojskowe starokatolikom wspólnego używania tegoż kościoła dozwoliły, został z rozkazu ministra wojny Roon’a zawieszony w urzędowaniu, wraz z generalnym wikarym Parmetem, a krom tego wytoczono mu proces (28 maja). Wprawdzie trybunał dyscyplinarny, uznawszy się niekompetentnym w tej sprawie, nie znalazł w jego postępowaniu żadnej winy nad tę, że bez pozwolenia własnej władzy udał się na konferencję biskupów do Fuldy : ale rząd, miasto rehabilitować biskupa, kazał mu zabrać wszystkie oznaki i przybory pontyfikalne, kosztem państwa sprawione, mimo że Stolica św. zarządzenia jego co do nabożeństwa w Kolonii pochwaliła. (…) Niemiłe zatargi z rządem miał także arcybiskup koloński Melchers o wyklęcie profesorów w Bonn (w marcu 1872), biskup wrocławski Forster o wyklęcie profesora Dr. Reinkensa, biskup Warmiński Krementz o wyklęcie XX. Wollmanna i Michelisa (4 lip. 1871). (…)
Równocześnie rozpoczął kanclerz wojnę z Rzymem. (…) Odwetem Bismarcka (…) miał być także okólnik dyplomatyczny z 14 maja 1872, zakomunikowany w drodze poufnej wszystkim rządom, a wzywający je do zgodnego działania przy bliskim wyborze papieża. Treść tegoż była następująca: Pius IX podupadł na zdrowiu, i prędzej czy później musi nowy wybór nastąpić. Dla rządów, mających poddanych religii katolickiej, jest to rzecz niezmiernej wagi, bo papież wykonywa w ich krajach prawa nieomal monarsze. Obowiązkiem ich jest przeto zastanowić się, czy mają nowy wybór uznać lub nie ; gdyby bowiem rządy, lub ich większość, odmówiły papieżowi uznania, urzędowanie jego byłoby niemożebnym. Krok ten jest dzisiaj tym więcej usprawiedliwiony, że wyroki soboru watykańskiego o nieomylności i jurysdykcji papieża zmieniły całkowicie jego stanowisko wobec rządów i biskupów, tak że dziś, po skoncentrowaniu całej władzy w rękach papieża, biskupi są tylko narzędziami i urzędnikami obcego monarchy, i to monarchy, który mocą swej nieomylności jest zupełnie absolutnym. Słuszna zatem, by rządy wymagały gwarancji, zanim jakiemukolwiek papieżowi pozwolą wykonywać tak rozległe prawa, i aby się pierw porozumiały, od jakich warunków uznanie przyszłego wyboru mają uczynić zawisłym. Ileż tu fałszów, a jak przewrotna tendencja! Rządy odgadły to łacno i nie poszły na lep Bismarcka.
Nie mogąc dosięgnąć papieża, postanowił zgnieść przynajmniej „pretoriańską jego gwardię” — Jezuitów (…) W lożach, w Protestantenvereinie i na radzie Bismarcka zapadł wyrok potępienia. Parlament niemiecki, pomimo 1392 petycji za Jezuitami, pomimo świetnych mów (…) powziął 19 czerwca 1872 181 głosami przeciwko 93 uchwałę tej osnowy: „Zakon Towarzystwa Jezusowego i spokrewnione z nim zakony lub podobne do niego kongregacje wykluczone są z krajów cesarstwa niemieckiego. Erekcje nowych tego rodzaju domów są zakazane. Domy zaś istniejące mają być rozwiązane w przeciągu czasu, jaki rada związkowa oznaczy, który jednak sześciu miesięcy przekroczyć nie może. (…)”Katolicy nadreńscy wysłali jeszcze deputację do cesarza, z prośbą, aby odmówił temu prawu swej sankcji, ale cesarz deputacji nie przyjął i prawo podpisał (4 lipca). Zostało ono następnie rozciągnięte na Alzację i obostrzone przepisami rady związkowej; wzbroniono bowiem Jezuitom „wszelkiej działalności zakonnej, mianowicie zaś działalności w kościele i szkole, jako też odprawiania misji“, a wykonanie tego dekretu (z 5 lip.) poruczono władzom policyjnym, które wskutek tego nie pozwoliły Jezuitom nawet cichej Mszy św. odprawiać we własnej kaplicy. Postępowanie rządu przy wypędzaniu członków Towarzystwa Jezusowego i spokrewnionych z nim zakonów, do których dekret rady związkowej z 20 maja 1873 zaliczył: zgromadzenie Redemptorystów, Lazarystów, Kapłanów Ducha św. (…) i związek Najśw. Serca Jezusowego (Societe da Sacre Coeur de Jesus), było tak niegodziwe, że katolicy obcych krajów, mianowicie w Anglii, nie mogli ukryć swego oburzenia. (…)
24 czerwca 1872, mając przed sobą Niemców, zamieszkałych w Rzymie, [Pius IX] tak się odezwał: “(…) Co się zaś tyczy owego prześladowania, jakie teraz w ojczyźnie waszej wybuchło, przeciwstawcie mu modlitwę i wytrwałość. Krom tego stawcie im czoło, używając jako środka dziennikarstwa i publicznego słowa; działajcie zarówno z rozwagą, jak ze stałością. Bóg chce, aby szanowano władzę, ale chce także, aby dano świadectwo prawdzie i zwalczano błędy. Mamy tu do czynienia z prześladowaniem, które z dawna przysposobione, teraz wybuchło. Pierwszy to minister potężnego mocarstwa stanął na czele tego prześladowania, osiągnąwszy świetne korzyści wojenne. Kazałem mu oświadczyć, a nie ma to być tajemnicą, niech cały świat o tym się dowie, że tryumf bez umiarkowania nie jest trwały, że tryumf, zapuszczający się w walkę przeciw prawdzie i przeciw Kościołowi, jest największym szaleństwem. (…)Wznieśmy zresztą wzrok do Boga; nie wahajmy się w ufności, wytrwajmy w jedności. Kto wie, czy wkrótce nie odłamie się w górze kamyczek, który zdruzgoce podstawę kolosu. Ale jeśli Bóg zechce nawet dopuścić, aby dalej trwało prześladowanie, i wtedy Kościół nie zatrwoży się. Przeciwnie, wśród prześladowań oczyszcza się Kościół duchowo, wzmacnia się i przyozdabia nową pięknością. Niewątpliwie potrzebnym jest częściowe oczyszczenie Kościoła, a to dokona się przez prześladowania, wychodzące od potężnych władz politycznych. Wtedy to chwast oddzieli się od pszenicy i zagrodzi się wszelkiej połowiczności. Czekajmy z całą ufnością, co Bóg. przeznaczy. Okazujmy rządowi poszanowanie tak długo, dopóki nie nakazuje nam czegoś sprzeciwiającego się przykazaniom Boga i Kościoła. (…)”
Silniej przemówił w alokucji z 23 grudnia 1872: „Boleść nasza nie pomału się wzmaga, kiedy spojrzymy na srogie prześladowanie, jakie gdzie indziej, a zwłaszcza w nowym cesarstwie niemieckim, Kościół ponosi, gdzie nie tylko skrytymi machinacjami, ale także otwartą przemocą obalić go usiłują; tam bowiem ludzie, którzy nie tylko nie wyznają naszej wiary św., ale zgoła nie znają jej wcale, śmieją przywłaszczać sobie prawo orzekania o dogmatach i władzy katolickiego Kościoła. Nadto w chwili, gdy najsrożej prześladują, głoszą jeszcze bezwstydnie, że żadnej mu nie wyrządzają krzywdy, a dodając jeszcze potwarz i szyderstwo, winę srożącego się prześladowania zwalają na katolików, iż ich biskupi, kler i lud nie chcą przenieść ustaw i rozporządzeń rządowych nad prawa Boże i kościelne, ani sprzeniewierzyć się obowiązkom, jakie religia nakłada. Daj Boże, aby władze świeckie, licznymi nauczone doświadczeniami, przekonały się w końcu, że wśród ich poddanych ci właśnie najgorliwiej oddają cesarzowi, co jest cesarskiego, którzy z całą sumiennością usiłują oddawać Bogu, co jest Boskiego”.
Rząd pruski nie posiadał się z gniewu, i nie tylko skonfiskował dzienniki katolickie, które w niemieckim tłumaczeniu wydrukowały alokucję, ale odwołał z Rzymu porucznika Stumma, zastępującego miejsce posła niemieckiego (31 grud.). Tegoż roku minister Falk wzbronił członkom wszelkich zakonów i zgromadzeń zakonnych nauczania w szkołach publicznych (15 czer. 1872) i kazał rozwiązać kongregacje mariańskie, jako też wszystkie bractwa religijne, istniejące pomiędzy uczniami szkół gimnazjalnych lub wyższych (4 lip. 1872). Gorsze ciosy przyniósł rok 1873. W styczniu tegoż roku przedłożył minister Falk sejmowi pruskiemu wnioski do praw, majowymi zwanych, iż w maju otrzymały sankcję cesarską. Mianowicie prawo z 11 maja 1873 „o kształceniu duchownych i obsadzeniu posad duchownych” stanowi w rozdziale I, że ten tylko może w którymkolwiek kościele piastować urząd duchowny, bądź stały bądź odwołalny i wyręczający, kto jest Niemcem i odebrał wykształcenie przepisane niniejszą ustawą. Rozdział II (§ 4—14) określa to wykształcenie i orzeka, że do piastowania urzędu duchownego potrzebnym jest niezbędnie „złożenie popisu dojrzałości w jednym z gimnazjów niemieckich, odbycie trzechletniego kursu teologicznego w jednym z uniwersytetów niemieckich i złożenie popisu rządowego, który to popis ma udowodnić, czy kandydat nabył ogólnego naukowego wykształcenia, a w szczególności w przedmiocie filozofii, historii i literatury niemieckiej”. Krom tego § 9 poddaje wszystkie zakłady kościelne, służące do kształcenia duchownych (seminaria, konwikty i t. d.), nadzorowi państwa, a na nauczycieli w tych zakładach dopuszcza tylko Niemców, mających uzdolnienie oznaczone § 11. Rozdział III (§ 15—21) wkłada na biskupów i ich zastępców obowiązek wymieniania przed naczelnym prezesem każdego duchownego, któremu chcą jaką posadę duchowną powierzyć. (…) Naczelny prezes ma 30 dni czasu do założenia protestu, przeciw któremu wolno w przeciągu 30 dni zanieść apelację do królewskiego trybunału dla spraw kościelnych. Poruczenie urzędu duchownego wbrew powyższym przepisom nie ma żadnego znaczenia. Każda posada musi być w ciągu jednego roku obsadzona, licząc od dnia jej opróżnienia; inaczej prezes naczelny może karami pieniężnymi
przełożonego duchownego do tego zmusić. Wyrok, skazujący na karę do domu poprawy i odejmujący prawa obywatelskie, pozbawia zarazem urzędu duchownego. Rozdział IV obejmuje „przepisy karne” (§ 22—24), wydane przeciwko tym, którzy wbrew powyższym przepisom posadę duchowną obsadzają i takową przyjmują (grzywny 200—1000 talarów).
Prawo z 12 maja 1873 „o kościelnej władzy dyscyplinarnej i ustanowieniu królewskiego trybunału dla spraw kościelnych”: (…)Rozdział III pozwala rządowi wkraczać bez apelacji i za wyrokiem sądowym składać z posad tych duchownych, którzy przepisy praw krajowych, odnoszących się do ich urzędowania, lub rozporządzenia tego rodzaju władz cywilnych tak ciężko obrażą, iż dalsze ich pozostanie w urzędzie niezgodnym jest z porządkiem publicznym; to zaś złożenie z urzędu pociąga za sobą następujące skutki: niezdolność wykonywania tego urzędu, utratę dochodów i wakowanie posady. (…) Prawo z 14 maja 1873 „o wystąpieniu z kościoła“ pozwala każdemu wystąpić z kościoła, do którego należał, byleby to sam osobiście oświadczył przed sędzią swego miejsca zamieszkania i za wydane poświadczenie złożył opłatę pięciu srebrników. Ponieważ tym prawom sprzeciwiała się konstytucja pruska, zabezpieczająca swobodę Kościołowi katolickiemu, przeto na wniosek Falka poczyniono do artykułów XV i XVIII konstytucji z 31 stycznia 1850 stosowne dodatki, które sejm pruski przyjął, a cesarz Wilhelm 5 kwietnia 1873 zatwierdził. (…)
Jakie były zamiary rządu, nietrudno odgadnąć. Chciał on tym sposobem wychować duchowieństwo według swoich antychrześcijańskich zasad, a tym samem zatruć jego ducha, — krom tego potargać więzy posłuszeństwa i karności duchownej, by natomiast narzucić swe jarzmo, — odebrać biskupom władzę duchowną, a przelać ją na organa rządowe, — przygotować sobie biskupów państwowych i księży państwowych, a za pomocą nich Kościół w Prusach oderwać od Rzymu i zrujnować jego organizm, by na jego gruzach zbudować narodowy kościół niemiecki. Nic dziwnego, że tak członkowie centrum, jak posłowie polscy z podziwienia godną odwagą i przekonywującą wymową uderzali na te prawa, godne chyba Juliana Apostaty; ale pozbawione sumienia obie izby przyjęły je znaczną większością, król zaś nadał im swą sankcję. (…)
Daremnie kusił się rząd wywołać rozdwojenie, (…) obozu katolickiego nic nie zdołało rozerwać. Trzeba było tedy użyć siły, ale i siła nie pomogła. Pierwsze pociski padły na diecezję poznańską, gdzie rząd za jednym zamachem spodziewał się zgnieść katolików i Polaków. Atoli na straży tej diecezji czuwał mężny pasterz, a obok niego stanął falangą wszystek kler i lud, tak że, jak poznamy gdzie indziej, rząd pruski, mimo straszliwego nacisku, poniósł haniebną klęskę. Nie oszczędzono także diecezji niemieckich. Wszędzie znoszono duchowne seminaria, konwikty, alumnaty, ochronki, — konfiskowano dzienniki katolickie, — wtrącano do więzień księży wyświęconych, lub na jakikolwiek urząd wbrew prawom z 11 maja powołanych, — obkładano biskupów grzywnami tak wysokimi, że ich żadna egzekucja ściągnąć nie mogła. Prześladowanym dodał odwagi Namiestnik Chrystusów w breve z 10 lutego 1873, wystosowanym do stowarzyszenia katolickiego w Moguncji, i potępił przy tym „tę obrzydliwą senną marę, tylekroć już potępioną, która przedstawia prawo cywilne jako źródło wszelkiego prawa i poddaje sam Kościół wszechpotędze państwa “W liście z 1 maja t. r. pochwalił po raz trzeci biskupa Krementza za stałość w obronie praw Kościoła i załączył, jako podarunek, pierścień ozdobiony klejnotami. W tymże roku na adres wierności, przysłany mu przez biskupów pruskich, odpowiedział: „że największą pokłada ufność w episkopacie pruskim, iż do końca bronić będzie praw Kościoła katolickiego”. (…)
Pius IX nie oszczędzał cesarza Wilhelma, bo też miał do czynienia z przeciwnikiem zuchwałym i dumnym, żądającym albo kapitulacji na łaskę lub niełaskę, albo wojny na zabój. Z tym wszystkim zaprzeczyć się nie da, że wskutek użycia niektórych wyrazów przyostrych i napiętnowania samego cesarza rozdrażnienie wrogów doszło do szału. Podczas gdy Fałk pracował nad projektem do nowych edyktów, Bismarck szukał wszędzie sprzymierzeńców do walki z Rzymem, układał zjazdy cesarzy (w Berlinie 1872 i w Wiedniu 1873), kongresy masonów i meetingi protestantów, — pobudzał liberałów austriackich do nowych turniejów przeciw Kościołowi, — wywoływał antykatolickie meetingi w Anglii, — wabił do swojego obozu to kard. Hohenlohe, to biskupa Hefele, to exbibliotekarza watykańskiego Theinera, — występował przeciw biskupom i dziennikom katolickim we Francji, a brał w opiekę tamtejszych radykałów, — rozgłaszał fałszywe bulle o przyszłym conclave, a nawet porozumiewał się z rządami co do przyszłego wyboru papieża; słowem, poruszył świat cały przeciw bezbronnemu przeciwnikowi. Wielka przebiegłość i imponująca potęga nie ustrzegły go atoli od ciężkich porażek; mianowicie publikowanie w dzienniku urzędowym bulli „Apostolicae sedis munus“, jakoby wydanej w Rzymie 28 maja 1873, a tymczasem w całej osnowie fałszywej i za taką przez kard. Antonellego ogłoszonej, okryło pruskich mężów stanu śmiesznością. (…)
Prawa majowe z roku 1873 wywołały w obozie katolickim stanowczy opór, bierny wprawdzie, ale niczym nie przełamany. Nie pomogło wcale, że nie tylko wielu duchownych, ale i samego arcb. Ledóchowskiego uwięziono (3 lut. 1874), bo natychmiast wszyscy biskupi pruscy oświadczyli w pamiętnej odezwie z lutego 1874, „że pójdą jego śladami, choćby ich utrata mienia, więzienie i przedwczesna śmierć w więzieniu spotkać miała“; a tego samego ducha był wszystek lud, który apostolskim słowem umocnili pasterze na tę chwilę, gdy mu braknie kapłanów i św. Sakramentów. Musiał tedy rząd poszukać na nich ostrzejszej broni, a taką były prawa majowe z r. 1874. — (…)
Ponieważ ks. Bismarck chciał „buntowniczych” biskupów i księży wydalić z kraju, tego zaś wzbraniała konstytucja cesarstwa, przeto 24 lutego 1874 wniósł do rady związkowej projekt prawa o banicji nieposłusznych duchownych , który rada przyjęła i przedłożyła parlamentowi niemieckiemu. Według tego prawa wszyscy biskupi i kapłani, tak przez nowo ustanowiony trybunał złożeni z urzędu, jako też prawomocnym wyrokiem sądu za przestąpienie któregokolwiek bądź przepisu praw majowych lub innych na kary skazani, mogą być albo „internowani” t. j. może im policja przeznaczyć pewne miejsce pobytu bez troski o ich utrzymanie, — albo „eksternowani”, t. j. może ich policja wydalić z pewnych prowincji, diecezji, powiatów i parafii,— albo „ekspatriowani”, czyli wygnani z kraju i pozbawieni praw przysługujących krajowcom; krom tego biskupi i kapłani, przeciw którym wytoczono śledztwo o przekroczenie praw majowych, mogą być aż do ukończenia śledztwa i wydania prawomocnego wyroku eksternowani, czyli z pewnych prowincji lub powiatów kraju wydaleni. (…)Prawo to, słusznie proskrypcyjnym nazwane, tak jest niesprawiedliwym i okrutnym, że jak wyrzekł August Reichensperger, „po nim tylko gilotyny można się było spodziewać”. Posłowie centrum i Polacy (Niegolewski, ks. Kegel) bronili dzielnie zagrożonej wolności, lecz czyliż mogli pokonać takich ludzi, którzy z całym cynizmem głosili z trybuny: „Chcemy wolności, ale nie dla Kościoła“. Słusznie powiedział historiograf tego prześladowania: „Gdyby prawda sama, gdyby Zbawiciel sam pośród nich był stanął i do nich przemawiał, zostałby tak samo skazany, a Barabasz puszczony, jak niegdyś w Jerozolimie”. Po krótkich ale gorących harcach, parlament 214 głosami przeciw 108 przyjął całe prawo, ze zmienionym tylko tytułem: „O zapobieżeniu nieprawnemu wykonywaniu urzędów kościelnych”, a cesarz 4 maja zatwierdził tę drakońską ustawę. Nie dosyć było rządowi, że mógł biskupów więzić i wyganiać zkraju ; chciał on im nadto uniemożebnić wykonywanie władzy duchownej, przeciąć wszelkie związki z nimi i obsadzić wakujące posady swoimi kreaturami. Do tego zmierzała wniesiona 19 stycznia 1874 r. ustawa „o zarządzie wakujących biskupstw katolickich”. Na mocy tej ustawy, z biskupem złożonym z urzędu mają być przerwane wszystkie stosunki; kto w takim razie biskupie prawa i funkcje chce wykonywać, musi o tym zawiadomić piśmiennie naczelnego prezesa prowincji, złożyć królowi przysięgę wierności i zobowiązać się do zachowywania praw państwa ; inaczej zostanie ukarany więzieniem od sześciu miesięcy do dwóch lat. Ta sama kara spotyka osobistego zastępcę lub pełnomocnika biskupiego (wikariusza jeneralnego oficjała itd.), który po opróżnieniu stolicy biskupiej nie przestaje biskupich praw i czynności wykonywać. Kto by na mocy rozporządzenia lub upoważnienia biskupa, przez państwo nieuznanego lub z urzędu złożonego, albo też osoby, która wbrew przepisom niniejszej ustawy biskupie prawa lub czynności wykonywa, lub mianowanych przez te osoby zastępców, spełnia urzędowe akty, zostanie ukarany grzywnami aż do wysokości 100 talarów, detencją lub więzieniem całego roku. Jeżeli posada biskupa w skutek sądowego wyroku za wakuje, powinien naczelny prezes kapitułę katedralną do bezzwłocznego wyboru administratora biskupstwa (wikariusza kapitularnego) wezwać.
Jeżeli naczelny prezes w ciągu dni dziesięciu o dokonanym wyborze nie zostanie zawiadomiony, lub jeżeli w przeciągu drugich dni dziesięciu odebranie przysięgi od wybranego nie nastąpi: w takim razie minister spraw duchownych zamianuje komisarza, który majątek biskupa ruchomy i nieruchomy, tudzież majątek pod jego zarządem zostający, pod opiekę i zarząd zabiera. Podczas zarządu komisarza, wszystkie wakujące posady mają być przez uprawnionych do tego patronów w ciągu roku obsadzone, inaczej prawa ich przechodzą na gminę parafialną. Prawo to, mówi słusznie autor znakomitej książki „Obecne prześladowanie w Prusach”, usiłuje zatruć nie tylko duchowieństwo, ale i wiernych; rzuca bowiem rządowy interdykt na parafie, a z czasem na całe diecezje; tym zaś duchownym, którzy się już wyzuli z czci i wiary, ukazuje z jednej strony donośne beneficja, wygodne i swobodne życie, z drugiej bezkarność za złamanie Bogu i Kościołowi wiary, za wszystkie świętokradztwa, jakich się dopuszczą, ulegając pokusie.
Mając nową broń w ręku, użył jej rząd natychmiast przeciw biskupom. Za arcyb. Ledóchowskim poszli do więzienia i zostali złożeni z urzędu : biskup trewirski Maciej Eberhard (6 mar. 1874),J) arcyb. koloński Paweł Melchers (31 marca), sufragan poznański Jan Chryzostom Janiszewski (27 lipca), biskup paderborneński Konrad Martin (4 sierpnia)a). Uwięzionych krzepił apostolskim swoim błogosławieństwem Pius IX, a biskupi z różnych stron, jak n. p. z Anglii (po konferencji 16 kwiet. 1874) wyrażali im podziw i zachętę.
Duch męczennika Bonifacego, na którego grobie w czerwcu 1874 odbyli znowu narady, ożywiał wszystkich biskupów-królestwa pruskiego. Podobny hart okazali księża, chociaż wielu z nich więziono ze złoczyńcami, obdzierano do ostatniego grosza i wyrzucano za granicę ; renegatów, jak kanonik wrocławski Richthofen, który został protestantem, albo jak X. Duliński w Gnieźnie, Holzer w Trewirze, Kunzer we Wrocławiu, którzy dla uratowania dochodów poddali się prawom majowym, było bardzo mało. Lud katolicki nie dał się złowić w zastawione sidła i dochował wierności wygnanym pasterzom, co w taki gniew wprawiło sędziów wszechwładnego państwa, że nawet słabe kobiety karali grzywnami lub więzieniem. Nienawiść wrogów stała się iście infernalną, kiedy 13 lipca 1874 r. bednarczyk Edw. Kullmann, katolik z imienia, ale nie z życia, strzelił do ks. Bismarcka w Kissingen. Nie dosyć, że niewinnego X. Hauthalera, który stał w pobliżu, pozwano przed sąd, ale winę zamachu złożono na wszystkich katolików i na samego papieża (…) W grudniu tegoż roku parlament, na wniosek kanclerza, zwinął posadę posła niemieckiego przy Watykanie. (…)
Papież tymczasem modlił się za prześladowanymi i nie przestawał upominać prześladowców. Piątego lutego 1875 wystosował do biskupów niemieckich encyklikę Quod nunquam która drogą prywatną rąk ich doszła. Papież przemówił ze zwykłą stanowczością, to też ściągnął na siebie całą powódź obelg. Mianowicie oświadczył wobec całego świata katolickiego, że te prawa są nieważne, gdyż sprzeciwiają się Boskiemu urządzeniu Kościoła, biskupów zaś pochwalił za ich stałość mimo ucisku i za protest przeciw fałszywej bulli „Apostolicae sedis munus”, a przy tym zachęcił, aby „postępując tak dalej, ja k poczęli, wzbraniali się dać cesarzowi, co jest Bożego“. Dało to pochop przeciwnikom do rozsiewania potwarzy, że papież podburza poddanych pruskich do rokoszu, lubo on nakazał wyraźnie oddać cesarzowi, co jest cesarskiego.
Katolicy powitali encyklikę z uniesieniem, jako pochodnię jasną wśród gromadzących się ciemności; natomiast rząd nie tylko wzbronił jej ogłoszenia, ale zemścił się wydaniem nowych ustaw. I tak, prawo z 20 czerwca 1875 roku „o zarządzie majątku kościelnego w parafiach katolickich“, uzupełnione dodatkiem z 7 czer. 1876, oddało zarząd majątku tak kościelnego jak parafialnego dwom korporacjom, z wyborów parafialnych wychodzącym, z których jedna zowie się dozorem kościelnym, a druga reprezentacją parafii. Zamiarem rządu było poddać cały majątek kościelny pod władzę prezesa regencji, bez którego woli owe korporacje nic robić nie mogą, a przy tym urządzić w każdej parafii instytut szpiegostwa i w razie potrzeby wywołać opozycję przeciw plebanowi. Biskupi zaprotestowali przeciw temu prawu, ale za upoważnieniem Stolicy apostolskiej pozwolili katolikom brać udział w wyborach, które całkowicie zawiodły oczekiwania rządu.
Gorszeni było prawo „o wstrzymaniu wypłaty należytości przypadającej rzymsko-katolickim biskupstwom i duchownym ze skarbu publicznego”, które nakazywało wszystkie wypłaty skarbowe dla biskupstw, zakładów i duchownych wstrzymać tak długo, dopóki się biskup nie zobowiąże piśmiennie, że będzie prawom państwa posłuszny. W diecezjach zaś, w których biskupi zostali już złożeni z urzędu, nastąpi to wtenczas, kiedy administrator lub biskup prawnie ustanowionym zostanie. Każdy pojedynczy duchowny, który piśmiennie zobowiąże się zastosować do praw państwa, czyli uznać prawa majowe, może swoją należytość z kasy rządowej odebrać. Prócz tego urząd jest upoważniony kazać te należytości wypłacać tym wszystkim duchownym, którzy czynami swoimi dowodzą, że uznają prawa majowe.
Prawo to, nazwane wzgardliwie głodowym, Brodkorbgesetz, tak jest niesprawiedliwe i niemoralne, że sam król odsunął je zrazu; dopiero na przedstawienia ministrów, że trzeba koniecznie złamać opór duchownych i zemścić się na papieżu, pozwolił je przedłożyć sejmowi. Biskupi, zebrani w Fuldzie (2 kwiet. 1875) odwołali się wprost do cesarza;2) ale ministerstwo, na którego czele stanął znowu ks. Bismarck, odpowiedziało odmownie i obrażająco; po czym Wilhelm I dał niegodziwemu prawu swoją sankcję (22 kwietnia). Pozostało ono również bez skutku, bo tylko najpodlejsze wyrzutki pośród księży poszły na lep rządowy, i to jedynie w trzech diecezjach — w wrocławskiej (10), w gnieźnieńsko-poznańskiej (12) i w chełmińskiej (2). Prawo o starokatolikach, wniesione do sejmu przez członka tej sekty Dr. Petri, a zatwierdzone 4 lipca 1875 r., pozwoliło starokatolikom używać kościołów, cmentarzy, sprzętów kościelnych, kielichów i aparatów, należących do katolików, jako wspólnej własności; tam zaś, gdzie są dwa kościoły, upoważniło naczelnego prezesa do przeznaczenia jednego z nich na użytek starokatolików. (…)W tymże roku niegodziwą ustawą o zakonach, przyjętą przez obie izby, wykluczono z całego obszaru monarchii pruskiej wszystkie zakony i kongregacje duchowne, które według sankcji cesarskiej z 31 maja najdalej do 3 czerwca 1879 roku miały być rozwiązane. Jedynie zakonom i kongregacjom, zajmującym się nauczaniem i wychowaniem młodzieży, mógł minister termin rozwiązania domu i opuszczenia monarchii aż do czterech lat przedłużyć. Zakony i kongregacje, oddające się pielęgnowaniu chorych, zostawiono wprawdzie do dalszych rozporządzeń królewskich, ale poddano je pod ścisły dozór policji. (…)
W całych Prusach rozwiązano 481 domów z 1181 zakonnikami i 2776 zakonnicami, pod których opieką była 134 ochronek (10.000 dzieci), 150 zakładów dla sierót (7.260 wychowanków), 730 klas elementarnych szkół (54.100 uczniów i uczennic), 63 szkół przemysłowych (2.200 uczennic), 75 szkół wyższych dla dziewcząt (6.800), 61 pensjonatów (3.250), 15 szkół przygotowawczych dla nauczycielek (540). Teraz nic nie pozostawało, jak ogłosić Kościół katolicki za pozbawiony wszelkiego prawa, czyli „vogelfrei“. Rzeczywiście uczynił to rząd, znosząc uchwałą sejmową, sankcjonowaną 18 czerwca 1875, artykuły 15, 16, 18 konstytucji z 31 stycz. 1850, które zagwarantowały swobodę Kościoła. Podczas rozpraw nad tą ustawą ks. Bismarck nazwał papieża „autokratycznym włoskim prałatem”, który w razie zwycięstwa katolików „ogniem i mieczem wygładziłby kacerzy”, a przy tym wyraził swe ubolewanie, że minęły te czasy, kiedy to biskupi szli za cesarzem przeciw papieżowi i zapowiedział, że walka zaczepna przeniesie się na pole wychowania szkolnego.
Również w roku 1875 przyjętą została w parlamencie niemieckim i w radzie związkowej ustawa o małżeństwie cywilnym, zaprowadzona już w Prusach na mocy ustawy z 9 mar. 1874; po czym 6 lutego 1875 w całym cesarstwie została ogłoszoną.
Biskupi niemieccy oświecili lud o jej znaczeniu, jako też wydali zbiorową protestację (w styczniu 1875 r.) przeciw okólnej depeszy kanclerza z 14 maja 1872, dotyczącej przyszłego wyboru papieża. Toż samo katolicy niemieccy w adresie do Piusa IX oświadczyli, że „za prawowitego papieża uznawać będą tylko tego, który według przepisów kanonicznych na Stolicę Piotrową zostanie wyniesiony
Rok 1876 przyniósł dodatki do praw o nadużyciu ambony i o nadzorze państwa nad zarządem majątku w diecezjach katolickich (z 7 czerw. 1 8 7 6 ) , jako też nowe edykty ministra Falka (z 18 lut. 1876), wykluczające ze szkół „księży nieposłusznych prawom“, a naukę religii oddające w ręce księży rządowych, albo nauczycieli świeckich, dla których missio canonica uznaną została za niepotrzebną. Kiedy duchowieństwo chciało po za szkołą i w godzinach nieszkolnych wykładać religię, wzbroniono mu tego i karano tak księży jak dzieci, snadź z tej wychodząc zasady, że w Prusach nauka religii jest monopolem rządowym. (…)
Złożenie z urzędu biskupa wrocławskiego Henryka Forstera (6 października 1875), — arcyb. kolońskiego Pawła Melchersa (28 czerw. 1876), — biskupa monasterskiego Jana Bernarda Brinkmanna (20 lutego 1876), 2) — biskupa limburskiego Józefa Bluma (13 czer. 1877), wygnanie arc. Ledóchowskiego i bisk. Janiszewskiego, uwięzienie bisk. Cybichowskiego, zastępcy oficjała X. Wojciechowskiego, kan. Kurowskiego i wielu innych, zniesienie wszystkich prawie klasztorów, odjęcie wszystkich poborów, które rząd wypłacał, — oto nowe a dotkliwe cięcia w latach 1875, 1876, 1877. W jednym tylko roku 1875, i to w pierwszych czterech miesiącach, ukarano za przekroczenie praw majowych 241 duchownych, 136 redaktorów, 210 obywateli. Grzywny, na jakie skazano biskupów, księży i redaktorów pism katolickich, wynosiły do października 1875 aż 1.200.000 marek, a jednego tylko biskupa trewirskiego zasądzono na zapłacenie 91.350 marek (1876). Chociaż niepodobna było ściągnąć tak ogromnych kontrybucji, zawsze jednak obłowiły się kasy rządu, lubo z drugiej strony koszta „kulturkampfu” dochodziły rocznie do 8.300.000 marek. Rząd posunął bezprawia do tego stopnia, że karał za odmówienie rozgrzeszenia, wzbraniał procesji jubileuszowych w r. 1875, posyłał policję do kościołów, by rozpędzać pobożnych, aresztował księży przy ołtarzu, kazał żandarmom zabierać z kościołów Hostie konsekrowane i nieść do izby sądowej. (…) Do roku 1881 ubyło we wszystkich diecezjach 1770 kapłanów (od r. 1873), tak że 601 parafii było całkowicie, 584 na pół osieroconych i zdawało się, że wkrótce nie będzie w Prusach ni biskupa, ni kapłana, tym więcej, że i śmierć nie przerwała swego żniwa. Lud osierocony począł się smucić i trwożyć, atoli z opoki Piotrowej tryskała dla niego ciągle pociecha i nadzieja.
Trzynastego maja 1875, przyjmując pielgrzymów z Niemiec, wyraził Pius IX swą radość, że katolicy tegoż kraju stali się chlubą i pociechą Kościoła wojującego, a dając im za wzór chwalebnego męczennika Jana Sarkandra, zachęcał ich, by na podobieństwo tych, co zwiedzają katakumby, mieli zawsze w ręku światło wiary, trzymali się przewodników — biskupów, i utrzymywali ścisłą spójnię z ogniskiem jedności — ze Stolicą św. Wkrótce potem, na dniu 23 stycznia 1876, stanęła znowu w Watykanie deputacja dzielnych katolików niemieckich w liczbie kilkuset osób, aby złożyć hołd swej czci i dowód gorącego przywiązania do Stolicy św. (…) Ojciec św. wspomniał o reformacji Lutra i o sprzeniewierzeniu się narodu niemieckiego Kościołowi wskutek pychy i chciwości, które to dwa grzechy rodzą się z kłamstwa, a potem tak prawił:
“„Dzisiejszą walkę rozpoczęli ci ludzie, z których jeden jest uosobioną pychą, drugi uosobioną chciwością; one to pędzą ich do zajmowania się rzeczami, które do nich nie należą wcale, ale jest jeszcze i trzeci, który ukląkł przed bożyszczem nieczystej wolności. Wy, tu zgromadzeni, jesteście żywym dowodem, że dopuszczenie Boże piękne wydaje owoce. Bądźcie stali i mężni, i powiedzcie braciom waszym, aby to samo czynili. Nowe trudności was czekają, nowe prawa prześladowcze wam grożą, lecz nie lękajcie się! Pamiętajcie, że Kościół jest wodą, która, im więcej ciśniesz, tym wyżej się podnosi — plus pressa, plus surgit. Obejmijcie krzyż wasz z odwagą, pogardźcie pogróżkami waszych nieprzyjaciół i nie lękajcie się bronić praw Kościoła, a wtedy ujrzycie niebawem, że po dzielnej walce Bóg wam da zwycięstwo i ustanie chłosta, bo Bóg nie tylko jest sprawiedliwym, ale także Ojcem miłosierdzia. A teraz błogosławię was. Błogosławię was w imię Ojca wszechpotężnego, ażeby wam udzielił nieco z swej potęgi dla pozyskania wielu dusz Bogu. Błogosławię was w imię Syna odwiecznego, aby wam udzielił iskierkę ze swej mądrości. Błogosławię was w imię Ducha św., Ducha miłości, ażebyście zawsze byli zjednoczeni i nie naśladowali waszych nieprzyjaciół, którzy chcą, jak się zdaje, zbudować nowy Babel. Bóg przyjdzie i pomiesza ich języki. Przyjdzie On i pohańbi waszych nieprzyjaciół i nieprzyjaciół swojego Kościoła. (…)”

Jubileusz biskupi Ojca św. zgromadził w Rzymie liczną rzeszę Niemców, którzy jeszcze wspanialsze niż pierwej przynieśli z sobą dary; na ich czele byli wygnani pasterze: koloński Melchers, paderbornski Martin, monasterski Brinkmann, jako też przybyli umyślnie z ojczyzny: Ketteler, moguncki — Senestrey, ratyzboński — Krementz, warmiński — Leonrod, eichstattcki. Posłuchanie, jedno z najrzewniejszych, odbyło się 17go maja 1877 r. (…) Na (…) podwójne przemówienie odpowiedział Ojciec św.:

„Jak ludzie tak i narody całe bywają złożone, osłabione chorobą, a u narodów więcej jeszcze niż u ludzi znać ramię Boże, kierujące środkami, które z sobą przynoszą uzdrowienie.

„Naród wasz, dzieci moje drogie, był złożony wielką chorobą moralną, którą świat cały znał, której wyście się dziś już wyparli. Ale Bóg, gdy widzi niemoc i chce ją uleczyć, zsyła środki uzdrowienia; wtedy to sam Pan przemawia do narodu. Czasami do nich przemawia głosem słodkim, przenikającym serce, ale czasami, gdy głos ten nie jest słyszany, Pan przemawia głosem grzmiącym burzy i zniszczenia.

„Nieraz i nie tak dawno jeszcze słyszałem mówiących ludzi wyższych, dobrych katolików niemieckich, że potrzeba koniecznie jakiej twardej próby i wstrząśnienia, że potrzeba wprost jakiegoś Attyli, któryby wstrząsnął i rozbudził z uśpienia ludy oddane całkowicie niewierze lub zobojętnieniu. I rzeczywiście powstał Pan i przemówił. I użył bicza, którym przed wiekami chłostał był społeczeństwo. Przed wiekami użył był Attyli do rozbudzenia narodów i dziś użył nowego Attyli do odrodzenia narodu waszego.

„Ten nowy Attyla myślał, że niszczy, że burzy, a tymczasem odbudował. Ten nowy Attyla, który pracował nad wykorzenieniem i poniżenia imienia Chrystusa Pana, odrodził was i umocnił w wierze. Wasi pasterze niezłomni przemówili, jak św. Bonifacy na zjeździe biskupów: „Nie jesteśmy psy milczące, walczymy w imię Pana naszego i umrzemy, jeżeli potrzeba światu świadectwa wiary ojców naszych. My bronimy praw Bożych Stolicy św., my gotowi jesteśmy na prześladowanie, na kary i wyroki, ale stałymi pozostaniemy w wypełnianiu naszych obowiązków”. I widzieliśmy własnymi oczyma biskupów złożonych z urzędu, uwięzionych, wygnańców, świeckich noszących kajdany, ludzi przywiązanych do wiary wydanych na prześladowanie i pośmiewisko potężnych tego świata.

„Ale Kościół, zbudowany na skale, nie boi się wstrząśnień, nie lęka się upadku. Skała czasami się zanieczyści i zaplami, ale burze i huragany, uderzające o nią bałwanami morskimi, wybielają ją i nowego dodają jej blasku. Skała jednak stoi nieporuszona, i niezachwiany, nieporuszony stoi na niej Kościół. Teraz właśnie, moi drodzy, pośród was to samo się stało, na moją i waszych pasterzy wielką pociechę, ku umocnieniu słabych i zbudowaniu całego świata. (…)” Gorące słowa Namiestnika Chrystusowego były dla katolików w Niemczech jakby wojenną pobudką do wytrwałej walki z wrogami wiary, w której znakomitą rolę odegrały katolickie stowarzyszenia. (…)

Jeżeli teraz okiem badawczym rzucimy na walkę, toczącą się od roku 1871, musimy wyrzec, że zadała ona Kościołowi w Niemczech bardzo ciężkie rany, ale z drugiej strony zjednała mu świetny tryumf; albowiem w piętnastomilionowej ludności spotęgowała życie katolickie, wzmocniła jedność i siłę episkopatu, oczyściła i uświęciła duchowieństwo, zbliżyła wszystkich do Stolicy św., a co najważniejsza, po raz tysiączny dowiodła światu, że niema takiej siły, która by mogła Kościół pokonać. Za to protestantyzm poniósł niepowetowane straty, bo nie tylko jęczy w sroższej niewoli niż przedtem, ale z braku wiary coraz więcej obumiera. (…)Potrzeba ustaw wyjątkowych przeciw „socjalnym demokratom”, obawa przed wojną z Francją, rozluźnienie się stronnictw rządowych i coraz silniejsza postawa frakcji centrum, zmusiły rząd wybrać się w drogę do Canossy, lecz podróż tę niemiłą ułatwiło mu pojednawcze usposobienie następcy Piusa IX. Zakończenie „walki kulturalnej” należy do dziejów pontyfikatu Leona XIII tu dosyć zaznaczyć chronologicznie ważniejsze epizody (…)W roku 1886: (…)nowa ustawa kościelno-polityczna z 21 maja, zaprowadzająca pewne zmiany w poprzednich ustawach (…)W roku 1887: dalsze ustępstwa rządu co do praw majowych w nowelach z 29 kwietnia; (…)W roku 1888: śmierć Wilhelma I (9 mar.) i Fryderyka III (15 czerw.), wstąpienie na tron Wilhelma II. W roku 1890: dymisja ks. Bismarcka, twórcy ustaw majowych. W roku 1890: 6 maja zniesienie ustawy banicyjnej; uwolnienie duchownych katolickich od obowiązku czynnej służby wojskowej w czasie pokoju. W roku 1891: zwrot pieniędzy należących się kościołowi, a przez rząd zagrabionych (t. z. Sperrgelder). W roku 1894: pozwolenie Rady związkowej na powrót Redemptorystów i Ojców św. Ducha. W roku 1898: 31 lipca śmierć Bismarcka, który do końca pozostał nieubłaganym wrogiem Kościoła i Polaków. W roku 1904: 3 marca zniesienie prawa, na mocy którego wypędzono o. Jezuitów z Niemiec. Tak więc mimo wielu cierpień i szkód kościół w Niemczech świetne odniósł zwycięstwo. Niestety, w nowszych czasach budzi się u pewnej ale bardzo nieznacznej części duchowieństwa i świeckich prąd zwany Reformcatholicismus, a dążący do „zreformowania” Kościoła według ducha nowoczesnego (…)


Advertisements
Posted in Historia Kościoła | Leave a comment

Bp J. Pelczar: Pius IX i Jego Pontyfikat (15)

Część XV – Rzym okupowany

Nie dosyć było rewolucji, że na Kapitolu zatknęła swój sztandar; — pokusiła się ona teraz o zniszczenie papiestwa i religii. „Chcemy Rzymu na stolicę królestwa — wyrzekł parę lat przedtem deputowany De Boni w parlamencie florenckim — ale zadanie nasze nie ukończone, bo ważniejszą daleko rzeczą, niż proste posiadanie Rzymu, jest zniszczenie podstaw Kościoła papieskiego”. Podobnie zwierzył się słynny Nicolo Tommaseo: „My zwalczamy w kapłanie — królu króla zarazem i kapłana; chcemy obalić wiarę, której on jest najwyższym sługą”. Do tego dzieła zabrała się rewolucja zaraz po wtargnięciu do Rzymu, a sojusznikiem jej był rząd włoski, dobrze tego świadom, że nie zdoła przywiązać do siebie Rzymian, pozbawionych całkowicie tradycji dynastycznych, dopóki w ich sercach nie wytępi uczucia religijnego i przywiązania do Stolicy św. Przede wszystkim potrzeba było utworzyć obóz antyreligijny. W tym celu pomnożono liczbę lóż masońskich i przeniesiono do Rzymu siedzibę W. Wschodu włoskiego, który według okólnika masonerii rytu szkockiego miał za zadanie „wychować ludność w prawdziwej wolności i przygotować dzień, w którym nie będzie na ziemi ni bóstwa, ni bożyszczy, ni tyranów, ni niewolników, ni rozkoszników, ni nędzarzy, ale federacja rodzin niezależnych, wolnych, oświeconych, pracowitych i szczęśliwych.”

W r. 1874, kiedy na zebraniu w Rzymie wybrany został w. mistrzem Józef Mazzoni, rozwinęła masoneria włoska większą działalność, i wnet za jej staraniem poczęły powstawać osobne ligi po miastach, by wyrugować religię ze szkół publicznych. Trzy lata później odbył się w Rzymie kongres ciał masońskich włoskich, których wówczas było 173; a pierw jeszcze otwartą została ich „świątynia” na ulicy della Valle. Parły one do walki z Kościołem, co tym było łatwiejszym, że liczyły wielu „braci” w gabinecie i parlamencie. Od nich też wyszedł impuls do zaprowadzenia kremacji, czyli palenia zwłok, co mimo wstrętu ludności odniosło pewien skutek, bo od roku 1876 do 1886 utworzono w 33 miejscowościach włoskich stowarzyszenia lub komitety di cremazione, a w 15 krematoriach spalono 787 ciał. W ogóle masoneria włoska odznaczała się wielką nienawiścią do “religii i papiestwa, jak to wypowiedział jej organ, Rivista massonica: „Rewolucja weszła do Rzymu, by walczyć z papieżem oko w oko, by pod kopułą św. Piotra zgromadzić szermierzy rozumu, by w samem sercu Rzymu, stolicy świata, nadać masonerii rozmiary olbrzymie. Uderzy ona tam bez miłosierdzia na wszystkie religie, mające, jako punkt wspólny, wiarę w Boga i w nieśmiertelność duszy”. Prócz tego potworzyły się w Rzymie loże masonek, kluby emancypantek, związki wolnomyślicieli (liberi-pensatori) i antydeitów, walczących nawet z imieniem Boga, jako też socjalistyczne stowarzyszenia robotników (societa operaja), ogłaszające w organie swoim, Proletario, że największym nieprzyjacielem ludu jest Bóg (1879). Powstało nawet t. z. Societa dei discepoli di satana (stowarzyszenie uczniów szatańskich), mające za program:
„Wojna zabobonom religijnym, opowiadanie zasad wolności i tolerancji za pomocą druku, szkół i publicznych konferencji, wspieranie dzieci robotników, iżby się wychować i wykształcić mogły, słowem uformowanie zawiązku młodego, śmiałego i rozumnego, któryby czynami pokazał, że można być moralnym bez religii i czynić dobrze bez pomocy Boga i Kościoła. Na większą wzgardę religii katolickiej zwołano do Rzymu międzynarodowy kongres ateuszów (29 maja 1885), na którym uchwalono statuty „powszechnej ligi antyklerykalnej”, mającej prowadzić wojnę na zabój z „zabobonem klerykalnym”, a jako główną broń polecono
zakładanie szkół bezreligijnych, zniesienie budżetu wyznań we wszystkich krajach, konfiskatę majątków kościelnych i t. p. Rząd, ślepy w swej zaciekłości, nie tylko nie brał religii w obronę, ale schlebiał sekcie masońskie i popierał propagandę protestancką, która od 40 lat wybrała sobie Włochy za ulubione pole działania. (…) W Rzymie już 12 stycznia 1871 otworzyli pierwszy swój zbór, a następnie do 40 innych, bo wszystkie główniejsze sekty zarzucały tam swe sieci, to jest, rozdawały biblie i sypały pieniądze, za które kupowały złych katolików. Ich predykanci występowali wyzywająco i miotali nieraz zniewagi przeciw Najśw. Pannie, co ze strony Ojca św. wywoływało okrzyk boleści, ze strony ludu pobożne ekspiacje. (…)
Zaciekłymi wrogami religii i papiestwa okazali się również żydzi, niepomni dobrodziejstw, jakie im Pius IX wyświadczył. Oni to po wejściu Piemontczyków najgłośniej hałasowali i jedni z pierwszych wysłali adres dziękczynny do króla; z nich też wyszli redaktorowie trzech głównych dzienników rzymskich (Opinione, Liberta, Nuova Roma), Dina, Arbib i Levi, niezrównani w szkalowaniu papieża i wyszydzaniu religii. Pisma te i inne, jak n. p. Capitale, Tempo, Tribuna, Babele, Fanfulla, Diavolo color di rosa, Mefistofele i t. p. rzuciły się, niby sępy, na wiarę ludu rzymskiego, mając szpony uzbrojone w potwarz, kłamstwo i bluźnierstwo, a dodawał im zapału sam Garibaldi, który w mowach swoich publicznie głosił: „Papiestwo już się przeżyło, ono jest skirem i upiorem Włoch, a księża katoliccy gorsi są od wilków i zbójców”. Przeciw tej „potędze infernalnej”, wystąpił silnie Pius IX w piśmie do kard. Patriziego z 30 czerwca 1871 i kazał wzbronić wiernym czytania bezbożnych dzienników, co kardynał wikary w odezwie z 6go lipca 1871 uczynił. Ale niestety, nie wszyscy usłuchali tego głosu; toteż nic dziwnego, że niedowiarstwo w samej stolicy chrześcijaństwa chciało święcić swój tryumf. W parlamencie, na zebraniach stowarzyszeń i w pismach publicznych rozlegały się najhaniebniejsze bluźnierstwa; kiedy zaś kard. Patrizi zażądał ukrócenia niecnych wybryków dziennika la Capitale przeciw Bóstwu J. Chrystusa (1 lut. 1873), odpowiedział mu prokurator generalny, że prawa włoskie zapewniają prasie wszelką wolność w rozbieraniu kwestii religijnych. Natomiast pisano panegiryki, wielbiące Lucyfera; a w teatrze turyńskim Alfieri śpiewano wobec licznej publiczności hymn Jozuego Carducci’ego na cześć szatana (1882): „Witaj, szatanie, witaj, buntowniku. Niech do ciebie wznoszą się nasze kadzidła i nasze święte wota! Tyś zwyciężył Jehowę kapłanów” Kościoły rzymskie były nieraz widownią ohydnych zniewag i świętokradztw. Zdarzało się, że wolnomyśliciele i żydzi wchodzili tam podczas nabożeństwa, mając cygaro w ustach, kapelusz na głowie, i świstali głośno podczas kazania lub potrącali pobożnych.
Dnia 8 grudnia 1870 bazylika św. Piotra była świadkiem ohydnej sceny; — wychodzących z kościoła napadł dziki motłoch i kilku poranił sztyletami lub strzałami z rewolwerów; a podobna burda miała miejsce i przed kościołem al Oesii (10 marca 1871 i 30 mar. 1873). Kiedy indziej niegodziwa banda połamała bramy i okna znanego sanktuarium Scala sancta, to znowu porozbijała wiele obrazów, zdobiących ściany domów. Z Koloseum, zroszonego krwią tylu Męczenników, usunięto krzyż i stacje Męki Pańskiej (1874), rzekomo dla robienia poszukiwań archeologicznych, mimo że takowe już dawno przedtem papieże byli zarządzili.
Święta katolickie gwałcono publicznie i sama municypalność kazała w dzień Wniebowzięcia N. P. naprawiać drogę przed kościołem Maria Maggiore. Powtarzało się to częściej, tak że kard. Patrizi w piśmie do syndyka Venturi da Campagnano z 10 grud. 1875) musiał wyrazić swe oburzenie. Za to wprowadzono „święto wilczycy”, czyli założenia Rzymu, i „święto statutu”, z których pierwsze przypadało 21 kwietnia, drugie w pierwszą niedzielę czerwca.
Procesji, tak ulubionych w Rzymie, zakazał prefekt Caracciolo di Bella, w ślad za ministrem Nicoterą (1876); pozwolił jednak nosić Wiatyk św. do chorych, byle bez dzwonienia i okazałości (1876)! Natomiast wolno było gawiedzi parodiować podczas karnawału procesję Bożego Ciała.
Nienawiść do papieża i wszystkiego, co z nim miało związek, była u wielu iście diabelską, a objawiała się paszkwilami, karykaturami i okrzykami „Abbasso il Papa”, które czasem odbijały się aż o mury Watykanu. Mianowicie osoby, papieżowi oddane, były przedmiotem brutalnych napaści, tak iż niebezpieczną było rzeczą uchodzić za „papalino”. Siódmego kwietnia 1872 gwardziści narodowi, wespół z buzzurami, rzucili się za bramą Cavalleggieri na bezbronnych żandarmów papieskich, przebranych po cywilnemu, i jednego zabili (nazwiskiem Lucca) a dwóch poranili; mimo to sąd przysięgły uwolnił morderców. Trafiały się też zamachy na duchownych. Tak n. p. w r. 1871 dwaj sekciarze w biały dzień rzucili się na arcybiskupa Angelini’ego; jeden uderzył czcigodnego starca pięścią w pierś, drugi zdarł mu łańcuch z krzyżem biskupim. Innym razem oficer gwardii narodowej na środku ulicy uderzył w twarz mons. Valentiniego, częstując go przy tym takimi słowy, jak „canaglia, birbante’.
To znowu rektora kolegium belgijskiego zraniono kamieniem; innych zaś księży obito laskami, iż nie chcieli wołać: „Viva Garibaldi”. Słowem, na ulicach Rzymu panował terroryzm, a bójki były tak częste, że w jednym roku (1872) 2.672 osób odniosło rany. Lecz jakże się temu dziwić, skoro rząd po 20-tym września 1870 kilka tysięcy złoczyńców wypuścił z więzień. Z bezbożnością i rozbojami wtargnęła do Rzymu rozpusta, która przedtem musiała kryć się przed okiem policji. Rząd włoski, rozwiązując zakony i religijne stowarzyszenia, szczególną opieką otoczył zakłady nierządu i kilka tysięcy „kapłanek Wenery“ sprowadził do miasta świętego, by tam rozszerzały moralną i fizyczną zgniliznę. Obojętnie też patrzył, jak na ulicach wystawiano bezecne obrazy, lub po teatrach obrażano wstydliwość i wyszydzano religię. Protestacja kard. wikarego Patriziego z 28 sierpnia 1872 była daremną, a niemoralność przybrała tak zatrważające rozmiary, że już w grudniu 1870 syfilis zapędziła kilkaset ofiar do szpitali, podczas gdy samobójstwo, nieznane tam prawie przed rokiem 1870, wtrąciło niejednego szaleńca do grobu.
Za Piemontczykami wsunął się także przez wyłom w Porta Pia inny gość niepożądany — nędza. Dawniej w Rzymie były podatki stosunkowo małe, za to liczne były zakłady miłosierdzia, które co rok znaczne sumy rozdawały ubogim, podczas gdy tysiące tychże żywiło się u furt klasztornych. Tymczasem filantropijny rząd włoski zniósł klasztory i „sekularyzował“ zakłady, zwinąwszy nader pożyteczną „Commissione dei sussidii natomiast potroił podatki, skutkiem czego nastał głód u biednych, zubożenie u wszystkich. To też do dziś dnia lud rzymski żałuje „tyranii papieskiej”, kiedy to wprawdzie ulice nie były tak czyste, dworzec nie tak okazały, ale za to Ojciec św. rozdawał hojne jałmużny, cudzoziemcy, spieszący na uroczystości, przywozili obficie swe złoto, a nie było ni poboru wojskowego, ni gniotących ciężarów. Za rządów Piusa IX municipium rzymskie wydawało rocznie nie więcej nad milion lir, a kiedy Piemontczycy weszli do miasta, znaleźli w kasie miejskiej 800.000 lir; później wydatki z każdym rokiem rosły, a mimo zaciągnięcia pożyczki 30 milionowej, deficyt w roku 1872 wynosił 2.500.000 fr., tak że w roku 1876 okazała się konieczną nowa pożyczka, w wysokości 10 milionów. Rzym wzbogacał się wprawdzie w nowe gmachy w stylu koszarowym; ale utracił wiele dawnych zabytków, tak że nawet protestanci i wrogowie papiestwa, jak Gregorovius, nie mogli ukryć swego oburzenia. Tak to gospodarowali zmieniający się co chwila syndykowie miasta, książę Doria Pamfili, ks. Pallavicini, hr. Lud. Pianciani, Venturi da Campagnano, itd. (…)
Lud rzymski kochał Piusa IX i objawiał często swe przywiązanie, zwłaszcza w ważniejszych okolicznościach, n. p. w dzień jego imienin, w rocznicę koronacji, powrotu z Gaety, lub zaboru Rzymu, w chwili przyjazdu Wiktora Emanuela, lub otwarcia parlamentu itd. Zaprawdę, nigdy światłość i ciemność, wiara i bezbożność nie rozdzieliły się mocniej, jak w teraźniejszym Rzymie, w którym odnowiła się dawna walka chrystianizmu z pogaństwem. Rzymianie, wierni papieżowi, wstrzymywali się od wyborów czy do rady municypalnej czy do parlamentu, widząc w nich pośrednie uznanie uzurpatorskiego rządu. Tej zasady, mającej hasło „ne elettori ne eletti” trzymali się, co do wyborów parlamentarnych, prawi katolicy w innych także prowincjach włoskich, a niektórzy deputowani, jak n. p. Laura di Broglio, Ondes Reggio, Castagna, złożyli nawet mandaty, by się nie sprzeniewierzyć sumieniu; natomiast w wyborach municypalnych brali udział i nieraz zwyciężali. Sam Pius IX pochwalił to postępowanie i w przemowie do stowarzyszenia niewiast, pod wezwaniem św. Melanii i św. Katarzyny Sieneńskiej (11 paźdz. 1874) następujące podał powody: „Wszystkim wiadomo, że za kilka dni, ci, których tu nazywają wyborcami, mają zając się wyborem deputowanych, przeznaczonych do zasiadania w pewnej wielkiej sali. — A ponieważ z jednego miasta włoskiego otrzymałem zapytanie, czy wolno zasiadać w onej sali, podczas gdy wam zalecam modlitwę, odpowiadam zarazem na to zapytanie w dwóch tylko uwagach. A najprzód powiadam, że wybory nie są wolne, gdyż namiętności polityczne stawiają temu zbyt liczne i zbyt potężne przeszkody. A gdyby nawet i były wolne, zawsze jednak pozostałaby główna trudność do zwyciężenia, trudność odnosząca się do przysięgi, którą każdy składać winien bez żadnego zastrzeżenia. Tę przysięgę, zważcie to dobrze, składać trzeba w Rzymie, tu w stolicy katolicyzmu, pod okiem Namiestnika Chrystusowego. A przysięgać należy na wypełnienie, bronienie i utrzymywanie praw państwa, czyli, że przysięgą oną trzeba uprawnić grabież Kościoła, dopełnienie świętokradztwa, nauczanie antykatolickie i nadto jeszcze to wszystko, co się dopełnia i dopełniać będzie w przyszłości. Wszystko zaś ku wzgardzie dawnych i nowszych cenzur kościelnych, w przeciwieństwie z publicznymi i uroczystymi obietnicami. Z czego wyprowadzam wniosek, że się nie godzi zasiadać w sali, o której wspomniałem”.
Zwolennikom polityki utylitarnej nie podobała się ta rada, ale usprawiedliwiały ją zasady katolickie i ówczesne stosunki. (…)
Podczas gdy rządy pochyliły czoło przed zwycięską rewolucją i bratały się z przywłaszczycielami Rzymu: ludy katolickie rzuciły na nich bezwzględne anatema i głośno objawiały swe współczucie dla więźnia watykańskiego. Na wieść samą o wejściu Piemontczyków okrzyk oburzenia podniósł się ze wszystkich zakątków ziemi, a w ślad za nim poszły protestacje, adresy, zjazdy, pielgrzymki i tym podobne manifestacje. (…) Francja katolicka potępiała jednogłośnie niecną politykę rządu „obrony narodowej”, ale zdeptana stopą Prusaka, nie mogła nic uczynić dla Ojca św. Za to po ukończeniu wojny słała petycje do zgromadzenia narodowego, zbierała świętopietrze i urządzała pielgrzymki do Rzymu.
W monarchii austriacko-węgierskiej biskupi wezwali wiernych do modlitwy pro Petro servato in carcere, i złożyli u stóp tronu petycje za przywróceniem władzy świeckiej papieża; w tymże celu wierni odbywali narady, wiece i pielgrzymki. Już 7 listopada 1870 roku, na zgromadzeniu stowarzyszeń katolickich w Wiedniu, zaprotestowano przeciw „świętokradzkiemu rabunkowi ojczyzny Piotra św. i przeciw wszystkim bezprawiom, jakie popełniono na Namiestniku Chrystusowym i, całym Kościele katolickim;“ po czym we wszystkich krajach monarchii podpisywano podanie do rządu i adres do Ojca św., który osobne deputacje zawiozły do Rzymu. Równocześnie, w skutek odezwy arcybractwa św. Michała, poczęto zbierać świętopietrze, w czym przykład dała dostojna cesarzowa, posyłając Ojcu św. na nowy rok 1871 powinszowanie i dar 100.000 złr. (…)
Nadto Paweł Popiel, mąż znany z przywiązania do Kościoła i ojczyzny, wręczył 6 grud. 1871 J. C. M. Franciszkowi Józefowi adres, podpisany przez 190.000 mieszkańców Galicji, a zawierający usilną prośbę, „aby cesarz, jako advocatus ecclesiae, za pośrednictwem rządu swojego raczył zastrzec prawa katolików, w osobie Ojca św. pogwałcone, i przypomnieć, iż państwo kościelne jest własnością tak całego chrześcijańskiego świata, jak każdego katolika z osobna”. Protestowała również Wielkopolska, a prymas Ledóchowski jeździł nawet do Wersalu do króla Wilhelma, by orędować za papieżem (12 grud, 1870).
Pośrednictwo to było jednak bezowocnym i dało powód do krzywdzących a nieuzasadnionych podejrzeń. Trzecia dzielnica polska nie mogła głośno okazać swej miłości dla Ojca św. W Niemczech wielki był ruch na rzecz papieża; wszędzie podpisywano adresy, odprawiano pielgrzymki, urządzano liczne nader zjazdy, z których jeden — w Fuldzie na grobie św. Bonifacego (12 paź. 1870) — zgromadził więcej niż 10.000 uczestników pod przewodnictwem szlachetnego i wielce zasłużonego bar. Henr. Andlawa. Szły też adresy od wielu rad miejskich, od szlachty nadreńskiej, od stowarzyszeń, jako też petycje do królów, pruskiego, bawarskiego i saskiego, — rozumie się, bezskuteczne; mimo że cesarz Wilhelm I w przemowie do deputacji Kawalerów Maltańskich ze Śląska i Westfalii okupację Rzymu nazwał „aktem przemocy” i „uroszczeniem ze strony Włoch”. (…)
Dwudziestego dziewiątego maja 1876 r. przypadła 700-letnia rocznica bitwy pod Legnano, w której Fryderyk Rudobrody od ligi lombardzkiej, zawiązanej z inicjatywy papieża Aleksandra III, poniósł stanowczą klęskę. Dzień ten postanowili katolicy włoscy święcić uroczyście, dla uczczenia tryumfu wolności nad tyranią, Stolicy św. nad potężnym owego czasu wrogiem. Dwadzieścia cztery miasta, które do owej ligi wówczas należały, wysłały swych deputowanych do Ojca św., aby wobec całego świata zatwierdzić tę wielką historyczną prawdę, iż cokolwiek Włosi mieli wielkiego i chwalebnego, wszystko to winni jedynie papieżom, którzy zawsze byli obrońcami ich narodowości, ich praw i ich ojczyzny. Po odczytaniu adresu przez p. Feliksa Pozzo, wypowiedział Pius IX wspaniałą mowę, zawierającą pogląd historyczny na świeżo ubiegłe dzieje Italii: “(…) Podobało się Opatrzności Boskiej położyć kres więzieniu wielkiego papieża Piusa VII i przywrócić go do Rzymu, wśród
radości ludów i tryumfów chrześcijaństwa. Aliści ledwie tu przybył i wszedł do bazyliki watykańskiej, spotkał w jej przedsionku, pośród swoich uradowanych poddanych, i króla sardyńskiego, witającego go z uczuciem synowskiej miłości i głębokiej czci. Całe Włochy, od szczytów Alp aż do nizin Sycylii, oddawały się uniesieniom zapału, a zdjąwszy szatę żałoby, zastąpiły ją oznakami radości, bo widziały początek pokoju, który się stał celem powszechnego pragnienia. Wszędzie brzmiało słowo: pokój; echa miast, wsi, przysiółków wtórowały: pokój, pokój: Szczęśliwy ten okrzyk powtarzały z radością wszystkie ludy. „Lecz pokój ten nie podobał się ludziom ambitnym, znajdującym się wówczas na półwyspie, jak również i tym wielu, którzy wzgardzili praktykami religijnymi, zapomnieli zupełnie o Bogu i przywykli w mętnej wodzie ryby łowić, — dla których rewolucje i zawichrzenia stały się konieczną potrzebą, aby tym sposobem mogli zaspokoić nienasycone żądze rewolucjonistów. Jakież wyniknęły stąd następstwa? Najpierwszym zamiarem burzycieli było zepsucie serc i umysłów, mianowicie młodzieży. Przypominam sobie, iż mówiono wtedy, że nigdy nie widziano tyle edycji pism niedowiarków XVIII-go wieku po tamtej stronie Alp, jak wówczas. Do autorów dawnych przyłączyli się współcześni, ożywieni tymże duchem.
„Włochy poszły w te ślady; przewrotni pisarze również i tu się sprzymierzyli, i nie potrzeba mówić, jakie mnóstwo zatrutych książek zalało kraj. Dwa wielkie miasta szczególnie zionęły dziełami niemoralnymi i gorszącymi romansami, które w ostatnich latach, przypominam sobie, usiłowałem nawet jeżeli nie wytępić — bo to było nie możebnym — to przynajmniej liczbę ich zmniejszyć.
„Powstała tedy sekta, czarna z imienia (Carbonań), lecz czarniejsza z czynów; rozpowszechniła ona się w tym pięknym kraju, wciskając się zwolna w wiele miejsc. Później ukazała się inna, która chciała nazywać się młodą , lecz która w istocie była starą w złości i nieprawości. Z tymi dwoma połączyły się jeszcze inne, aż wszystkie zlały swe mętne i błotniste strumienie w obszerne bagno masonerii.
„Z tego bagna wychodzą dziś zaraźliwe wyziewy, które się rozchodzą na wszystkie strony świata i przeszkadzają tej biednej Italii wyrazić swą wolę w obliczu wszystkich narodów. Owe towarzystwa tajne utrzymywały ludy w agitacji i wcisnęły się wreszcie w te sfery, które nie tylko nie powinny były ich tu dopuścić, ale wszelkimi siłami starać się je powściągnąć i oddalić. Niechaj przynajmniej przeszłość będzie nauczającą lekcją dla przyszłości.
„Nie będę czynił uwag i daremnie się żalił; powiem jedynie, że agitatorom zrazu powiodło się tylko częściowo; w końcu jednak, ci którzy ulegli złudzeniom, okazując stałość godną innej sprawy, jako też przewrotni agitatorowie, słuchając podszeptów piekła, doszli do tryumfu bezładu i zwycięstwa najohydniejszej rewolucji”
„Rewolucja jednak pożera swoich synów, a pierwszą próbą dzikiego jej charakteru było skierowanie jej wściekłości przeciw temu, co przez próżność lub ambicję stanął na czele wielkiego przewrotu. Jesteśmy tu widzami tego opłakanego’ tryumfu, nie tylko widzami, lecz ofiarami twardych jego następstw. Widzimy teraz coraz jaśniej obłudę owego Hosanna, poprzedzającego tyranię, grabieże, niesprawiedliwości, jakimi ugodziła w Kościół i jego prawa. Ach z iluż dawnych złudzeń, z iluż starych szałów wytrzeźwił się teraz umysł publiczny! Lecz nie zamierzam infandum renovare dolorem, wyliczając klęski, jakich doznaje Boska Oblubienica Jezusa Chrystusa. Ograniczę się na zrobieniu uwagi, że do okrucieństwa tyranii dołączyli cynizm pogardy.
„Nie pójdziemy do Kanossy, woła z pogardliwym sarkazmem chorąży obecnej rewolucji, a wszyscy ślepi satelici przyklasnęli. „Odpowiemy na to : Iść lub nie iść do Kanossy, to rzecz niepewna. Co jest jednak pewnym, to to, że wszyscy przywleczeni zostaną przed krzyż tryumfujący, że stawią się wszyscy, chcąc lub nie chcąc, pełni trwogi i przerażenia, wobec tego znaku chwały. Krzyż będzie ich potępieniem, i krzyż będzie naszym wzmocnieniem i radością.
„Równie pewnym jest, ze Bóg postanowił zbawić Kościół i przywrócić mu pokój na tej nawet ziemi i to przez moc krzyża. Pod tym znakiem nie przestajcie, najdrożsi synowie, walczyć i potykać się za sprawiedliwość; jeżeli on dla nas służy za sztandar walki, będzie on także chorągwią zwycięstwa. A kiedy mówię, że nie należy zaprzestawać walki pod tym szlachetnym sztandarem, chcę przez to jasno dać poznać, że nie może być walki bez boju, bez znużenia, bez oporu. Lecz z krzyżem przed oczyma możemy walce przeciwstawić stanowczość, znużeniu wytrwałość, uciskowi męstwo, a we wszystkich twardych okolicznościach cierpliwość. Słowem, stanie się, że krzyżem Kościół odniesie zwycięstwo. In hoc signo vinces. Ten rozkaz Opatrzności, tak jasny dla nas, jest dla nieprzyjaciół naszych ciemnością, a często przedmiotem szyderstw i żartów. Lecz umiejmy się wznieść ponad to wszystko, aby się wzmocnić w wierze i czynić dobrze.
„Niechaj nieprzyjaciele Kościoła będą przedmiotem naszej miłości i naszych ustawicznych modłów; lecz modląc się za nimi, potępiajmy ich błędy i fałszywe zasady. Odwracajmy się od ich stowarzyszeń sekciarskich, więcej niż ze wstrętem i oburzeniem, i radźmy młodzieży, aby ich unikała, jak jadowitej żmii. Ich usiłowaniom w złem umiejmy przeciwstawić usiłowania nasze w dobrem. Chcą oni nauki, utworzonej wychowaniem antykatolickim, czyńmy wszystko, co jest w naszej mocy, aby pomnożyć nauczycieli zdrowych doktryn. Ludzie ci chcą samowoli, a my walczmy (powiedzmy to głośno), walczmy za wolność, lecz za wolność, która idzie w parze ze sprawiedliwością. Oni chcą psuć, a my starajmy się leczyć. W szczególności misja, jaką spełnić winni dobrzy katolicy, jak wy, zależy na położeniu tamy strumieniowi nieprawości, który rozlewa i rozszerza co dzień więcej swoje wody. (…)
“Wreszcie zwróćmy się do Boga i prośmy Go, aby mocą Krzyża św. oswobodził nas od nieprzyjaciół naszych i rozprószył ich : „Per signum Crucis de immicis nostris liberet nos Dominus Deus nostet“. A ponieważ krzyż jest obecnie godłem walki, będzie on rękojmią zwycięstwa i tryumfu. In hoc signo vinces. Z tym godłem wznoszę rękę i błogosławię was w imieniu Trójcy św. (…)

Posted in Historia Kościoła | Leave a comment

Posoborowa sztuka hermeneutyki na przykładzie (2)

Sprawa potępionych za Leona XIII tez A. Rosminiego

www.vatican.va/…/rc_con_cfaith_d…
Powyższy dokument Kongregacji Nauki Wiary wskazuje, jak to wg jego autorów, Magisterium jest zależne od kontekstu historycznego. Kontekst ów powoduje że tezy potępione w 1887 za Leona XIII mogą okazać się w roku 2001 (tj. po 114 latach) tezami bez zastrzeżeń i cenzur. Jednocześnie z dokumentu wynika jak to papież-samodzierżca (choć teraz modniejsze jest słowo dyktator) okresu posoborowia może zalecać w encyklice (Fides et ratio 1998) osobę, której tezy oficjalnie potępiono, jako: “filozofa owocnie współdziałającego ze słowem Bożym” i jak następnie powstaje oczywista konieczność wybrnięcia z galimatiasu poprzez uchylenie potępienia (2001). Uchylenie owo zostaje “wyjaśnione” dynamizmem Magisterium (tj. wskazaniem że w 2 poł. XIX wieku trzeba było walczyć z postkantowskim i postheglowskim idealizmem, a dziś, w wieku XXI…. już nie), sugerując przy tym analfabetyzm papieża Leona XIII oraz zatrudnionych przez papieża specjalistów od teologii, którzy czytanego tekstu po prostu nie zrozumieli. Ks. Rosmini, prekursor posoborowej “reformy” liturgicznej, którą postulował już w latach 40-tych XIX wieku, został ogłoszony przez Benedykta XVI błogosławionym kilka lat po dokumencie KNW.

W konkluzji ww. dokumentu kard. kard. J. Ratzinger z T. Bertone piszą tak:
“Motywy doktrynalnej i roztropnej obawy oraz trudności, które spowodowały promulgację dekretu Post obitum potępiającego “40 tez” pochodzących z dzieł Antonio Rosminiego mogą obecnie zostać uznane za usunięte. (…) Jednocześnie obiektywna ważność dekretu Post obitum odnoszącego się do dawniej potępionych tez zostaje zachowana wobec wszystkich osób, które odczytują je poza systemem rosminiańskim, z idealistycznego, ontologistycznego punktu widzenia i w znaczeniu sprzecznym z wiarą i doktryną katolicką.
Faktycznie, w encyklice Fides et Ratio Jan Paweł II wymienił Rosminiego wśród najnowszych myślicieli, którzy osiągnęli owocną wymianę między filozofią a Słowem Bożym. (…) Musi także zostać stwierdzone że spekulatywne i intelektualne przedsięwzięcie Antonio Rosminiego, które charakteryzowało się wielką odwagą i śmiałością, czasami graniczącą z ryzykowną pochopnością, zwłaszcza w niektórych z jego sformułowań, w których próbował on przedstawić doktrynie katolickiej nowe możliwości wobec wyzwań nowoczesnej myśli, było podejmowane z zachowaniem duchowego i apostolskiego horyzontu, docenionego nawet przez jego zagorzałych przeciwników (…)”

Posoborowemu katolikowi cała powyższa sprawa jest przedstawiana przez tzw. katolickie media tak: “Czegoś takiego w historii Kościoła jeszcze nie było. Teolog potępiony oficjalnym dekretem Świętego Oficjum, którego tezy zostały uznane za heretyckie i szkodliwe, a książki umieszczone na indeksie tytułów zakazanych, 120 lat później zostaje zrehabilitowany, a nawet ogłoszony błogosławionym.”
kosciol.wiara.pl/…/2

Posted in Rewolucja SW II | Leave a comment

Bp J. Pelczar: Pius IX i Jego Pontyfikat (14)

Część XIV – Rewolucja zasiada na Kwirynale

Od stu prawie lat dąży rewolucja do obalenia porządku chrześcijańskiego i już w XVIII wieku za Piusa VI, a więcej jeszcze w XIX wieku za Piusa VII, Grzegorza XVI i Piusa IX, mierzyła w samo serce chrześcijaństwa — w Stolicę św., słusznie rozumując, że jeżeli runie papiestwo, runie także Kościół i całe społeczeństwo chrześcijańskie. Najprzód uderzyła na doczesną władzę papieża, by pozbawiwszy go niepodległości i swobody, tym łatwiej skrępować jego władzę duchowną. W tym celu wywołała ruchy włoskie, pozawiązywała tajne towarzystwa (Karbonariuszów i Młodych Włoch), utworzyła sobie liczny zastęp zwolenników, nie tylko we Włoszech, ale i w całej Europie, a idąc krok za krokiem, przy pomocy swego głównego sztabu, czyli masonerii, swojej przedniej straży, czyli liberalizmu, i swoich sojuszników (Napoleona III, Palmerstona, Bismarcka i t. p.), weszła, z Wiktorem Emanuelem na czele, do Stolicy chrześcijaństwa. Zabór Rzymu był zatem tryumfem rewolucji, a jedność włoska jej wcieleniem. Z Piemontczykami napłynęły do miasta wiecznego rewolucyjne szumowiny, a wsparte przez uliczny motłoch, uwolnionych przez jen. Cadorna więźniów i przez żydów z dzielnicy Ghetto, poczęły wyprawiać haniebne orgie, znieważając duchownych lub osoby oddane papieżowi i wrzeszcząc po ulicach : „Abbasso il Papa!” to znowu „Viva Vittorio Emanuele! Viva Garibaldi! Viva Mazzini!” Równocześnie plądrowano koszary papieskie, przy czym szczególnie żydzi dobry zrobili połów. Dziełem tej hałastry był wybór „junty prowizorycznej”, najprzód z dziewięciu, następnie z 44 członków złożonej (20 wrześ.); ponieważ jednak żywioły demagogiczne w niej przeważały, przeto jen. Cadorna utworzył inną Giunta di governo prowisorio, do której weszło kilku książąt, jak ks. Mich. Caetani, ks. Sermoneta, ks. Simonetti, ks. di Sabbionetta, ks. Baltazar Odescalchi, ks. Ign. di Piombino. Zarazem tenże zdobywca Rzymu ogłosił, że jen. Masi będzie wojskowym komendantem całej prowincji, — że władze administracyjne mają nadal fungować, — że co do ustaw, stempli, monety i t. p. ma pozostać tymczasem status quo, — że wyroki mają być wydawane w imię Wiktora Emanuela „per grazia di Dio e volonta della nazione Re d’Italia”, (21 wrześ.). (…)

Senard, przedstawiciel republiki francuskiej przy dworze włoskim, w piśmie z 22 września złożył królowi życzenia z powodu tak wielkiego czynu, dokonanego z „przedziwną roztropnością i energią”, a nawet wyraził podziękę, że król nie żądał odwołania konwencji wrześniowej, która z obu stron została rozdarta. Nie bez radości powitali także tę wieść hr. Bismarck, hr. Beust, ks. Gorczakow, hr. Prim i hr. Granville, słowem, ówcześni sternicy monarchii europejskich, uprawniając tym samym tryumf rewolucji; a jeden tylko prezydent republiki Ekwador, Garcia Moreno, w okólniku z 18 stycznia 1871 wystąpił z protestacją.

Natomiast papież, jako niezłomny stróż prawa Boskiego i ludzkiego, potępił zabór dziedzictwa kościelnego w encyklice Respicientes z 1 list. 1870, i ogłosił, że sprawcy tegoż, jako też ich pomocnicy, których atoli po nazwisku nie wymienił, popadli w wielką klątwę i w inne kary duchowne, określone ap. pismem z 26 mar. 1860. Pierw jeszcze — bo 20 października — brevem Postquam Del munere zawiesił na czas nieograniczony obrady Soboru watykańskiego, nie odwołując jednak odpustu ad instar jubilaei, nadanego 11 kwietnia 1869. (…)

Już 4 października zajęła junta rządząca pałac della S. Consulta, wyrzuciwszy stamtąd kardynałów Clarellego i Vanicellego. Krom tego jen. Cadorna zażądał kluczy od Kwirynału, chcąc pałac ten obrócić na rezydencję królewską. „Odkąd że to złodzieje potrzebują kluczy, by otwierać bramy ? — wyrzekł wówczas Pius IX — niech je rozwalą, jeżeli chcą. Żołnierze Bonapartego, przychodząc po Piusa VII, weszli oknem do Kwirynału i nie byli na tyle bezczelnymi, aby żądać pierwej kluczy“. Słowa te zakomunikował urzędnik papieski jen. Cadornie, dodając ze swej strony: „Wejdźcie do pałacu, jakoście weszli do miasta — przez wyłom”. (…)

Tymczasem odbyły się wybory do parlamentu. Nowo nabyte prowincje dostarczyły czternastu deputowanych, rozumie się, stronników rządowych, bo prawi katolicy nie tylko w Rzymie ale i w całych Włoszech wstrzymali się od głosowania, ganiąc bez ogródki politykę zaborczą i antykościelną. Przy otwarciu izb (5 grud.), odczytał król szumną mowę, w której ponownie zapewnił, że zająwszy Rzym w imię prawa narodowego, a zgodnie z życzeniem jego mieszkańców, uszanuje wolność Kościoła i niezależność Stolicy św.; po czym parlament uchwalił przenieść stolicę królestwa do Rzymu, — przeznaczyć na ten cel 17 miliomów fr. z budżetu ministra robót publicznych na r. 1871, — zezwolić na ekspropriację odpowiednich budynków, należących do korporacji i osób moralnych, dla pomieszczenia w nich urzędów, w zamian za rentę pięcioprocentową (22 grud.).

Na mocy tego prawa zabrano 4 marca 1871 osiem wielkich klasztorów, a konfiskatę innych zapowiedziano; ponieważ zaś Jezuici cieszyli się szczególną nienawiścią nowych władców Rzymu, przeto odebrano im słynne Colegium romanum (6 list. 1870), by tam urządzić rządowe liceum, pod nazwą Ennio Quirino Visconti. [w roku 1894 egzamin dojrzałości w liceum tym zdawał Eugeniusz Pacelli, późniejszy papież Pius XII – przyp. wł.] (…) Jezuici otworzyli kursy teologiczne w Collegium germanicum, a wydawnictwo znakomitego przeglądu Civilta cattolica przenieśli do Florencji; lecz to ich nie uchroniło od dalszych prześladowań. Za to Pius IX w piśmie do kardynała Patriziego z 2 mar. 1871 nie szczędził im pochwał, lubo z drugiej strony odtrącił niedorzeczną baśń, jakoby ich wpływom we wszystkim ulegał. Wiktor Emanuel miał dopiero 10 stycznia 1871 zjawić się w Rzymie; tymczasem wezbrany Tyber zalał znaczną część miasta, straszne zrządziwszy szkody (29 grudnia). Wielu widziało w tym palec Boży, a patrząc na brudne fale, przewalające się po ulicach, mówiło: „E la scommunica, che passa“ (To klątwa przechodzi). Chcąc zatrzeć niedobre wrażenie powodzi, przybył król 31 grudnia, o godzinie 4-tej rano, do Rzymu, a wyprawiwszy adiutanta swego z listem do Watykanu, objechał kilka ulic, wstąpił na Kapitol,2) zabawił przez chwilę w Kwirynale i tegoż dnia wrócił do Florencji. Nie dotknął nawet dzielnic nawiedzonych powodzią, ale raczył tylko zostawić dla biednych mieszkańców 200.000 fr. ze skarbu państwa, by się nie pokazać mniej hojnym od Piusa IX, który na pierwszą wieść o klęsce 35.000, a wkrótce potem 100.000 fr. z ubogiej swej szkatuły przeznaczył. (…)

Powoli i Wiktorowi Emanuelowi udało się uciszyć wyrzuty sumienia, tak że 2 lipca 1871, już nie w nocy ale w dzień wjechał do Rzymu. Syndyk miasta Pallavicini, z radą municypalną i nadzwyczajnym komisarzem królewskim Gadda, postarał się teraz o świetniejszą, niż przedtem, demonstrację; ponieważ zaś Rzymianie nie byli skorymi do wydawania okrzyków, przeto sprowadzono niemało buzzurów z całych Włoch, płacąc im połowę biletu i po pięć franków na utrzymanie. (…)Wiktor Emanuel wydawał się szczęśliwym, kiedy jako władca 25 milionów ukazał się na balkonie Kwirynału, z którego po tylekroć błogosławił Pius IX. Zapewniał też hardo: „Ci siamo e ci resteremo” (tu jesteśmy i tu zostaniemy); ale snadź duszno mu było w mieście wiecznym i niemiłym wydało się sąsiedztwo skrzywdzonego starca, skoro po 34 godzinach wyjechał do Florencji. Później można go było prędzej znaleźć w wagonie lub na łowach, niż w Kwirynale, co mu ściągnęło epitet „króla nomadów”. (…)

Zrazu król łudził się nadzieją, że papież uprawni zabór, ale z Watykanu odpowiadano zawsze: non possumus. Nie pomogły ni poselstwa ni listy królewskie; użyto tedy innych pośredników. W r. 1871 podjął się pośrednictwa sam cesarz brazylijski, Don Pedro II, i w tym celu przybył do Watykanu. Uwiadomiony o tym Ojciec św., polecił go wprowadzić do jednej z sal watykańskich, przeznaczonych na przyjmowanie monarchów. Po przedstawieniu się cesarza, zapytał go Ojciec św.:

— „Czego sobie Wasza Cesarska Mość życzy?

— Ojcze św. — odrzekł — nie nazywaj mię cesarzem, jestem tutaj hrabią d’Alcantara.

— A więc dobrze, kochany hrabio, — odpowiedział w tej chwili papież — czego żądasz ode mnie?

— Przyszedłem prosić Waszej Świątobliwości, abym Jej mógł przedstawić króla włoskiego.

Na te słowa papież powstał i utkwiwszy w nim wzrok swój, odpowiedział:

— „Na próżno, cesarzu, przyszedłeś do mnie z podobną propozycją. Niechaj król Piemontu zaniecha pierwej świętokradzkich swoich czynów, — niechaj zwróci zagrabione Kościołowi

dzierżawy: wówczas zezwolę, aby do mnie przyszedł, — pierwej nigdy! Nie podejmuj się być jego orędownikiem, bo to ubliża twojej godności. W takim, jak dzisiaj, stanie rzeczy, nie wejdzie on tutaj nigdy za moim zezwoleniem. Może, jeżeli zechce, wyłamać bramy mojego pałacu, jak wyłamał armatnimi pociskami bramy Rzymu, jak wyłamał bramy mojego pałacu na Kwirynale, ale i wówczas ujrzy mię wychodzącego przeciwnymi drzwiami”. (…)

Podobne wezwania do zgody ponowiły się i później, ale Pius IX powtarzał ciągle: non possumus. „Przed niedawnym czasem — tak wyrzekł 17 czerwca 1877 r. do kardynałów — doszły mnie pewne życzenia, pragnące Nas pojednać z nowymi przybyszami. Ostatni list, który jeszcze mam na stole, napisany jest z wielkim spokojem i z wielkim szacunkiem. W nim powiadają mi, abym jako namiestnik Boga pokoju, przebaczył wszystkim nieprzyjaciołom Kościoła i zdjął wszystkie ekskomuniki, które ciążą na ich sumieniu.

I tu uważcie, iż rewolucjoniści są dwojakiego rodzaju: jedni z nich wymyślili i wykonali przewrót, drudzy zgodzili się nań, marząc o szczęściu, o postępie, i już nie wiem o jakim raju ziemskim, niezdolni zrozumieć, iż zbierali same głogi, ciernie i nędzę wszelką.

Pierwsi, zatwardziałego serca, są faraonami naszego wieku, twardsi niż żelazo, i by tych zmiękczyć, nie wystarcza największa dobroć. Lecz drudzy — a do tych należą ci, którzy przemawiają do mnie głosem cichym i piszą do mnie z uczuciem umiarkowania — widząc, iż raj ów ziemski zniknął, widząc, iż zamiast dóbr, bogactw i pomyślności wymarzonej, rozlał się potop złego przez podatki i ciężary niezmierne, czują z wyrzutów sumienia, iż się przyczynili do złego i nawołują mnie do uczuć pokoju.

Lecz jakiż ja pokój mogę mieć z nimi? Czują wyrzuty sumienia?… Ale na co się to przyda? Czul i Saul, kiedy śmiertelnie raniony, spodziewając się od nich uwolnić, prosił żołnierza Amalekity, by go zabił: Nastąp na mnie i zabij mnie, bo dręczy mnie trwoga. I ten odważył się zamordować go, odbierając mu tę trochę życia, która mu zostawała; lecz za grzech swój odebrał potem karę od Dawida, który go skazał na śmierć. I czegóż by chciano wymagać? Abym się stał żołnierzem Amelekitą przeciwko nim ? Albo aby papież naśladował samobójstwo nieszczęśliwego Saula ? O nierozsądne rady f

Lecz jeżeli Amalekita nie uszedł najcięższej kary, na jaką go Dawid skazał, mógłby następca wiecznego Zawiadowcy dusz naszych ujść przed karami, jakie by przyszły na niego od Boga? Żądają pokoju, żądają rozejmu, żądają, mamże powiedzieć, modus vivendi. Jestże możebnym modus vivendi [tymczasowe ułożenie stosunków bez rozwiązywania kwestii spornych, dosł. “sposób/praktyka życia” – przyp. wł.] z przeciwnikiem, który nieustannie dzierży w ręku m o d u s nocendi [dosł. “praktyka krzywdy”], m o d u s auferendi [dosł. “praktyka zaboru”], m o d u s destruendi [dosł. “praktyka niszczenia”], m o d u s occidendi [dosł. “praktyka zabijania – wszystkie przyp. wł.] ? Jest że to możebnym, aby spokojna cisza zawierała przymierze z burzą, kiedy ta huczy i szumi, wywracając, wyrywając, pustosząc wszystko, co napotka ?“ (…)

Później Wiktor Emanuel uciszył głos sumienia, a dla uprawnienia i umocnienia swego tronu starał się o ściślejszy sojusz z monarchami. Cesarz Franciszek Józef odwiedził go natomiast w Wenecji (5—7 kwiet. 1875), cesarz Wilhelm w Mediolanie (18 paź. 1875), lubo życzeniem dworu włoskiego było powitać obydwu monarchów w Rzymie. Przy tej sposobności ukoronowany mason z nad Sprewy przyjął z wielką życzliwością hołdy „braci“ masonów włoskich, które mu imieniem W. Wschodu złożyła liczna deputacja (23 paź.); za to adres stowarzyszenia katolickiego Societa della Gioventu cattolica odrzucił, że się odważyło wstawić za katolikami niemieckimi. Co gorsza, tak on sam jak jego zły geniusz, ks. Bismarck, podjudzali rząd włoski do rozpoczęcia „kulturkampfu”, co też w r. 1877 po części nastąpiło.

A cóż tymczasem robił Pius IX? Przede wszystkim pozostał w Rzymie i zamknął się w Watykanie. (…) Stosunki w r. 1870 były inne, aniżeli w końcu r. 1848; Neapol bowiem nie posiadał już własnego króla, Hiszpania była widownią groźnych wstrząśnień, Francja walczyła rozpaczliwie z Niemcami, a następnie z komuną, Niemcy i Szwajcaria gotowały się już do „kulturkampfu”, Austria jęczała pod jarzmem wrogiego Kościołowi liberalizmu; — słowem, nie było kraju, w którym Namiestnik Chrystusów mógłby był znaleźć spokojną siedzibę. Toż nic dziwnego, że gabinety same radziły mu pozostać w Rzymie.

Został tedy, ale jako więzień w Watykanie. Chociaż bowiem bramy tegoż pałacu nie były zamknięte, a klucze do nich nie spoczywały w ręku rządu najezdczego, to jednak papież po 20 wrześ. 1870 nie mógł ukazać się na ulicach miasta, inaczej musiałby był narazić się na zniewagi i bluźniercze okrzyki rewolucyjnego motłochu, który dzięki skinieniom i opiece rządu, w Rzymie założył główną kwaterę, — musiałby był patrzeć na ohydne napaści, wymierzane przeciw najwierniejszym jego sługom, na bezbożne maskarady, przeciągające po ulicach, na plugawe obrazy lub książki, wystawione na sprzedaż, i na tym podobne wybryki, które gdzieindziej opiszemy. Cóż z tego, że rząd włoski w okólnikach swoich (n. p. z 1 grud. 1870, 1 stycz. 1874 itp.), głosił nieograniczoną swobodę papieża, lub że dla zawarowania jej uchwalił prawo o rękojmiach, kiedy sam zuchwale gwałcił to prawo, i folgował bezprawiom ulicznym, pragnąc snadź zmusić papieża, by sam wyniósł się z Rzymu i położył koniec nieznośnej sytuacji. Było to zatem więzienie moralne.

Tak je pojmował Pius IX; jakoż od 20 wrześ. 1870 aż do śmierci trzy razy tylko przekroczył progi Watykanu, — pierwszy raz 27 wrześ. 1872, gdy zwiedzał przyległą fabrykę mozaik, gdzie właśnie układano słynny obraz Wniebowzięcia N. P. M. według Rafaela, — drugi raz 4 lutego 1875, gdy na chwilę wstąpił do bazyliki św. Piotra, — trzeci raz 16 paź. 1876, kiedy w tejże bazylice, ale również przy drzwiach zamkniętych, przyjmował pielgrzymów hiszpańskich. Następca Piusa VI i Piusa VII znosił tę dolę z wielkim hartem, jaki daje zupełne poddanie się woli Bożej; a jeżeli czasem żalił się przed światem, to na to tylko, by ludy skłonić do modlitwy, rządy do obrony praw Stolicy św. Rzeczywiście, ludy modliły się za „Piotra w okowach”, i w tym celu powstało bractwo Catenarum S. Petri, uposażone przez niego w odpusty; natomiast rządy umyły sobie ręce, wymawiając się polityczną koniecznością. Niektóre z nich zwinęły nawet poselstwa przy Watykanie; uczynił to mianowicie rząd holenderski, na podstawie uchwały izb (17 list. 1871), i niemiecki, wskutek walki kulturalnej (1875). Gabinet St. James odwołał również swego ajenta Gervoise, podczas gdy petersburski, po katastrofie z bar. Mayendofffem, utrzymywał jedynie nadzwyczajnych pełnomocników przy Stolicy św. (…)

Pius IX bolał nad tym upadkiem ducha katolickiego w polityce rządów, ale pełen ufności w Bogu i pewien przywiązania ludów, nie lękał się o przyszłość Kościoła, powtarzając nieraz: „Santa Chiesa fara da se“ (Kościół sam sobie wystarczy). Kiedy fale ludzkich namiętności piętrzyły się wysoko, on zwraca myśl swą w niebo i encykliką Gravibus Ecclesiae z 24 grud. 1874 ogłasza na rok 1875 wielki jubileusz; to znowu poświęca cały Kościół Najśw. Sercu Jezusowemu (16 czer. 1875) i z uchwały Soboru daje mu za patrona św. Józefa, a św. Alfonsa Liguori i św. Franciszka Salezego ozdabia tytułem „Doktorów Kościoła”. (…) Świętość jego, nowym promieniejąca blaskiem, bo aureolą cichego męczeństwa, taki wywierała urok w całym świecie katolickim, że już nie tylko jednostki, nie tylko deputacje, ale wielotysięczne rzesze pielgrzymów spieszyły do Watykanu, jakby do jakiego sanktuarium, by u stóp Namiestnika Chrystusowego wynurzyć swoją cześć i miłość; a on dla wszystkich miał słowo gorące jak płomień, od którego rozżarzał się duch wiary i miłości. (…)

W r. 1873 zapadł papież na ból reumatyczny w nogach (lumbago), mimo to przyjmował deputacje, przemawiając do nich z przenośnego łoża. Wówczas wrogowie cieszyli się nadzieją, że wkrótce nowy nastąpi wybór, a z nim koniec twardego „non possumus”; minister włoski Visconti Venosta rozesłał nawet okólnik (z 1 stycz. 1874) o zachowaniu się rządu podczas przyszłego Conclave ; tymczasem Pius IX odzyskał niebawem zdrowie i wyśmiał niecne rachuby, „Mówią — wyrzekł wtenczas — że jestem, znużony i że ustąpię. Tak, jestem znużony, widząc tyle niegodziwości, bezprawi i nieporządków. Jestem znużony, widząc, ja k codziennie znieważają religię w tym mieście, które jaśniało jako wzór wiary i moralności. Jestem znużony, widząc, jak uciskają niewinnych, znieważają sługi ołtarza, bezczeszczą rzeczy święte, będące przedmiotem naszej czci i miłości. Tak, jestem znużony, ale jeszcze nie jestem gotów ustąpić wrogom Boga, bo wiara jest moją potęgą”. (…)

Okrzyki: “Abbasso il Papa”, ohydne karykatury i niecne wycieczki dzienników przeciw papieżowi uchodziły bezkarnie. — W jednym z kiosków rzymskich widać było n. p. wizerunek, przedstawiający Wiktora Emanuela w postaci Michała Archanioła, depcącego smoka, który znowu wyobrażał Piusa IX. Na gorsze jeszcze napaści byli narażeni jego dworzanie i słudzy. (…) Rząd mieszał się także do wychowania kleru i przez ministra Scialoja wydał okólnik o seminariach, krępujący niemało władzę biskupów (z 18 grud. 1872). Następca jego, Ruggero Bonghi, poddał seminaria nadzorowi inspektorów świeckich; a kiedy

biskupi odnieśli się do Penitencjarii św., otrzymali odpowiedź (z 17 stycz. 1876), że po złożeniu odpowiedniej protestacji można udzielić tymże inspektorom żądanych informacji i zezwolić na ich wizytację, byli nie mieszali się do spraw karności i nauki.

Duchowieństwu dokuczał rząd w przeróżny sposób, podczas gdy predykantów protestanckich i księży lub zakonników apostatów brał w opiekę. W r. 1875 postanowił na wszystkich duchownych do 35 roku życia, a więc i na biskupów, rozciągnąć obowiązek służby wojskowej, mimo że nie tylko od biskupów, ale i od ludu szły silne przedstawienia. (…)

Jeszcze 29 sierpnia 1870, w memoriale wystosowanym do obcych mocarstw, oświadczył Visconti Venosty, że rząd włoski zobowiązuje się wszystkie zakłady, urzędy, korporacje duchowne i ich zarządy, istniejące w Rzymie, jako też całą ich własność bez uszczerbku zachować. Tymczasem już 4 marca 1871 zabrano osiem wielkich klasztorów rzymskich, by w nich umieścić biura ministerialne, a 5 sierpnia t. r. dwa inne; wkrótce zaś potem, 20 listop. 1872, wniósł minister sprawiedliwości projekt do prawa o wywłaszczeniu wszystkich zakonów. (…) Niegodziwa ustawa przeszła w obu izbach i została zatwierdzoną przez króla (19 czerwca 1873). Mocą tejże wyrugowano z klasztorów wszystkich zakonników i zakonnice, a tylko jenerałom lub prokuratorom generalnym pozwolono pozostać, jako też tym kapłanom, co byli potrzebni do posługi w przynależnych kościołach. Wyjęto jednak od tego przywileju Jezuitów, a późniejszy minister Mancini okazał się dla nich tak łaskawym, że chciał ich, jakby jakich zbrodniarzy, skazać na banicję; lecz izba większością 22 głosów odrzuciła ten arcyliberalny wniosek. Później także i jenerałów wyrugowano z ich cel. Krom tego zabrano ruchomy i nieruchomy majątek zakonów, by go wrzucić w dziurawy wór publicznego skarbu. Dla wszystkich jenerałów przeznaczono na rok ryczałtową sumę 400.000 lir, w tej nadziei, że jej nie przyjmą, zakonników zaś zbyto lichą pensją. Wielu z tych, co nie udali się na misje, doznało nędzy i głodu ; mimo to nie porzucają zakonnego życia, lecz gromadząc się po domach prywatnych, trzymają się nadal reguły, uczą dzieci, pielęgnują chorych, roznoszą ubogim wyżebraną żywność; a tak spełniają się słowa Ojca św., wyrzeczone w r. 1873 do jenerałów zakonnych : „Kościół, oczyszczony cierpieniem, powstanie daleko silniejszy, l te same zakony będą mogły coraz lepiej staczać walki Pańskie, skoro zwyciężą obecne wysilenia piekła”.

Przy zaborze klasztorów postępowała „junta likwidacyjna” z oburzającym cynizmem : mianowicie zakonnice ucierpiały niemało od brutalnych zbirów. Ojciec św. łagodził, jak mógł smutną ich dolę i ofiarował zakonnicom pałac swój w Castel-Gandolfo, a jenerałowi Jezuitów mieszkanie w Watykanie; ale O. Beckx podziękował za tę łaskę i przeniósł się do willi Fiesole obok Florencji, gdzie był przynajmniej wolnym od ciągłych napaści. Zabrano także biblioteki, należące do klasztorów, jak bibliotekę Jezuitów przy Collegium Romanum, bibliotekę Dominikanów (Casanalensis), Augusiyanów (Angelica), Oratorianów (Vallicellana), po czym utworzono z nich wielką bibliotekę narodową, imienia Wiktora Emanuela (13 lip. 1875).

Teraz przyszła kolej na majątek nieruchomy parafii, bazylik, kapituł i zakładów, który zlikwidowano i zamieniono na rentę narodową. Według urzędowego wykazu od r. 1867 do 31 maja 1879 r. sprzedano 129.745 losów, opiewających na nieruchome dobra kościelne, i wzięto za nie 424,415.438 lir 13 centesimów; ale znaczna część tej sumy utonęła w kieszeniach nowych panów Rzymu. Rząd, nienasycony w chciwości, zagarnął również pod swoją administrację wszystkie zakłady dobroczynne wiecznego miasta i chciał się nawet targnąć na nieruchomy majątek Propagandy, ale konwersja tegoż, równająca się kasacie, nastąpiła dopiero za króla Humberta (1884), mimo protestu następcy Piusa IX, kilku gabinetów i wielu biskupów. Nienawiść sekciarska dążyła nie tylko do pognębienia duchowieństwa, ale także do obalenia podstaw chrześcijańskich, toż zmieniono formułę przysięgi, by wykluczyć z niej wszelką ideę religijną (1876); ponieważ zaś ustawa o małżeństwie cywilnym obowiązkowym, istniejąca we Włoszech od 1 stycz. 1866, nie była wcale zachowywaną, przeto minister Vegliani przedłożył parlamentowi wniosek do prawa, upoważniającego rząd do karania grzywnami lub nawet więzieniem kapłana, któryby śmiał dać ślub kościelny przed aktem cywilnym (1874). Ale biskupi zaprotestowali, a sumienie ludu oparło się wstrętnemu prawu. Dalej jeszcze posunął się minister wojny Mezzacapo, bo w okólniku z r. 1877 ogłosił, że małżeńskie związki żołnierzy, w czynnej służbie zostających, będą uważane za konkubinaty, w razie gdyby z pominięciem formy cywilnej, wzięli jedynie ślub kościelny.

Rząd zaborczy nie pominął także wychowania publicznego, by i na tym polu inaugurować „nową erę postępu”. Zaraz w listopadzie r. 1870 odebrał Jezuitom Collegium romanum, a wkrótce potem zniósł wydział teologiczny na uniwersytecie Sapienza i usunął z innych wydziałów profesorów wiernych swej przysiędze, wprowadzając natomiast żydów i masonów. Skutek był ten, że w r. 1873 aż 25 katedr było opróżnionych, a połowa młodzieży przeniosła się gdzieindziej. Pius IX chciał przy pomocy mons. Merode utworzyć rodzaj uniwersytetu w pałacu Altemps, ale rząd 12 marca 1876 założył swoje weto; krom tego zwinął wszystkie wydziały teologiczne przy dziesięciu wszechnicach krajowych (1872).

Według ulubionej praktyki liberalizmu, starano się także zeświecczyć nauczanie publiczne, i tak Scialoja jak pokrewni mu duchem inni ministrowie oświaty, Bonghi, Correnti, Coppino, dążyli do wyparcia duchowieństwa ze szkół a religii z wychowania; ale parlament odrzucił odnośny wniosek rządowy w r. 1874, w skutek czego Scialoja wziął dymiskę. Szczęśliwszym był Coppino, bo uzyskał od obu izb uchwałę, zaprowadzającą przymus szkolny w szkołach ludowych (1877); natomiast zostawiono do woli rodziców, czy i w jakiej religii chcą kształcić swe dzieci. W tymże r. 1877 zwinięto posadę dyrektora duchownego, czyli katechety przy liceach; gimnazjach i szkołach technicznych.

Szkoły rządowe stały się odtąd rozsiewnikami niedowiarstwa i niemoralności, tak że nawet żydzi usuwają z nich swe dzieci, lękając się propagandy antyreligijnej. Wobec tego wszystkiego senator Terenzio Mamiani, zapraszając na kongres uczonych, głosił pompatycznie, że „od tylu wieków po raz pierwszy rozum i umiejętność odzyskały w Rzymie swobodę”; tymczasem niepodejrzana wcale, bo protestancka Augsburger allgemeine Zeitung, wypowiedziała w r. 1874: „Nie tylko sami klerykalni, ale także dobrze myślący liberalni mówią i piszą, że Włochy są na drodze do barbarzyństwa, które po kilku dziesiątkach lat podaje na wzgardę i pośmiewisko”.

Prześladowanie religii i duchowieństwa rozsrożyło się, kiedy w wyborach r. 1876 wzięło górę stronnictwo radykalne, a w miejsce ministerstwa Lanzy, Visconti Venosty i Minghettego, należących do tak zwanej „Consorteria* czyli do konserwatystów(l) i stronników dynastii, ster skołatanej nawy włoskiej objęli członkowie lewicy i znani radykaliści, Dpretis (zm. 1887), Nicotera, Mancini, Melegari, Zanardelli, podczas gdy Crispi został prezydentem izby niższej. Niemało przyczynił się do tego ks. Bismarck, który nie tylko przywiódł do skutku ściślejszy alians z Włochami i wyprawił ces. Wilhelma do Medyolanu (1875), ale przez Kendella żądał od rządu włoskiego ukrócenia wolności kard. Ledóchowskiego, poskromienia duchowieństwa i zmiany prawa o rękojmiach.

Nowy gabinet rzucił jawnie Kościołowi rękawicę, bo wypowiedział w Gazzetta della Capitale (2 kwietnia 1876). …„Prawdą jest, że zwalczamy katolicyzm, mamy bowiem przekonanie, że w nim tkwi największe niebezpieczeństwo dla naszych czasów”.

Uśmiechała mu się idea kościoła narodowego, oderwanego od papieża; a że do tego zmierzało towarzystwo apostatów p. t. Societa emancipatrice del clero, którego prezydentem był exdominikanin Prota: przeto rząd popierał ten związek i rad by był wybór biskupów i proboszczów oddać w ręce ludu; ale czujny stróż prawa, Pius IX, już w piśmie z 21 listopada 1873 potępił podobne zapędy, wśród ludu zaś nie było zwolenników odszczepieństwa. Płonnymi okazały się również agitacje związku antyreligijnego p. t. Societa cattolica italiana, jako też zachcianki rządu do zajęcia muzeów watykańskich i pogróżki masona Fr. Crispiego, wypowiedziane na bankiecie publicznym w Berlinie (1877), że nowy papież — bo wówczas mówiono głośno o bliskim konklawe — nie będzie uznany, jeżeli nie będzie miłym rządowi włoskiemu, i że będzie musiał szukać przytułku poza Włochami, jeżeli nie uzna obecnych stosunków. Za to minister Paskal Stan. Mancini przeprowadził w izbie niższej projekt do prawa o „nadużyciach duchowieństwa” (23 stycz. 1877), mocą którego duchowni, występujący podczas urzędowania przeciw instytucjom i prawom państwa, krytykujący je czy słowem czy pismem, ogłaszający podobne rozporządzenia jakiejkolwiek władzy (a więc i papieskiej), mieli być karani więzieniem aż do dwóch lat i grzywnami aż do trzech tysięcy lir.

Podczas obrad nad tym wnioskiem wyrzucono cały potok zniewag przeciw papieżowi, a Petrucelli nie wahał się nazwać go kłamcą i krzywoprzysięzcą, co było jaskrawą ilustracją prawa o rękojmiach.” (…)

Owocem tej polityki rządowej był upadek wiary i moralności w społeczeństwie włoskiem, za czym poszedł przerażający wzrost zbrodni. W r. 1873 liczono w więzieniach włoskich 77450 osób, podczas gdy w tymże roku było w więzieniach francuskich 50044 osób, w angielskich i irlandzkich 33959, w belgijskich 3206; a więc we Włoszech przypadało 270 więźniów na 100000 mieszkańców, we Francji 138, w Brytanii 107, w Belgii 63. Bandytyzm zakwitnął na nowo, zwłaszcza w Neapolu, gdzie grasowali t. z. cammorristi, i w Sycylii, gdzie t. z. Mafia terroryzowała kraj cały. Rząd chwycił się nadzwyczajnych środków, ale nie zdołał powstrzymać tej plagi, tak że sam Lanza musiał wyznać: „We Włoszech niema tego, o co każdy rząd przede wszystkim dbać powinien, to jest, bezpieczeństwa osób i własności “.

W opłakanym stanie znajdowały się również finanse państwa, a dług publiczny wynosił w r. 1874 — 10060 milionów lir, tak że samych procentów płacono rocznie 570 milionów lir. Nie pomógł zabór majątku klasztorów, kościołów i zakładów dobroczynnych, bo większa część gdzieś się rozpłynęła w rękach junty likwidacyjnej; trzeba było puszczać w kurs przymusowy bilety skarbowe i zakładać nowe podatki, które nigdzie może nie są tak wielkie, jak we Włoszech. Ludność zubożona nie widziała innego ratunku jak wynosić się do Ameryki (…)

Powszechne zniechęcenie, panujące w kraju, obróciło się na korzyść stronnictwa republikańskiego, zwłaszcza że i „bohater dwóch światów”, Garibaldi, dawał mu zachętę. „Rzeczpospolita — pisał on z Caprery — winna być kresem dla każdego człowieka uczciwego, który nie chce zginać kolan przed despotyzmem i hańbą” (19 list. 1872). Już w r. 1871 pojawiły się w Rzymie demonstracje republikańskie, którym rząd nie potrafił zapobiec. Trzydziestego kwietnia, jako w rocznicę zwycięstwa rzeczypospolitej rzymskiej nad wojskiem francuskim pod murami Rzymu mu, obnoszono w procesji portret Garibaldiego, ozdobiony kwiatami i otoczony świecami, wśród pieśni patriotycznych, wiwatów na cześć rzeczypospolitej i okrzyków: Abbasso Vittorio Emmanuele; a 28 sierpnia tegoż roku wołano na ulicach: Morte al re! abbasso la consorteria! i potłuczono popiersie Wiktora Emanuela. Wkrótce potem dano w masońskiem circolo romano obiad dla Ricciottego Garibaldiego, na którym wnoszono toasty na cześć bohaterów z pod Mentany, Mazziniego i Karola Marksa, naczelnika internacjonału, tudzież na oswobodzenie klas uboższych, a na pohybel „obmierzłej dynastii sabaudzkiej”. Pierwszego stycznia 1872 motłoch rzymski, oburzony zaprowadzeniem nowej taryfy, wygwizdał króla, jadącego do teatru, po czym przebiegał ulice, wołając: „Niech żyje Mazzini i Garibaldi, śmierć buzzurom (rządowym), śmierć królowi, papieżowi i księżom”!

Kiedy się rozeszła wieść o śmierci Mazziniego (f 10 marca 1872), w całych Włoszech skonsygnowano wojsko, obawiając się wybuchu rewolucji, w Rzymie zaś sam rząd wziął udział w procesji, która popiersie „proroka idei” zaniosła na Kapitol. l) Toż samo przy poświęceniu „ołtarza” na cześć Garibaldczyków (25 list. 1877) rozległy się okrzyki: Viva Garibaldi! Viva ta repubblica! Żandarmi byli świadkami tych scen i dopiero wtenczas wystąpili, kiedy ukazała się chorągiew czerwona, z czapką frygijską na wierzchu. Omal nie przyszło stąd do bójki, ale Cairoli zażegnał burzę, przemówiwszy do tłumów: „Chcecie republiki? Będziecie ją mieli; jest ona w powietrzu, nie trzeba tylko się spieszyć”. Rząd jedynie schlebianiem i ciągłą walką z Kościołem zdołał trzymać na wodzy republikanów; ponieważ zaś ich bożyszczem był Garibaldi, przeto zarzucił na niego wędę złotą i — złowił go. W grudniu r. 1874 uchwalił parlament, za wolą rządu, ofiarować „odkupicielowi Włoch” „dar narodowy” w postaci miliona lir i rocznej renty 50.000; ale nowoczesny Cincinatus oświadczył, że nie może przyjąć podarunku od rządu, na którym cięży odpowiedzialność za nędzę kraju. Wkrótce jednak dał się ubłagać i z czystego patriotyzmu przyjął roczną rentę 100.000 fr. z dodatkiem pięknej willi za Porta Pia ; co więcej, w styczniu 1875 przybył do Rzymu, witany nie tylko przez swoich, ale także przez adiutanta królewskiego i dwa bataliony wojska.

Zasiadłszy na ławie poselskiej, złożył królowi ślubowanie, a 30 stycznia miał u niego audiencję, na której blisko pół godziny -toczyła się rozmowa „o uregulowaniu Tybru i osuszeniu bagien pontyńskich !“ Król uścisnął rękę towarzyszowi broni i synowi jego, Menottemu ; a miesiąc później posłał do niego ks. Humberta, przy czym Garibaldi przedstawił następcy tronu najmłodsze swe dzieci, Manliusza i Klelię, na wzgardę religii zrodzone z żony nieślubnej i niechrzczone. Rewolucja płakała krwawymi łzami nad „moralnym zamordowaniem najszlachetniejszego z ludzi“, ale pocieszono ją obietnicą, że raźniej pójdzie walka przeciw Kościołowi, i że jej zwolennicy przyjdą do władzy ; jakoż w r. 1876 członkowie lewicy otrzymali teki ministerialne, i rzec można, że od tego czasu istnieje we Włoszech republika z koroną królewską na głowie.

Przy takim niedołęstwie rządu krzewiły się swobodnie dążności socjalistyczne i rósł w siłę internacjonał. Hersztowie tegoż wyprawili w r. 1871 ucztę, wśród której na stole, zamiast kwiatów i ozdób, wznosiła się ogromna butla petroleum, jako godło wspólnych celów, nadziei i dążeń: później zaś (2 sierpnia 1874) urządzili kongres w Villa Ruffi obok Rimini, by obmyślić środki do obalenia religii, tronu i własności. Rząd kazał uwięzić 28 przywódców, należących już to do internacjonału, już to do t. z. Alleanza universale repubblicana, lecz potem puścił ich bezkarnie; czym rozzuchwaleni, wielu miastom, zwłaszcza w Romanii, dali się we znaki. Rząd zdobył się na heroizm, bo postanowił rozwiązać związki internacjonału (1877 r.), stłumiwszy wszczęte przez nie rozruchy w okolicy Benewentu; lecz nie przestały one działać w ukryciu i z nich to wyszły zamachy Passanantego (1878) i Bresciego (1900) na króla Humberta.

Dziś pod rządami Wiktora Emanuela 111, masona, stan królestwa włoskiego nie jest wcale świetny, mimo że ono ma liczną armię i zawarło alians z Anglią, Niemcami i Austrią; najgorszą jego raną jest rozterka z papiestwem, to też ludzie zdrowo myślący, jak Fazzari, Jacini i inni, nawołują do zgody, choćby za cenę ustąpienia papieżowi pewnego terytorium. W ostatnich czasach masoni, anarchiści i socjaliści wywołują dzikie rozruchy przeciw Kościołowi; ale też za to rośnie w kraju nędza, zepsucie i rozprzężenie, a sprawiedliwość Boża przemawia co chwila strasznymi katastrofami. (…)

Posted in Historia Kościoła | Leave a comment

Posoborowa sztuka hermeneutyki na przykładzie

Gościem tvn był jezuita Dominik Dubiel SJ, którego zapytano o zatwierdzoną ostatnio przez KEP instrukcję o muzyce kościelnej. Gość skonkludował że wprawdzie liturgię uwznioślają organy “jednak inne instrumenty nie są zakazane”, a “instrukcja mówi, iż decydującą rolą w dopuszczeniu instrumentu zawsze powinna być jakość wykonania” (za deon.pl)

Czyli – na zachodzie b.z., żeby wziąć kilka z brzegu przykładów:
kard. Rodriguez (Maradiaga):
www.youtube.com/watch
(a)bp Ryś:
www.youtube.com/watch
www.youtube.com/watch
ingres abp Jędraszewskiego:
www.youtube.com/watch
nabożeństwo z kard. Nyczem:
www.youtube.com/watch
Niedziela Palmowa (Męki Pańskiej) w katedrze abp Kupnego:
www.youtube.com/watch
Pieśń w stylu lounge na wejście NO – Wielka Pokuta i abp Gądecki:
www.youtube.com/watch

Posted in Rewolucja SW II | Leave a comment

Bp J. Pelczar: Pius IX i Jego Pontyfikat (13)

Część XIII – Przerwany Sobór

Najwyższy pasterz chrześcijaństwa w piśmie Arcano divinae Providentiae z 8 wrześ. 1868 wezwał biskupów kościołów wschodnich niezjednoczonych, iżby przybyli na sobór, i w ślad za ojcami, co niegdyś radzili w Lyonie (1274) i Florencji (1439), przywrócili związek jedności ze Stolicą św. W innym piśmie — Jam vos omnes z 13 wrześ, 1868 — uwiadomił protestantów o zwołaniu soboru, zachęcając ich przy tym do powrotu na łono Kościoła; jaki zaś był skutek tych miłościwych nawoływań, niżej zobaczymy. (…)

Wiele wrzawy narobił przegląd, wydawany przez o.o. Jezuitów p. t. La Civilta cattolica, korespondencją z Francji p. d. 6 lut. 1869, w której szczególnie uderzyły następujące twierdzenia: Rząd francuski lęka się, aby sobór nie proklamował nauki zawartej w Syllabusie i nie ogłosił dogmatu nieomylności, uważając jedną i drugą za niezgodną z zasadami konstytucji państwa. Te same obawy podzielają katolicy liberalni; podczas gdy niewierzący, racjonaliści i akatolicy widzą w zwołaniu soboru wypowiedzenie wojny postępowi, wolności i ideom nowożytnym. Episkopat francuski w zapatrywaniu się na Syllabus i dogmat nieomylności nie różni się od reszty biskupów świata katolickiego; jeżeli są jakie wyjątki, to więcej u nich rozgłosu, niż powagi. — Katolicy prawdziwi pragną gorąco zatwierdzenia doktryn Syllabusa w sposób pozytywny i ogłoszenia dogmatu nieomylności, by wreszcie pogrzebać nieszczęsną deklarację z r. 1682, będącą duszą gallikanizmu. Ponieważ co do dogmatu nieomylności inicjatywa nie może wyjść od Ojca św., przeto należy się spodziewać, że Ojcowie soboru przez aklamację ten dogmat ogłoszą. Wielka liczba katolików pragnie za razem dogmatycznego zatwierdzenia Wniebowzięcia N. Maryi Panny (…)

We Francji rząd Napoleona III zżymał się na enuncjacje przeglądu rzymskiego, lecz pominąwszy artykuł, zamieszczony w organie Rouhera „Le Public”, nie dał tego poznać. Głośniej objawiły swe niezadowolenie dzienniki katolików liberalnych zwłaszcza le Franęais (18 mar.) i le Correspondant (10 paźdz.), a nawet oświadczyły się stanowczo przeciw orzeczeniu dogmatu nieomylności, jako też przeciw agitacji, jaką w tej sprawie pisma ultramontańskie, zwłaszcza l’Univers, rozwinęły; w skutek czego rozdarcie w łonie katolików stało się nieuniknionym. (…) Drugim ogniskiem agitacji przeciw „rzymskim machinacjom“, a szczególnie przeciw orzeczeniu nieomylności papieskiej były Niemcy. Jak widzieliśmy gdzieindziej, rozgościł się tamże pośród uczonych katolickich i samych nawet teologów t. z. germanizm, to jest, przesadne uwielbienie dla „umiejętności niemieckiej” i metody protestanckiej, a natomiast wstręt do romanizmu, czyli kierunku naukowego rzymskiego, — nadto pewne lekceważenie powagi Stolicy św., wyroków Kongregacji i władzy biskupiej, obok wynoszenia prerogatyw rządu, a stąd nachylanie się do bizantynizmu w kwestiach polityczno-kościelnych, niechęć do seminariów biskupich, uprzedzenia do Collegium germanicum, i opór przeciw projektowi założenia uniwersytetu katolickiego. Równolegle rozwijał się, zwłaszcza po r. 1866, borussianizm, czyli dążność do zjednoczenia Niemiec pod egidą Prus. (…)

Kiedy się ukazała wspomniana wyżej korespondencja w przeglądzie jezuickim “Civilta cattolica”, natychmiast augsburska Allgemeine Zeitung umieściła pięć długich artykułów (10— 15 mar. 1869), pełnych krzywdzących insynuacji, zjadliwych wycieczek, sofistycznych wykrętów i błędnych lub niebezpiecznych teorii, które potem wyszły osobno p. t. Der Papst and das Concil von Janus. Autorem tego piśmidła, które Kongregacja Indeksu wyrokiem z 26 grud. 1869 potępiła, był „Luther XIX wieku” — Jan Józef Ignacy Dollinger. Lubo znakomity historyk Hergetirother, później kardynał, a wówczas profesor wurzburski, w dziele Anti – Janus powalił zwycięsko jego wywody, to jednak znalazły one obrońców, tak pośród profesorów uniwersyteckich, jak pośród katolików z imienia. Dziełem jednych lub drugich były różne memoriały i broszury przeciw nieomylności papieskiej, zjazdy agitatorów i adresy do biskupów, jak n. p. adres koleński do arcybiskupa Melchersa, adres do biskupa trewirskiego, Eberharda, podpisany w Koblencji przez 55 katolików i świeckich (z 18 maja 1869), który hr.

Montalembert niemądrze pochwalił. Słowem, męty, pierw ukryte, poczęły wychodzić na wierzch. (…) Agitacja niemiecka odbiła się nawet echem w Anglii, gdzie lord Acton-Dalberg, uczeń Dollingera, z kilku konwertytami (Le Page Renough, Ffoulkes, Oxenham) starał się uprzedzić opinię katolicką przeciw nieomylności papieskiej; ale na straży zdrowej nauki stał tam światły i wymowny arcyb. Manning. Także i uczony Newman w liście do biskupa Ullathorne wyraził swe obawy co do skutków ogłoszenia tego dogmatu. (…)

Pośród niedowiarków i masonów panowało niezmierne rozjątrzenie, a nawet niepokój. Po stu latach podziemnej roboty, po tylu rewolucjach i prześladowaniach, Kościół katolicki, któremu już chcieli śpiewać Requiescat, był pełen życia, i wyzywał do walki wszystkich swoich wrogów. Toż nic dziwnego, że grono wolnomularzy francuskich wniosło do w. mistrza W. Wschodu francuskiego prośbę o zwołanie ogólnego zgromadzenia delegatów wszystkich „pracowni krajowych” i W. Wschodów obcych, które by wydało manifest, zatwierdzający zasady masonerii. Po obszernej dyskusji na dniu 8, 9, 10 lipca 1869, w. mistrz Mellinet poddał ten wniosek pod sąd wszystkich pracowni swej obediencji, i oto 90 lóż, 6 kapituł i 1 rada, czyli 97 pracowni oświadczyło się za nim, a 111 lóż, 18 kapituł i 6 rad, czyli 135 pracowni przeciw niemu. Większość zatem ze względów oportunistycznych oparła się zwołaniu soboru masońskiego; za to postanowiono w lożach szerzyć wszelkim sposobem rozdwojenie w łonie episkopatu i społeczeństwa katolickiego, co im się w części udało.

Za Wielkim Wschodem francuskim poszedł także włoski (17 paźdz. 1869), lecz ta polityka nie podobała się zagorzalszym; jakoż hr. Józef Ricciardi, członek parlamentu włoskiego, wystosował do wolno-myślicieli (libres-penseurs) wszystkich narodów odezwę (z 27 stycznia i 15 marca 1869), iżby zebrawszy się 8 grudnia w Neapolu, utworzyli, na przekór soborowi, „stowarzyszenie humanitarne”, mające za podstawę wolne badanie rozumu, za hasło „miłość i naukę“, za cel nieubłaganą walkę z papieżem i papiestwem. Myśli tej przyklasnęli koryfeusze niedowiarstwa, jak Michelet, Quinet, Littre, Garibaldi, Ausonio Franchi, Giani i t. p., a 62 lóż masońskich, włoskich i obcych, 34 stowarzyszeń robotników, 25 innych związków włoskich, 26 obcych, 63 grup wolnomyślicieli włoskich, 27 grup obcych, i do tysiąca jednostek zgłosiło swe przystąpienie do programu. „Antysobór” zebrał się rzeczywiście w Neapolu, lubo nie w takiej liczbie, jak się spodziewano; przybyło bowiem 461 wolno-myślicieli, a między nimi kilka podobnego ducha kobiet, jak margrabina Florenzi-Waddington, księżna Henryka Caracciolo i t. p. Kiedy jednak już na drugim posiedzeniu (10 grud.) niektórzy mówcy, zwłaszcza francuz Regnard, pozwolili sobie deklamacji republikańskich i wycieczek przeciw Napoleonowi III: prefekt policji z pobudek politycznych rozwiązał zgromadzenie. (…)

W świecie protestanckim zwołanie soboru i miłościwe odezwanie się Piusa IX w piśmie z 13 września 1868 wywołało w ogóle oburzenie; przynajmniej władze duchowne i dzienniki, tak stronnictwa prawowiernego jak racjonalistycznego, ogłosiły rzeczone pismo za zuchwałe uroszczenie i jawną obelgę, wymierzoną przeciw wyznawcom „czystej Ewangelii”. W tym to duchu odpowiedziała wyższa rada kościelna berlińska (9 paźdz. 1868), grono pastorów w Groenindze (1 grud.), i w Genewie (4 grud.), zgromadzenie protestantów w Wormacji (31 maja 1869), centralny komitet stowarzyszenia Gustawa Adolfa (16 sierpnia), synody protestanckie w Sztutgarcie (31 sierpnia) i Ansbachu (9 paźdz.), zgromadzenie ogólne „ewangelików augsburskich” w Węgrzech (8 paźdz.), komitet t. z. Alliance evangelique we Francji (1 list.), zebranie generalne prezbiteriańskie w Ameryce (paźdz.) i t. d. (…) W Anglii główny organ urzędowego kościoła, Times, zbył odezwę papieską płaskim dowcipem: „Papież zaprasza nas uprzejmie, byśmy się oddali na usługi soboru. Ale ptaszek wyleciał z klatki i cieszy się wolnością” (…)

Dr. Jan Cumming, prezbiterianin szkocki, wystosował do papieża publiczne zapytanie, czy protestanci będą mogli zabrać głos na soborze i wyłuszczyć prawdy, dla których się odłączyli od Kościoła rzymskiego. Pius IX odpowiedział mu za pośrednictwem arc. Manninga, że dyskusja będzie niemożebną co do tych błędów, które już raz nieomylnym wyrokiem Kościoła zostały roztrząśnięte, osądzone i potępione (4 września 1869). Ponieważ słowa te niektórzy protestanci źle rozumieli, jakoby im wszelka droga do wymiany myśli i porozumienia była odciętą: przeto Ojciec św. w drugim liście do tegoż arcybiskupa ogłosił, że lubo nie może pozwolić na dysputę z akatolikami pośród soboru, wyznaczy atoli teologów, przed którymi by oni z całą swobodą wypowiedzieć mogli swe wątpliwości i zarzuty (30 paźdz. 1869). (…)

Na Wschodzie list papieski z 8 września 1868, zapraszający biskupów schizmatyckich na sobór, poruszył stare niechęci i uprzedzenia. Żałować trzeba, że go przed doręczeniem wydrukował dziennik Giornale dl Roma (22 września), gdyż posłużyło to patriarchom greckim za pozór do nieprzyjęcia go, a nieprzyjaciołom za środek do obrobienia opinii publicznej. (…)

Już 2 grudnia [1869] odbyło się przedwstępne zebranie (congregatio prosynodalis) w kaplicy Sykstyńskiej. Pius IX przybył o godzinie 10-tej, a dawszy biskupom, którzy tymczasem poklękali, swe błogosławieństwo, usiadł na tronie i miał czułą przemowę, mianowicie o potrzebie zgody i o walce z błędami czasu (…) Wreszcie nadszedł przesławny dzień 8 grudnia, dzień Niepokalanego Poczęcia, przeznaczony na otwarcie soboru. Już od świtu, mimo ulewnego deszczu, cisnęły się nieprzejrzane tłumy do bazyliki św. Piotra, tak że z trudnością dało się utworzyć szpaler dla procesji. (…) Kardynał Borromeo odśpiewał Ewangelię o rozesłaniu apostołów (Łuk. X.), po której Ojciec św. wypowiedział dziwnie silną i gorącą allokucję. Przytoczymy z niej jeden tylko ustęp. „Widzicie bowiem, Czcigodni Bracia, z jaką natarczywością dawny wróg rodu ludzkiego uderzył i wciąż uderza na dom Boży, któremu świętość przystoi. Za jego sprawą szerzy spustoszenie ów zgubny spisek bezbożników, który zjednoczeniem silny, bogactwami zamożny, ustawami obwarowany, a mając wolność zasłoną złości, toczy zawzięcie wojnę okrutną, pełną wszelakiej zbrodni, przeciw świętemu Kościołowi Chrystusowemu. Nie jest wam tajny rodzaj tej wojny, je j siła, broń, postępy i zamiary. Ciągle patrzycie na wywracanie i zamącanie zdrowych zasad, podtrzymujących w swym porządku sprawy ludzkie, na opłakane wszelkiego prawa obalenie, na różnorodną sztukę zuchwałego kłamania i psucia, za pomocą której rozprzęgają się zbawienne węzły sprawiedliwości, uczciwości i władzy, rozpalają się najgorsze namiętności, wiara chrześcijańska w duszach z gruntu się wykorzenia, tak, iż niechybnej zguby Kościoła lękać by się należało, gdyby on mógł być zgładzony jakimkolwiek ludzkimi wysiłkami. Ale nic nie ma silniejszego nad Kościół, powiedział św. Jan Chryzostom; Kościół mocniejszy od samego nieba. Niebo i ziemia przeminie, ale słowa moje nie przeminą. Jakie słowa? Ty jesteś opoka, a na tej opoce zbuduję Kościół mój, a bramy piekielne nie przemogą przeciwko nie ma”.

Podczas tej alokucji widziano łzy w oczach papieża i wielu Ojców, a kiedy wzywał opieki Niepokalanej Dziewicy, Duchów niebieskich i Książąt Apostołów, twarz jego była promieniejąca, jakby jakiego anioła. I znowu wszyscy rzucili się na kolana, aby hymnem Veni Creator wezwać pomocy Ducha Świętego. Po odśpiewaniu modlitwy Deus qui corda i Benedicamus Domino, zawołał mistrz ceremonii: „Wszyscy, którzy nie mają prawa zasiadać na soborze, niechaj wyjdą” (…) Następnie przystąpił sekretarz soboru, biskup Józ. Fessler, do tronu i podał Ojcu św. dekret otwarcia soboru, po czym Valenziani, biskup z Fabriano, odczytał ten dekret z mównicy, kończąc tymi słowy: „Czy się podoba Ojcom, aby ku czci i chwale Boga w Trójcy jedynego, dla pomnożenia i podniesienia wiary i religii katolickiej, dla oddalenia błędów, dla poprawy obyczajów u duchowieństwa i ludu, powszechny sobór watykański został otwarty, i aby to otwarcie jako dokonane ogłosić?” na co wszyscy Ojcowie jednogłośnie odrzekli: Placet (podoba się). Tedy Ojciec św. ogłosił sobór jako otwarty i zapowiedział drugą sesję publiczną na dzień 6 stycznia 1870 roku. (…)

Rzec można, że dla Kościoła katolickiego był to najpiękniejszy dzień w XIX-tym wieku; toteż wiele miast, jak Wiedeń, Marsylia, Bordeaux, Nimes, Brescia, Poznań itd. urządziło powszechne lub częściowe iluminacje. Niestety, nie brakło także demonstracji antykatolickich, zwłaszcza po miastach włoskich: tak n.p. w Bolonii profesor Carducci ogłosił w dzienniku Il popolo hymn na cześć szatana! (…)

195 Ojców, z biskupami z Lipari i Katanii na czele, objawiło życzenie, iżby Wniebowzięcie N. Panny zostało dogmatycznie określone (23 lutego). Toż samo 153 Ojców przedłożyło postulat o podniesienie czci św. Józefa i uznanie go patronem Kościoła (9 mar.). Wszyscy biskupi, a za nimi i wierni, życzyli sobie, iżby Ojciec św. oddał uroczyście cały Kościół Boskiemu Sercu Zbawiciela, co rzeczywiście w r. 1875 nastąpiło. Biskupi ormiańscy żądali przez patriarchę Hassuna przypomnienia odwiecznych praw co do wojny; (…) Dwaj ochrzczeni Izraelici, Józef i Augustyn Lemanowie, obaj kapłani diecezji lugduńskiej, zwrócili się do Ojców z usilną prośbą o podanie zbawczej dłoni wybranemu niegdyś a teraz odrzuconemu ludowi. Rzeczywiście 510 biskupów podpisało postulat, iż należy wezwać wszystkich Izraelitów, „aby co rychlej przyjęli obiecanego im Mesjasza i zaśpiewali hosanna Synowi Dawidowemu, — aby się rzucili w objęcia Niepokalanej Dziewicy, która jak jest ich siostrą według ciała, tak chce im być matką wedle ducha”; po czym XX. Lemanowie wręczyli to pismo Ojcu św. Pius IX rzekł do nich ze zwykłą słodyczą: „Oto dwaj bracia Izraelici, dwaj księża, mający wiele gorliwości dla zbawienia narodu swojego. Tak, synowie moi, synami Abrahamowymi jesteście, i ja także. O, aby zebrać te wszystkie podpisy, musieliście wiele chodzić i mozolić się“. — „Tak, Ojcze święty, wiele chodziliśmy. Uosabiając w sobie cały nasz naród, byliśmy niejako żydem wiecznym, a żyd wieczny zakończył wędrówkę swoją, wstępując w podwoje wszystkich biskupów świata tu zgromadzonych. W Rzymie obiegliśmy po raz ostatni świat cały“.

— „Moje dzieci, przyjmuję wasze postulata i prześlę je sam sekretarzowi soboru. Istotnie wypada i dobrze będzie wystosować do Izraelitów kilka słów upomnienia i zachęty. Wasz naród ma w Piśmie pewne przepowiednie o nawróceniu, się. Jeżeli winobranie nie może być jeszcze całkowitym, oby niebiosa użyczyły nam przynajmniej kilku gron”. Następnie pobłogosławił obydwóch braci, i dodał im otuchy, mówiąc: „Pracujcie dla swoich braci, chcąc dla nich uczynić to samo, co Mojżesz uczynił, to jest, wyswobodzić ich”. (…)

Niesłychanej wagi jest zatwierdzona na tej sesji konstytucja dogmatyczna „Del Filius“, bo na niej opiera się cały gmach filozofii i teologii. Potępia ona panteizm i materializm, a natomiast uczy, że „jeden jest Bóg prawdziwy i żywy, Stwórca i Pan nieba i ziemi, wszechmocny, wieczny, niezmierzony, niepojęty, nieskończony rozumem, wolą i wszelką doskonałością, który gdy jest jedną szczególną, niezłożoną zgoła i niezmienną substancją duchową, wyznawany być ma jako rzeczywiście i istotnie (re et essentia) oddzielny od świata, w sobie i z siebie najszczęśliwszy i po nad wszystko, co oprócz Niego jest i pomyślanym być może, niewymownie wyższy; — który swą dobrocią i wszechmocną potęgą, nie dla pomnożenia szczęścia swego, nie dla nabycia lecz dla objawienia doskonałości swojej przez te dobra, których udziela stworzeniom, w najswobodniejszym zamyśle (liberrimo consilio) od początku czasu dwojakie społem wywołał z nicestwa stworzenie, duchowe i cielesne, to jest, anielskie i światowe, a następnie ludzkie, jakby wspólne, z ducha i ciała złożone,— wszystko zaś, co stworzył, opatrznością swoją zachowuje i rządzi” (…) Bogu objawiającemu winien każdy człowiek składać hołd umysłu i woli za pomocą wiary, to jest, uznawać za natchnieniem i pomocą łaski Bożej za prawdziwe to wszystko, co Bóg objawił, i to nie z powodu wewnętrznej, naturalnym światłem rozumu poznanej prawdziwości rzeczy, lecz na mocy powagi objawiającego Boga. Aby jednak hołd wiary naszej był zgodny z rozumem, chciał Bóg z wewnętrznymi pomocami Ducha świętego złączyć zewnętrzne swego objawienia dowody, to jest, czyny Boże, a przede wszystkim cuda i proroctwa… Krom tego sprawą Syna swego Jednorodzonego ustanowił Kościół i zaopatrzył go w jawne ustanowienia swojego znamiona, aby tenże przez wszystkich mógł być poznany, jako stróż i mistrz objawionego słowa… Do tego Kościoła Pan Najdobrotliwszy i błąkających się łaską swoją pociąga, pobudzając ich i wspierając, aby do poznania prawdy przyjść mogli, a nie opuszczając nikogo, chyba że sam bywa opuszczony. A przeto niejednaki jest bynajmniej stan tych, którzy za niebieskim darem wiary do prawdy katolickiej przylgnęli, a tych, co wiedzeni ludzkimi mniemaniami, fałszywą religię wyznają. Ostatnimi słowy potępił sobór watykański indyferentyzm, a w końcu zadał śmiertelny cios tym teoriom fałszywym, które albo przeceniają siły rozumu, albo stawiają go w sprzeczności z wiarą, albo za daleko posuwają niezależność nauki. (…)Jakkolwiek jednak wiara jest ponad rozum ludzki, nie może nigdy zachodzić prawdziwa sprzeczność pomiędzy wiarą a rozumem, gdyż tenże sam Bóg, który objawia tajemnice i wlewa wiarę, dał duchowi ludzkiemu światło rozumu, Bóg zaś nie może zaprzeczać sam sobie, ani jedna prawda może być drugiej przeciwną. A przeto pozorny ów rodzaj sprzeczności stąd tylko wypływać może, że albo dogmaty wiary nie są wedle myśli Kościoła pojęte i wykładane, albo że urojenia opinii poczytywane bywają za wyrocznie rozumu… Kościół, który wraz z apostolskim obowiązkiem nauczania otrzymał rozkaz strzeżenia skarbu wiary, ma też prawo i obowiązek potępiania kłamliwej umiejętności (falsi nominis scientiam). Wszyscy przeto wierni chrześcijanie nie tylko nie powinni podobnych opinii, które uznane są za przeciwne nauce wiary, a szczególnie jeśli są potępione przez Kościół, bronić jako prawowitych wniosków nauki, ale owszem obowiązani są poczytywać je za błędy, mające fałszywy pozór prawdy. Nie dosyć jednak, że wiara i rozum nigdy nie mogą być z sobą w sprzeczności, one nadto przynoszą sobie wzajemną pomoc; zdrowy bowiem rozum wskazuje podstawy wiary i oświecony jej światłem rozwija znajomość rzeczy Bożych ; wiara zaś uwalnia i chroni rozum od błędów i wieloraką go wiedzą obdarza. I dlatego Kościół nie tylko nie sprzeciwia się rozwojowi sztuk i nauk ludzkich, ale raczej rozlicznymi sposobami wspiera go i podnosi. Nie zapoznaje on bowiem i nie gardzi korzyściami, jakie z nich na życie ludzi spływają; wyznaje owszem, iż jak wyszły one od Boga, wszelakich umiejętności Pana, tak też jeżeli należycie są uprawiane, do Boga za pomocą Jego łaski prowadzą. Nie zabrania on też bynajmniej, aby te ludzkie nauki we właściwym sobie zakresie swoich używały zasad i swojej metody ; lecz uznając tę słuszną wolność, tego tylko pilnie przestrzega, by sprzeciwiając się nauce Bożej, nie przyjmowały do łona swego błędów, lub przekraczając granice swoje, nie przyswajały sobie i nie mąciły tych rzeczy, które się odnoszą do wiary.

Nauka bowiem wiary, którą Bóg objawił, nie jest podana umysłom ludzkim jako wynalazek filozoficzny do udoskonalenia, ale raczej, jako skarb Boży, powierzona Oblubienicy Chrystusowej do wiernego strzeżenia i nieomylnego ogłaszania. Stąd też to znaczenie dogmatów św. na zawsze ma być zachowywane, które raz określił Kościół, matka święta, i od znaczenia tego nigdy odstępować nie można, pod pozorem i w imię pojmowania wyższego…“ Końcowym ustępem napiętnował sobór progresizm w wierze, przypuszczający przemianę i doskonalenie się dogmatów, nie potępił atoli postępu w innych dziedzinach (…)

Po wszystkie wieki uznawał świat katolicki nauczycielską władzę papieży, a pomny słów Chrystusa Pana: „Ty jesteś Piotr, to jest opoka” itd. i znowu: „Szymonie, Szymonie” jam prosił za tobą, aby nie ustała wiara twoja“ itd. przyjmował ich wyroki w rzeczach wiary i obyczaju jako wolne od cienia błędu: „Roma locuta, causa finita“ — oto hasło wszystkich czasów, któremu daremnie opierały się herezje. W łonie samego Kościoła nie brakło atoli prądów, przeciwnych nieomylności papieskiej; mianowicie episkopalizm w wieku XV, gallikanizm i jansenizm w XVII, febronianizm w XVIII podawały ją w wątpliwość, lub czyniły zależną od zgody biskupów. Z drugiej strony wszystkie szkoły teologiczne, w których zdrowa kwitła nauka, idąc za Ojcami Kościoła i scholastykami, broniły tej prawdy, acz ona nie była dogmatycznie określona. (…)

Zawrzała walka poza Rzymem i posypały się setkami broszury, adresy, artykuły, szermujące za i przeciw. Wzburzenie podsycały nieprzychylne Kościołowi czasopisma, bałamucąc umysły niedorzecznymi baśniami, jak n. p. że orzeczenie nieomylności papieskiej będzie przyznaniem mu wszechwiedzy i rodzajem bałwochwalstwa, — że nieomylność ta rozciągać się będzie na wszystko, co papież powie, tak że urojenia swoje będzie mógł podawać za dogmaty, —- że dogmat nieomylności wytrąci z rąk panujących wszelką władzę, bo papież będzie mógł składać ich z tronu i uwalniać poddanych od przysięgi, — biskupów zaś pozbawi wszelkiej powagi i zmieni ustrój Kościoła, a natomiast odda w ręce papieża i Jezuitów moc nieograniczoną, której łatwo nadużyją na szkodę cywilizacji i postępu i t. p. Znajdowały one tym łatwiej wiarę, że liberalni katolicy i niektórzy profesorowie teologii wystąpili jako zacięci przeciwnicy nieomylności papieskiej. (…) Obóz liberalnych katolików, tak mężczyzn jak kobiet, które żartobliwe zwano „kumoszkami soboru” (matriarches), nie był we Francji liczny; przeciwnie, ogół duchowieństwa i świeckich wyglądał orzeczenia dogmatu nieomylności, i nawet z tych diecezji, których pasterze należeli do nieoportunistów, słał do Ojca św. adresy w tym kierunku. Podobne usposobienie panowało w katolickiej Anglii, w Hiszpanii, we Włoszech i w ziemiach polskich; lubo u nas dzienniki liberalne odznaczały się również duchem wojowniczym. Hetmanem ich był zdolny powieściopisarz Józef Ign. Kraszewski, rozjątrzony o to, że go Pius IX podczas audiencji po ojcowsku upomniał, aby w malowaniu ujemnych stron społeczeństwa był ostrożnym, bo „choroby i nagości należą przede wszystkim do szpitala”. On też w czasopiśmie Tydzień, wydawanym w Dreźnie, pozwalał sobie złośliwych wycieczek przeciw papieżowi, arcyb. Ledóchowskiemu, ultramontanom i większości soborowej.

Namiętniejszą i groźniejszą była agitacja w Niemczech, gdzie się oparła nie tylko o zastarzałą nienawiść protestantyzmu, ale także o pychę pewnej liczby profesorów uniwersyteckich, zwłaszcza ich przywódcy Dollingera. Jątrząco działały tu poprzednie adresy i pisma, jak również umieszczane później w protestanckiej Augsburger Allgemeine Zeitung listy soborowe (Conciliumsbriefe) odznaczające się z jednej strony stylem błyskotliwym i pozorną erudycją, z drugiej klasyczną śmiałością w kłamaniu i niesłychaną zajadłością przeciw papieżowi i większości soborowej. (…) Poseł związku północno-niemieckiego, hr. Arnim, wystosował pismo do kard. Antonellego (z 23 kwietnia), odradzające ogłaszania dogmatu nieomylności, „gdyż taka uchwała sprawiłaby zamieszanie w stosunkach Kościoła do państwa i spowodowałaby przesilenie, z którego rząd papieski, mimo swej tradycyjnej mądrości, może nie zdaje sobie sprawy”. Pierwej jeszcze hr. Bismarck kazał oświadczyć biskupom, że rząd wspierać ich będzie w obronie ich przekonań i praw (13 marca); lecz z drugiej strony nie zgodził się na propozycję hr. Arnima, by utworzyć w Rzymie stałą konferencję przedstawicieli rządów, która by czuwała nad przebiegiem obrad soborowych, wiedząc, że takie „anticoncilium“ do niczego nie doprowadzi. Hr. Arnim rozwinął silną agitację pośród episkopatu niemieckiego, a jak widoczna z jego listu do jednego z biskupów niemieckich (z 18 czerw. 1870), ogłoszonego przez niego w wiedeńskiej „Presse“ (1874), nie tylko zachęcał tychże do odszczepieństwa, ale groził im surowymi represaliami ze strony rządu, w razie gdyby przyjęli i ogłosili dogmat nieomylności, czyli z woli Bismarcka zapowiadał im przyszły „kulturkampf”. (…)

A jakże tymczasem zachował się Pius IX? (…)Wśród powszechnego rozdrażnienia nie utracił on pokoju i pisał do słynnego prałata Segura : “Moc Ducha św. jest z Ojcami soboru ; ten Duch Boży kieruje swym tchnieniem biskupami, zebranymi w imię Jezusa Chrystusa na około Jego namiestnika. Gwóż, dlaczego nie wątpimy ani na chwilę, że i te sztuki nieprzyjaciela dusz obrócą się prędzej czy później na chwałę Boga, na korzyść Kościoła i na większe dobro wiernych. Przypomnijmy sobie, że Piotr został zganiony za to, że zwątpił, gdy począł tonąć, i walczmy z tym większą dzielnością, z tym większą wiarą i wytrwałością, im groźniejszymi wydają się okoliczności”. Kiedy indziej miał wyrzec żartobliwie: „Sobór ma trzy okresy; pierwszy należy do szatana, który stara się wszystko zepsuć, — drugi do ludzi, którzy do wszystkiego wprowadzają zamieszanie, — trzeci do Ducha Świętego, który wszystko oczyszcza i naprawia“.

Z drugiej strony karcił surowo podżegania agitatorów. „Rzekomi mędrcy— wyrzekł 9 stycznia 1870 na jednej z publicznych audiencji, — duces coecorum, wodzowie ślepych chcieliby, żeby oszczędzać pewne kwestie i nie sprzeciwiać się ideom tego czasu. A ja powiadam, że trzeba mówić prawdę dla ustalenia wolności, i że nie trzeba nigdy lękać się głosić prawdy, a potępiać błędu. Chcę wolności, zarówno jak prawdy. O sprawy świata nie troszczę się, ale wykonywam sprawy Boga, Kościoła, Stolicy św. i całego społeczeństwa chrześcijańskiego”. Podobnie wyraził się w liście do O. Prospera Guerangera, opata Benedyktynów w Solesmes, który w znakomitym piśmie „De la Monarchie pontificale a propos du livre de Mgr. l’Eveque de Sura“ zmiażdżył gallikańskie teorii biskupa Maret’a. „Ubolewać zaiste potrzeba — oto początek listu — że znajdują się między katolikami ludzie, chełpiący się z tego imienia, a jednak napojeni całkowicie zepsutymi zasadami i tak uporczywie do nich przywiązani, iż nie tylko nie potrafią poddać swego rozumu wyrokowi Stolicy św., skoro tenże jest im przeciwny, acz by był powszechną zgodą i zaleceniem biskupów zatwierdzony, ale nadto sądząc, jakoby postęp i szczęście społeczeństwa ludzkiego od tych zasad zależały, starają się nagiąć Kościół do swoich opinii, i uważając siebie samych za mądrych, całej rodzinie katolickiej, inaczej niż oni myślącej, nie sromają się nadać nazwy „stronnictwa ultramontańskiego”. Nierozum swój do tego stopnia posuwają, że kuszą się poprawić od Boga ustanowiony ustrój Kościoła i zastosować takowy do nowoczesnych form rządu świeckiego” (…)

Słynną szczególnie była audiencja trzystu przeszło kapłanów francuskich, którzy na widok papieża, wchodzącego na salę, zawołali z niesłychanym zapałem: „Vive le Pape infaillible!” Ojciec św. wezwał ich przede wszystkim do modlitwy i dodał: „Wrą dziś walki i burze, ale niech was to wcale nie zadziwia; pośród walk i burz Kościół się począł, założył i ogłosił swe dogmaty, Kościół jest córką Jezusa Chrystusa, — on i dziś tryumf odniesie”. (17 maja). Silnie i znacząco przemówił również do świeckich, otwierając 17 lutego wystawę dzieł religijnych, urządzoną na jego rozkaz w Termach Dioklecjana. Wówczas to wyrzekł te pamiętne słowa : „Religia jest niezmienną i nie potrzebuje przechodzić przez rewolucję, a ja potępiam tego, który odważył się napisać, że rok 1789 był dla niej konieczny“.

Zamykając zaś tę wystawę (16 maja), zaprotestował przeciw przypuszczeniu, jakoby Kościół kuł nowe dogmaty, „bo on tylko zatwierdza prawdę znaną i przyjętą przez powszechną tradycję katolicką“. (…)

Nastąpiło na LXXXV kongregacji, 13 lipca, głosowanie imienne nad całym schematem „o prymacie rzymskiego papieża”. Na 601 obecnych 451 głosowało placet, 62 placet juxta modum, to jest, z pewnym zastrzeżeniem, 88 non placet; 77 Ojców było nieobecnych z powodu zajęć lub choroby. Zastrzeżenia i poprawki owych 62 Ojców, w liczbie 163, oddano komisji dogmatycznej do zbadania, po czym ta komisja na LXXXVI kongregacji, 16 lipca, złożyła swe sprawozdanie. Uchwałą większości zmieniono wówczas dwa miejsca w tekście i do ustępu: „Ideoque ejusmodi Romani Pontificis definitiones esse ex sese irreformables”, dodano po ex sese słowa „non autem ex consensu Ecclesiae”. (…) W następny poniedziałek, 18 lipca, odbyła się czwarta sesja publiczna; przyspieszono ją bowiem z powodu wybuchu wojny między Francją i Prusami. Po zwykłym zagajeniu wstąpił biskup Valenziani na ambonę i odczytał pierwszą konstytucję dogmatyczną o Kościele, a potem zapytał, jak zwykle: „Reverendissimi Patres, placentne Vobis decreta et canones, qui in hac Constitutione continentur”? Teraz nastąpiło imienne wywoływanie Ojców, których było razem 535, to jest, 42 kardynałów, 6 patriarchów, 81 arcybiskupów, 357 biskupów (25 różnych obrządków wschodnich), 16 opatów, 24 jenerałów zakonnych; wszyscy odpowiedzieli placet, dwóch tylko — neapolitański biskup Ludwik Riccio z Cajazzo i północno-amerykański bisk. Edward Fitzgerald z Little-Rock głosowali: non placet, ale i ci przyjęli zaraz uchwałę soboru. (…)

Konstytucja „Pastor aeternus”, na sesji IV uchwalona, jest podwaliną nauki katolickiej o Rzymskim Papieżu. W niej to potępił sobór błędy gallikanizmu, febronianizmu i modnego liberalizmu, a natomiast orzekł, że św. Piotr Apostoł, ustanowiony książęciem wszystkich Apostołów i widzialną głową całego Kościoła wojującego, otrzymał wprost i bezpośrednio od Jezusa Chrystusa nie tylko prymat godności, ale prawdziwej i rzeczywistej jurysdykcji; — że następcą Piotra św. jest Papież Rzymski; (…) że wreszcie papież rzymski, gdy z katedry przemawia, to jest, gdy spełniając urząd Pasterza i Nauczyciela wszystkich chrześcijan, -według najwyższej swojej Apostolskiej powagi, orzeka naukę o wierze i obyczajach, mającą być wyznawaną przez Kościół powszechny, wskutek Bożej pomocy, jemu w osobie błogosławionego Piotra przyrzeczonej, tę nieomylność posiada, w jaką Boski Zbawca Kościół swój w orzekaniu nauki o wierze i obyczajach chciał mieć zaopatrzony, że zatem tego rodzaju orzeczenie Rzymskiego Papieża same z siebie, nie zaś ze zgody Kościoła są niezmienne (irreformabiles). Tak więc rozstrzygnięty został długoletni spór, toczący się jeszcze od wieku XIV ; a prawda mimo uporczywej walki zwyciężyła. Był to fakt iście opatrznościowy wobec wypadków, jakie niebawem nastąpiły. (…)

Wkrótce po sesji czwartej — 9 sierpnia 1870 — rząd bawarski wystosował do biskupów swoich okólnik tej treści, że żaden akt soboru watykańskiego, a tym mniej konstytucja zatwierdzająca nieomylność papieża, nie może być ogłoszoną w królestwie bawarskim bez uprzedniego placetum regium. Co więcej, minister wyznań Lutz kazał uniwersytetowi monachijskiemu roztrząsnąć między innymi to pytanie, czy sobór watykański jest powszechny! Mimo to biskupi niemieccy w liście zbiorowym, wydanym w Fuldzie przy końcu sierpnia, ogłosili dekreta tegoż soboru jako obowiązujące. Jeden tylko Hefele, biskup rottenburski, nie podpisał tego listu, a nawet utrzymywał dalszą korespondencję z Dóllingerem ; ale i on 10 kwiet. 1871 ogłosił dekrety dogmatyczne soboru i dał wrogom tegoż ciętą odprawę. Nie lepsze usposobienie panowało w Wiedniu, bo tam pod wpływem ministrów Beusta i Stremayra wypowiedziano konkordat z 18 sier. 1855, pod pozorem, iż się strona paktująca to jest papież, zmieniła, o czym sekretarz poselstwa Palomba kard. Antonellego uwiadomił (30 lip. 1870).

Bolał nad tym Pius IX, nie tracił jednak ufności, że i ta burza przeminie; aby zaś sprostować mylne zapatrywania się na dogmat nieomylności, oświadczył otwarcie na posłuchaniu, danym członkom rzymskiej „Akademii Religii katolickiej” (20 lipca 1871):

„Spomiędzy błędów, (dążących do skrzywienia idei „nieomylności papieskiej”, najzłośliwszy jest ten, że ona przyznaje papieżom prawo składaniu z tronu książąt i uwalniania ludów od przysięgi wierności. Prawo to wykonywali papieże po kilkakroć w ostatecznej potrzebie, ale nie ma ono żadnego związku z nieomylnością. Źródłem, tegoż prawa nie jest nieomylność, ale powaga papieska… Dzisiejsze stosunki różnią się całkowicie od dawniejszych, i tylko złośliwość może rzeczy tak odmienne pomieszać, jako to wyrok nieomylny, odnoszący się do

prawdy objawionej, z prawem, które papieże mocą swej powagi, skoro dobro powszechne tego wymagało, wykonywali… Niektórzy pragną tego, abym dekret soborowy wytłumaczył i wyjaśnił; lecz ja tego nie uczynię, gdyż on jest sam z siebie jasny i nie potrzebuje komentarzy lub tłumaczeń…“ (…)

Obowiązki pasterskie i skwary letnie zmusiły większą część biskupów do wyjazdu z Rzymu ; ci atoli Ojcowie, którzy pozostali, radzili dalej nad schematami o misjach i karności kościelnej. Ale już tylko dwie kongregacje mogły się odbyć, LXXXVII dnia 13 sierpnia i LXXXVIII 1 września. 20 września wtargnęli Piemontczycy do Rzymu. Wobec sytuacji tak smutnej nie pozostało nic innego, jak odroczyć obrady soboru do chwili pogodniejszej, co też Pius IX bullą Postquam Dei munere z 20 paźdz. 1870 uczynił.

Kiedy sobór watykański na nowo się zbierze, Bogu to tylko wiadomym; lecz zawsze chwała należy się Piusowi IX, iż to dzieło wiekopomne rozpoczął, i chwała soborowi, iż na te czasy walki dał Kościołowi bezpieczne palladium — w dogmacie nieomylności papieskiej.

—-

Tak kończy ks. Bp Pelczar drugi tom biografii swego autorstwa.

Posted in Historia Kościoła | Leave a comment

Bp J. Pelczar: Pius IX i Jego Pontyfikat (12)

Część XII – Epoka “złych prądów”

Podczas gdy odszczepieństwo wschodnie gnębiło Kościół w obrębie monarchii rosyjskiej, rozwielmożyły się w krajach katolickich złe prądy, mianowicie liberalizm w Austrii, cezaryzm z masonerią we Francji, radykalizm w Hiszpanii. (…) Do Tyrolu starali się wcisnąć protestanci i utworzyć choć kilka gmin wyznaniowych, opierając się na patencie cesarskim z 8 kwiet. 1861; ale katolicka większość w sejmie broniła wytrwale starych przywilejów, zatwierdzonych przez cesarzy, za co ją Pius IX w piśmie z 5 września 1861 pochwalił. (…) W Czechach , obok tendencji liberalnych i panslawistycznych, pojawił się tu i ówdzie zwrot do husytyzmu, obudzony antagonizmem politycznym. Szczególnie stronnictwo młodoczeskie, z nienawiści do Niemców, wynosiło Husa i Żiżkę jako bohaterów narodu. W roku 1868, 150 Czechów, pod wodzą Sladkowskiego, odbyło „pielgrzymkę” do Konstancji, gdzie Hus w roku 1415 został spalony. W roku 1850 obchodzono w Pradze i w Husinie 500-letnią rocznicę urodzin herezjarchy czeskiego, przy czym nie obeszło się bez obelg, miotanych na Kościół. Natomiast katolicy, z kard. Fryderykiem Schwarzenbergiem na czele, spieszyli w tymże roku (19 sierp.) do Welehradu na Morawie, by uczcić apostołów Słowiańszczyzny Cyryla i Metodego, który przed tysiącem lat w onych stronach pracowali. (…) W Węgrzech ma Kościół przeciw sobie protestantów, schizmatyków i masonów (…) Objawiły się tamże, szczególnie po r. 1867, dążności do przeprowadzenia zupełnego rozdziału Kościoła i państwa, jako też do przypuszczenia do rządów Kościoła żywiołu świeckiego, czyli do utworzenia t. zw. autonomii, na wzór tej, jaką protestanci i dyzunici posiadali od r. 1790. (…) W lipcu r. 1867, już po zaprowadzeniu dualizmu, minister Eótwós w liście do prymasa Jana Simora objawił życzenie, aby dla zabezpieczenia autonomii Kościoła przyznać świeckim wpływ na szkoły, zarząd majątku i inne sprawy kościelne, na co prymas odpowiedział (8 września), że węgierski episkopat już dawno poczynił kroki w tym kierunku. W tymże roku na zaproszenie arcb. Simora zebrali się biskupi trzech prowincji i opat Góry św. Marcina na konferencję do Ostrzyhomia, której wynikiem był projekt utworzenia mieszanych rad kościelnych, celem nadzorowania tak wychowania publicznego jak majątku Kościoła i szkoły. Mianowicie w każdej parafii miała być rada parafialna i zebranie parafialne, z proboszczem na czele, — w każdym dekanacie rada dekanalna z dziekanem na czele, — w każdej diecezji rada diecezjalna z biskupem na czele, — nad niemi miała stać rada krajowa z prymasem na czele. Deputowani mieli być wybierani na trzy lata i pełnić swe obowiązki bezpłatnie. Już w grudniu 1867 roku rozesłano projekt „katolickiego stowarzyszenia oświaty ludowej”, jakie w każdej parafii postanowiono zaprowadzić; dla ułożenia zaś statutów zwołali biskupi przygotowawczy kongres mieszany do Pesztu (24 czerwca 1869), który na następnym zebraniu uchwalił modłę wyborczą (13 paździer. 1869), po czym takowa otrzymała zatwierdzenie królewskie. Dalsze zabiegi co do tej sprawy podjęto po r. 1870, lecz nie doprowadziły one do praktycznych rezultatów, na czym Kościół w Węgrzech wcale nie stracił. (…) Ministerstwo zatwierdziło statuta loży peszteńskiej p. t. „Jedność ojczyzny” (6 paźdz. 1868), a już 30 stycz. 1870 ukonstytuował się Wielki Wschód węgierski rytu szkockiego, do którego między innymi należeli jen. Turr i późniejszy minister wyznań Jerzy Joanowicz. W r. 1873 podlegało mu 18 lóż z 1.004 „braćmi”, a krom tego w r. 1870 powstała wielka loża Joannitów (świętojańska), przełożona nad 20 lożami. (…)

Podczas gdy dzienniki liberalne [we Francji], jak Siecle, Opinion nationale, la Presse itp. szarpały swobodnie religię i Ojca św., a urzędowy pamflecista La Gueronniere za wiedzą i wolą Napoleona III pochwalał grabież dokonaną na Stolicy św.: dzienniki katolickie, l’Univers, Gazette de Lyon i la Bretagne, zostały zawieszone, inne zaś otrzymały po kilkakroć ostrzeżenie; co więcej, bisk. Pie za swój list pasterski, hr. Montalembert za broszurę „Pie IX et la France en 1849 et 1859“ ściągnęli sobie dochodzenie sądowe. Rząd, niechętny ruchowi katolickiemu na rzecz papieża, wzbronił organizacji komitetów dla zbierania świętopietrza (18 listop. 1860), i poddał listy pasterskie biskupów, omawiające kwestie polityczne, to jest, sprawy doczesnej władzy papieskiej, poprzedniej cenzurze, jako też prawu stemplowemu (10 listop. 1860).

W tej myśli minister oświecenia i wyznań, Rouland, wydał okólnik z 2 stycz. 1861, a nadto przedłożył cesarzowi memoriał „sur la politique a suivre vis-a-vis de l’Eglise“ (2 kwiet. 1860), w którym między innymi radził: nie zezwalać, chyba w rzadkich wyjątkach na zakładanie nowych domów zgromadzeń męskich — przestrzegać jak największej surowości w upoważnianiu nowych zgromadzeń żeńskich, tudzież darowizn i legatów, na rzecz klasztorów zatwierdzonych, — popierać energicznie, o ile tylko można, nauczanie świeckie, pod wyłącznym kierunkiem państwa, a nie wydawać tegoż w ręce kleru i zakonów, — zapobiegać za pomocą rozporządzeń organicznych rozszerzaniu się władzy papieskiej nad duchowieństwem i nad państwem, — ograniczyć zakres działania nuncjusza i nie pozwolić mu znosić się z biskupami, ani wpływać na ich wybór, — odjąć biskupom upoważnienie zbierania się na sobory prowincjonalne bez osobnej licencji rządu, — powoływać na stolice biskupie mężów pobożnych i zacnych, ale przywiązanych szczerze do cesarza i do instytucji francuskich, — zdusić dzienniki religijne i ultramontańskie, a z drugiej strony popierać studia nad dawnymi swobodami i przywilejami gallikańskimi i bronić z energią zasady niezależności państwa wobec papiestwa, — wreszcie zwrócić baczną uwagę na wielkie stowarzyszenia świeckie, ale zostające w rękach kleru i stronnictwa legitymistycznego, mianowicie na „groźne” towarzystwo św. Wincentego a Paulo, które licząc obecnie we Francji 900 konferencji i tysiące członków, nawet pośród uczniów liceów, podlega radzie jeneralnej, znoszącej się z Rzymem”.

Program ten, zwłaszcza co do ostatniego punktu, podobał się Napoleonowi III, bo niebawem minister spraw wewnętrznych hr. Persigny, poufnik cesarza, wezwał okólnikiem z 16 paźdz. 1861 prefektów departamentów, iżby rozciągnęli opiekę rządową nad towarzystwami dotąd legalnie nie uznanymi, jako to nad towarzystwem św. Wincentego a Paulo, św. Franciszka Regis, św. Franciszka Salezego, tudzież nad masonerią (!), ale zarazem rozwiązali najwyższe, centralne i prowincjalne rady tychże związków. Towarzystwu św. Wincentego a Paulo chciano narzucić prezydenta z nominacji cesarskiej, jednakże 766 konferencji, z radą generalną i zacnym jej prezesem Baudonem na czele, oparło się temu, wskutek czego nastąpiło rozwiązanie rady generalnej i decentralizacja konferencji (5 kwiet. 1862).

Za to masoneria zyskała nie tylko prawne uznanie, jako „towarzystwo dobroczynności”, ale szczególną rządu protekcję, za co odwdzięczając się, składała cesarzowi podczas jego wycieczek po kraju publiczne swe hołdy, on zaś odpowiadał: „Widzę zawsze z zadowoleniem towarzystwa, oddające się dobroczynności”. Rząd cesarski, zwłaszcza minister Persigny, jako jeden z adeptów, dał snadź wskazówkę prefektom, by popierali masonów, bo pod sterem w. mistrza Murata przybyło 80 lóż i to nie tylko we Francji, ale także w świeżo nabytej Sabaudyi. Mimo to książę Murat nie wydał się dosyć gorliwym, to też zrzuciły go loże w roku 1861, tym więcej, że w sprawie rzymskiej odważył się inne mieć zdanie, a wybrały miasto niego marszałka Magnan. Stało się to według woli Napoleona III, który też kilka lat później kazał zmarłemu w. mistrzowi wyprawić pogrzeb katolicki, jakby urągając się z konstytucji tylu papieży, nie wyjąwszy Piusa IX. Ówczesny arcybiskup paryski, Jerzy Darboy, wziął udział w tym pogrzebie, chociaż jako wielki jałmużnik dworu powinien był wiedzieć, że Magnan należał do sekty. Za to i za mowę, mianą w senacie o rozmiarach władzy papieskiej (2 marca 1865), upomniał go Pius IX w liście z 26 paźdz. 1865, który później przez czyjąś niedyskrecję dostał się do dzienników i niemałą wywołał polemikę.

Niebawem masoneria opanowała Napoleona III, i jak pierwej przez Palmerstona, tak później przez swoich członków lub przyjaciół, ks. Napoleona, hr. Persigny, Roulanda, Thouvenela, margr. Lavalette, margr. Moustier, Duruy, Petri i t. p. wpływała na jego politykę. Szatanem kusicielem był dla niego przede wszystkim „czerwony książę”, gorliwy mason i jawny wróg religii, który na większą jej wzgardę urządzał w Sainte-Beuve’m i podobnymi sobie mięsne obiady w W. Piątek, a w mowie, mianej w Ajaccio roku 1866, nie wahał się wyrzec: „Przyszedł czas, gdzie chorągiew rewolucji, która jest chorągwią cesarstwa, należy szerzej rozwinąć; a jakiż program tej rewolucji? — oto walka zacięta z katolicyzmem”. Mając takich opiekunów, podniosła sekta zuchwałe czoło i kazała w r. 1863 „wielkiemu kanclerzowi korespondencji i finansów W. Wschodu”, Ernestowi Renanowi (f 1892), napisać ohydny romans p. t. Vie de Jesus, który wnet na jej koszt przełożono na wszystkie prawie języki. Liche to piśmidło uczonego rzekomo członka Instytutu francuskiego wyśmiała nauka i odtrąciła z oburzeniem opinia katolicka, w ślad za wyrokami biskupów i Kongregacji Indeksu

(18 kwiet. 1864); mimo to rząd cesarski utrzymał go czas jakiś na katedrze języków wschodnich w College de France, a następnie ofiarował mu posadę konserwatora biblioteki cesarskiej (1 czerw. 1864), której on jednak nie przyjął.

Głównym usiłowaniem masonerii było wyrugować ze szkół religię i odjąć duchowieństwu wpływ na wychowanie publiczne; w tym też celu jeden z jej członków, Jan Mace, funkcjonariusz uniwersytetu paryskiego, założył 15 paźdz. 1866 ligę, zwaną Ligue de l’enseignement, mającą popierać nauczanie świeckie z wykluczeniem religii. Wszystkie loże oświadczyły się gorąco za tą sprawą, a czego istotnie chciały, wypowiedziały ustami „brata“ Feliksa Rocąuain w r. 1868: „Pragniemy, aby z dziedziny wychowania publicznego usunięto wszelkie nauczanie religijne i dogmatyczne, jak również wszelki wpływ osobisty duchowieństwa”. W tymże duchu przemawiały ich dzienniki, tak dawniejsze, n p. Siecle, Opinion nationale, Monde maconnique, jak utworzone po r. 1860, n. p. l’Ecole, Libre conscience, Horizon, Refractaire, Solldarlte, Journal des principes, i t. p. powstało nawet osobne stowarzyszenie p. t. „Societe d’education elementaire”, mające propagować ideę masońską co do szkół ludowych, która atoli nie pierw się ziściła, aż „bracia” Juliusz Ferry i Paweł Bert dostali się do steru trzeciej republiki. Lożom pomagał z jednej strony uniwersytet, zazdrosny o swe przywileje, a liczący w gronie profesorów wielu racjonalistów i wolnomularzy, z drugiej sam rząd, wierny programowi ministra Roulanda. Jakoż urzędnicy popierali gorąco zawiązywanie się kółek wspomnianej ligi, tak że ich liczba doszła wkrótce do 400. Natomiast kiedy arcybiskup algierski Karol Lavigerie zebrał mnóstwo sierót arabskich, pozostałych po rodzicach, których głód wytracił: gubernator tej prowincji Mac-Mahoń, posłuszny instrukcjom Napoleona III, kazał te sieroty oddać przynależnym plemionom, bojąc się, aby ich nie wychowano na chrześcijan (1868).

Równocześnie pracowała masoneria nad wyemancypowaniem kobiety z pod wpływu Kościoła, podzielając przekonanie, wypowiedziane przez Jul. Ferry (w kwietniu 1870), że „kto owładnie kobietę, owładnie wszystko, bo będzie miał w ręku dziecię i męża”. Za jej, zdaje się, inspiracją, minister oświecenia Duruy zaprowadził w r. 1867 kursy wyższe dla dziewcząt, gdzie mieli wykładać profesorowie kolegiów i liceów, a dla religii nie było miejsca. Zadaniem ich było wychować kobiety „wolnomyślne”, jak to dziennik Siecle otwarcie wyznał; nie dziw więc, że nie tylko biskupi, z mons. Dupanloup na czele, uderzyli natychmiast na alarm, ale sam papież w liście do mons. Lecourtier, biskupa w Montpellier, wyraził swe obawy, że instytucja ta, acz otoczona opieką cesarzowej, zamiast przygotować społeczeństwu dobre i zacne matki rodzin, wyda kobiety pyszne ze swej nauki płytkiej i bezsilnej, a nie zastąpi niczym ducha katolickiego, który jedynie może ukształcić należycie rozum i serce, już nie mówiąc o niebezpieczeństwach, na jakie wstydliwość niewieścia może być narażoną”.

Gorszym jeszcze był kierunek w uniwersytecie i kolegiach świeckich, gdzie niektórzy profesorowie głosili z katedr teorie materialistyczne. Zaniepokojeni z tego powodu ojcowie rodzin, podali petycję do senatu, ale senat, otrzymawszy zapewne skinienie z Tuilerów, przeszedł nad nią do porządku dziennego (1 8 6 8 ). Za to projekt ministra Duruy rozbił się wówczas o zdrowy zmysł rodziców.

Silna opieką rządu, wystąpiła masoneria francuska niebawem z otwartą przyłbicą, i nie tylko w r. 1865 uchwaliła, że wyznawanie ateizmu nie jest przeszkodą do przyjęcia na członka, ale na kongresie w Metz, odbytym w r. 1869, zażądała wymazania ze statutów imienia Boga, czyli raczej „Wielkiego Architekta świata”, którym pierwej mamiono łatwowiernych. Z jej to łona, a mianowicie z paryskiej loży l’Avenir, wyszedł w roku 1866 „komitet wolnomyślnych”, pod nazwą Comite des Libres-Penseurs pour les enterrements civils, rozpowszechniający pogrzeby cywilne za pomocą zobowiązań pisemnych, jakie członkowie dawali za życia. Inne stowarzyszenia, wylęgłe również w lożach, jak Solidaires i Union da libre mourir czuwały nad tym, by do umierających nie dopuszczać kapłana. Około masonerii skupiał się coraz liczniejszy zastęp nieprzyjaciół religii, którym za główną widownię walki służyło dziennikarstwo i piśmiennictwo. Encyklopedystów XVIII wieku zastąpili w wieku XIX mistrzowie panteizmu i pozytywizmu, jak Wiktor Cousin, Edgar Quinet, Jul. Michelet, Aug. Comte, C. de Blignieres, Emil Littre, Ern. Renan itp. Obok nich zwolennicy socjalizmu — Piotr Leroux, Proudhon, Cabet, Enfantin, Lud. Blanc, Raspail, H. Rochefort itp. — przedstawiali w szacie ułudnej teorie przewrotu; podczas gdy romansopisarze, jak George Sand (pani Dudevant), Balzac, obaj Dumasowie, Paul de Coq, Eug. Sue, Wiktor Hugo, Zola itd., głosili emancypację ciała i apoteozę namiętności. Oni to przygotowali późniejszy upadek Francji.

W obozie katolickim nie brakło dzielnych szermierzy, tak duchownych jak świeckich, lecz niestety, osłabił go zgubny rozdział na „ultramontanów”, i „liberalnych katolików”. (…) Po r. 1870 obrońcy liberalnego katolicyzmu przekonali się, że transakcja ze złymi prądami nie zbawi społeczeństwa, za czym poszło porzucenie tej doktryny; jeden tylko O. Jacek zsunął się w przepaść apostazji i daje dotąd światu zgorszenie. Zaślepiony dumą, z wielbiciela „wielkich idei wieku” stał się indyferentystą, i na zebraniu międzynarodowej ligi pokoju w czer. 1869 stawił na równi „religię żydowską, katolicką i protestancką, jako trzy największe religie cywilizowanych ludów”. Kiedy go jenerał zakonu po ojcowsku upomniał, nie tylko się nie poddał, ale w butnej odpowiedzi z 20 wrześ. 1869 zaprotestował „przeciw tym naukom i praktykom, które się rzymskimi mienią, a nie są chrześcijańskimi”, tudzież „przeciw bezbożnemu i niemądremu rozbratowi Kościoła ze społeczeństwem XIX wieku”, w końcu zaś do sądu samego Chrystusa wniósł apelację. Pismo to, ogłoszone natychmiast przez dzienniki antyreligijne, zasmuciło głęboko dobrych synów Kościoła, przede wszystkim zaś jenerała Karmelitów, który zuchwałemu zakonnikowi pogroził cenzurami, jeżeli w przeciągu dziesięciu dni nie wróci do klasztoru. Ale, niestety, co duma zaczęła, tego dokończyła kobieta; Karol Loyson — bo tak się odtąd nazywał — wzgardziwszy ekskomuniką, ukoronował swe dzieło nieprawymi związkami z amerykanką Meriman, którą był pociągnął do Kościoła.

Wielka część odpowiedzialności za osłabienie wiary i obyczaju we Francji spada na Napoleona III; on to bowiem pobłażając lożom i dziennikom antyreligijnym, spotęgował ich wpływ i zuchwałość, — popierając materializm i tolerując na dworze swoim szalony zbytek z wyuzdaną modą, przydusił moralną siłę w narodzie, — schlebiając robotnikom, działał tym samem acz wbrew woli, na korzyść internacjonału. Rzecz dziwna, że wzrost złych prądów datuje się od r. 1860, to jest, od wydania papieża na łup rewolucji, i że właśnie po roku 1860 gwiazda Napoleona III blednąc poczyna. Włochy, za jego pomocą zjednoczone, odpłacają się niewdzięcznością i wyglądają gorączkowo jego upadku. Rosja, przez niego pobita, daje mu hardą odprawę za mieszanie się do sprawy polskiej i zmusza go do zatkania uszu na jęki mordowanego narodu, w którym niebacznie obudził nadzieję (1863 r.). W Meksyku marszałek jego Bazaine musi ustępować przed hordami Juareza, zostawiając im na pastwę nieszczęśliwego cesarza Maksymiliana (1867). W Niemczech podnosi się na gruzach Austrii kolosalna potęga pruska (1866), by go zgnieść cztery lata później. (…)

Wiek dziewiętnasty odziedziczył błędy wieków poprzednich i własną a skrzętną robotą pomnożył smutną spuściznę. Błędy te, zarówno do Kościoła jak dla społeczeństwa zgubne i zarażające na kształt dżumy tysiące umysłów, poznamy lepiej na innym miejscu; tu dość powiedzieć, że jedne z nich obalają podwaliny wszelkiej religii, odrzucając wiarę w Boga i nieśmiertelność duszy, jak błędy materializmu i panteizmu, — inne sprzeciwiają się wprost chrystianizmowi, negując objawienie nadprzyrodzone, lub obniżając je, jak błędy racjonalizmu i semiracjonalizmu, — inne wreszcie nie uznają Boskiej powagi Kościoła, a ze społeczeństwa zdzierają cechę chrześcijańską, wprowadzając pod szatą równouprawnienia wszystkich wyznań bezwyznaniowość, pod hasłem wolności i postępu walkę przeciw Kościołowi, jego dogmatom, prawom i instytucjom, jak błędy liberalizmu. Propagowane przez niezliczone pisma, głoszone z katedr i trybun, otoczone opieką rewolucji i paktujących z nią rządów, weszły one do dzisiejszego prawodawstwa, do zasad polityki i ustroju społecznego, w skutek czego znaczna część ludzi wykształconych oswoiła się z nimi, jakby ze starymi prawdami, i zatraciła prawie poczucie ducha chrześcijańskiego. Ponieważ i między katolikami nie brakło wielbicieli błędnych teorii wieku, przeto Pius IX, jako ojciec chrześcijaństwa, opiekun ludzkości, stróż prawdy i obrońca Bożego ładu w świecie postanowił ostrzec wszystkich i podać im, przynajmniej w sposób negatywny, pewne kryteria do odróżnienia fałszu od prawdy. W tym celu ogłosił 8 grudnia 1864 encyklikę „Quanta cura“ i dołączył do niej Syllabus, to jest, „wykaz, zawierający główne błędy naszego wieku, które napiętnowane zostały w alokucjach konsystorskich, w encyklikach i innych apostolskich listach Ojca św. Piusa IX“. (…)Skoro tylko jeden i drugi akt doszedł do publicznej wiadomości, powstała stąd w świecie niezmierna wrzawa. Dzienniki masońskie i liberalne rzuciły się zaciekle na pojedyncze zdania, a przekręcając je i nicując dowolnie, poczęły stąd wysnuwać najdziksze wnioski i zarzuty, jak n. p. że papież mszcząc się za Konwencję wrześniową, rzuca rękawicę społeczeństwu nowoczesnemu, a zwłaszcza Francji, — że potępia wszystkie zdobycze wieku XIXgo, jak wolność sumienia, równouprawnienie wyznań, formy konstytucyjne, cywilizację i postęp, — że wskrzeszając czasy średniowieczne, dąży do teokracji i wywołuje walkę między Kościołem i państwem. (…) We Francji minister sprawiedliwości i wyznań J. Baroche oznajmił biskupom w piśmie z 1 stycznia 1865, że z całej encykliki będą mogli ogłosić tylko tę część, która zapowiada jubileusz; natomiast wzbrania się publikowania pierwszej części i Syllabusa, jako przeciwnych zasadom, na których spoczywa konstytucja cesarstwa. Zakaz ten był o tyle wstrętniejszy, że pozwolono dziennikom antykatolickim, jak Siecle, Opinion nationale itp. robić nad rzeczonymi aktami najpotworniejsze komentarze; to też wszyscy biskupi, bez wyjątku, czy to w pismach do ministra, czy w listach pasterskich założyli protest, a dwaj pośród nich, kard. Mathieu, arcybiskup z Besancon i de Dreux – Breze, biskup z Moulins, jednego dnia, to jest 8 stycznia, encyklikę całą z ambon odczytali. Rząd pociągnął ich za to przed sąd rady stanu, na podstawie t. zw. appel comme d’abus, po czym wyszedł wyrok, że obaj są rzeczywiście winnymi nadużycia (8 lut.). (…) We Włoszech minister sprawiedliwości Vacca ogłosił, że encyklika i Syllabus potrzebują królewskiego exequatur, i chciał niektóre części wykreślić, jako sprzeczne z instytucjami i prawami państwa. Biskupi oburzyli się na to uroszczenie, i zaprotestowali bądź sporadycznie bądź zbiorowo; z drugiej strony same pisma liberalne uznały, że byłoby rzeczą śmieszną opierać się publikowaniu dokumentów znanych. (…)W Hiszpanii biskupi ogłosili encyklikę i Syllabus, nie pytając się o pozwolenie rządu, który zresztą nie robił żadnych przeszkód. Toż samo nastąpiło w Austrii, Bawarii, Belgii, Prusach i Anglii, podczas gdy rząd carski wzbronił nawet czytania encykliki. Za Francją i Rosją poszło jedno tylko wielkie mocarstwo — kanton Thurgau w Szwajcarii, którego zakaz wywołał protestację bazylejskiego biskupa Lachat. Natomiast katolicy wierzący całego świata wielbili Boga i dziękowali Piusowi IX, iż dla ludzkości, kołatanej burzami, wystawił nową a nader jasną latarnię morską. Dodatnie zatwierdzenie i rozwinięcie zasad zawartych tak w encyklice Quanta cura jak w Syllabusie, miało nastąpić i nastąpiło w części na Soborze watykańskim. Dokończenie tej pracy jest zadaniem następców Piusa IX; jakoż dalszy jej ciąg widzimy w głębokich encyklikach Leona XIII.

Rok 1866 zakończył się w Rzymie pod smutnymi wróżbami, bo właśnie wojsko francuskie wróciło do kraju, a rewolucja zapowiedziała bliską pohulankę. Mimo to Pius IX polecił kard. Cateriniemu, prefektowi Kongregacji S. Concilii, iżby pod dniem 8 grudnia 1866 wystosował odezwę do wszystkich patriarchów, prymasów, arcybiskupów i biskupów, i zaprosił ich do Rzymu na kanonizację 25 Błogosławionych, a zarazem na obchód 1800-letniej rocznicy męczeństwa śś. Piotra i Pawła, które to uroczystości miały się odbyć 29 czerwca 1867. Mianowicie mieli być kanonizowani: bł. Jozafat Kuncewicz, arcybiskup połocki, umęczony przez schizmatyków 12 list. 1623, bł. Piotr d’Arbuez, kanonik regularny kościoła metropolitalnego w Saragossie i pierwszy inkwizytor królestwa Aragonii, zabity z nienawiści do wiary 14 wrześ. 1485, bł. Męczennicy gorkomscy, w liczbie 19, pomordowani w Gorkum przez kalwinów holenderskich 9 lipca 1570, bł. Paweł od Krzyża, założyciel zakonu Pasyonistów, bł. Leonard a Porto Maurizio, misjonarz apostolski z zakonu Reformatów, bł. Marya Franciszka od Pięciu Ran, tercjarka zakonu św. Piotra z Alkantary i bł. Germana Cousin, pasterka ze wsi Pibrac. Biskupi posłuchali wezwania, chociaż Garibaldi groził znowu

najazdem; jakoż na dzień 29 czerwca przybyło ich 492, i to wszelakich obrządków. Kościół w Polsce przedstawiał prymas Miecz. Ledóchowski i dwaj biskupi z Galicji — Franc. Ksaw. Wierzchlejski, arcybiskup lwowski, i Ant. Manastyrski, biskup przemyski; obok nich stanął pasterz ruski — arc. Spir. Litwinowicz, i ormiański — arc. Szymonowicz. Za biskupami podążyło z różnych stron świata do 20.000 kapłanów i przeszło 120.000 świeckich, co w taką wściekłość wprawiło włoskich sekciarzy, że w różny sposób starali się dokuczać pielgrzymom. (…)

Chociaż napad Garibaldiego został odparty, mimo to cesarz Napoleon III przysyłał coraz nowe wojska do Civita-vecchii, tak że ich liczba wzrosła w końcu do 30.000. Źle na to patrzył

rząd florencki i już 7 listopada 1867 r. minister Menabrea, powołując się na konwencję i na słowa ministra Moustier, że „kresem interwencji miało być oczyszczenie terytorium papieskiego z band najeźdźców”, żądał w nocie dyplomatycznej do posła Nigra nie tylko wyjścia Francuzów, ale i usunięcia źródła wszelkich zamieszek, to jest, zniesienia władzy świeckiej papieża. Jakby w odpowiedzi na tę notę, wrócił Napoleon III do ulubionego projektu zwołania konferencji mocarstw, „aby zbadać ważne kwestie, jakie wywołał stosunek Stolicy świętej do królestwa włoskiego”, i wyprawił do wszystkich dworów, a także i do Rzymu, zaproszenie pod dniem 9 listopada. (…) Konferencja, proponowana przez Napoleona III, trafiła na wyraźny opór Anglii i Rosji, gdzie przeważały sympatie włoskie (…) Prusy trzymały się polityki dwulicowej, bo podczas gdy król Wilhelm w mowie tronowej z 15 listopada 1867 zaznaczył swoją troskliwość „o utrzymanie godności i niezależności naczelnika Kościoła katolickiego”, hr. Bismarck porozumiewał się tajemnie przez posła pruskiego hr. Usedom z Mazzinim, który obiecywał swą pomoc przeciw Francji, byleby mógł posiąść Rzym i utworzyć

tam wymarzoną republikę. Doznawszy nowego zawodu, postanowił Napoleon III nawiązać znowu negocjacje z rządem włoskim dla obmyślenia jakiegoś modus vivendi; czym ośmielony Menabrea zażądał wyjaśnienia pewnego miejsca z mowy Rouhera, ubliżającego królowi, i wycofania wojsk francuskich z państwa kościelnego. Rzeczywiście ambasador Francji Malaret dał żądane wyjaśnienie, a jej wojska wróciły do kraju, prócz kilkutysięcznej załogi, która pod dowództwem jen. Dumont pozostała w Civita-vecchii (grud. 1867 r.) (…)

W Rzymie tymczasem komitet rewolucyjny nie zaprzestał swej agitacji. Powtórzyło się znowu rzucanie bomb, podkładanie min i sztyletowanie żołnierzy papieskich, a co chwila policka rzymska odkrywała gdzieś składy broni. Przy jednym takim śledztwie, jeszcze w listopadzie 1867, znaleziono proklamację, zapowiadającą spustoszenie Rzymu ogniem i mieczem, jako też wymordowanie dygnitarzy lub wiernych poddanych papieża. Po klęsce mentańskiej potworzyły się w całych Włoszech komitety „zemsty za Mentanę“, żądające krwawego odwetu, a ich zaciekłość spotęgowała się do najwyższego stopnia po wykonaniu wyroku na Montim i Tognettim. Jeszcze w listopadzie roku 1867 puszczono wolno garibaldczyków, ujętych z bronią w ręku; natomiast przytrzymano rokoszan, pochodzących z państwa kościelnego, zwłaszcza winnych zamachu, dokonanego 22 paźdz. 1867. Dwóch z pośród tychże skazały sądy na śmierć; byli to dwaj murarze, Józef Monti i Kajetan Tognetti, którzy za cenę 20 skudów wysadzili w powietrze część koszar Serristori, a przez to przyprawili o śmierć 27 żuawów. Sam Wiktor Emanuel, party przez rewolucję, wstawił się za mordercami, atoli ogrom zbrodni i wzgląd na bezpieczeństwo publiczne żądały wymiaru sprawiedliwości; inaczej mnożyłyby się zamachy, a ludzie uczciwi uciekaliby z Rzymu. Trybunał najwyższej Konsulty potwierdził wyrok śmierci, którego papież wcale nie podpisywał, bo tego nigdy nie czyni, ale też nie kazał sobie przedłożyć do złagodzenia. Obydwaj zginęli pod toporem gilotyny (24 listopada 1868), przedtem jednak nawrócili się szczerze, a nawet Monti napisał list do Ojca św., w którym z żalem wyznał, że przebywszy młodość po chrześcijańsku, został później wciągnięty do sekty karbonariuszów i przez nich namówiony do tak ohydnej zbrodni.

Nastąpił potem proces Ajaniego i 22 wspólników, którzy w październiku 1867 roku stawili zbrojny opór na Trastevere i zamordowali zdradziecko kilku żołnierzy. Znowu Wiktor Emanuel, niepomny własnej godności, wysłał do Rzymu jen. Marozzo de la Rocca, by prosić o ich ułaskawienie. (…) Dopiero w marcu 1869 zapadł wyrok w drugiej instancji, skazujący Ajaniego i Luzzego na dożywotne więzienie, innych zaś na galery. Trudno wypowiedzieć, jakie stąd powstało wzburzenie we Włoszech. Najstraszniejsze bluźnierstwa przeciw religii, najszkaradniejsze obelgi przeciw papieżowi rozlegały się nie tylko po klubach i dziennikach, ale także w parlamencie, gdzie deputowany Ferrari Monti’ego i Togniettego nazwał męczennikami wolności i z wielu innymi żądał wyznaczenia pensji dla ich rodzin. Nie można się temu dziwić, bo wskutek usunięcia się wiernych katolików od wyborów, na zasadzie „ne elettori ne eletti“, wchodzili do izby ludzie nieprzychylni Kościołowi. Rząd sam, który jeszcze w listopadzie 1867 zawiesił wypłatę przyjętej na siebie części długu papieskiego, teraz przez usta Menabrey oświadczył z mównicy, iż „ten czyn rządu papieskiego był wielkim błędem politycznym i że ten błąd jawnie okaże światu całemu konieczność zniesienia stanu rzeczy, który tak smutne sprowadza następstwa, — konieczność dla sprawy pokoju i dla sprawy samejże religii”. Lecz nie zadowoliło to stronnictwa ruchu, które innego pragnęło odwetu.

Klęskę pod Mentaną wyzyskał Mazzini w celach agitacji przeciw papieżowi, Francji i rządowi; jakoż w manifeście, wydanym w listopadzie 1867, począł nawoływać do nowej walki: „Nuże Włosi do Rzymu! do Rzymu! tam jest chrzest narodu. Tam zatknąwszy chorągiew zwycięstwa na Kapitolu, zgromadzenie wybrańców ludu włoskiego podyktuje pakt, który zakończy długie przesilenie, sprowadzone przez monarchię.“ Marzeniem jego było przygotować rewolucję we Włoszech i Francji, obalić tron Wiktora Emanuela, jak niemniej jego obrońcy Napoleona III, opanować Rzym i ogłosić tamże republikę demokratyczną bez religii i papieża. Myśl te propagowały stowarzyszenia tajne, mianowicie Alleanza repubbliccana, mająca główną siedzibę w Turynie, a za prezydenta adwokata Narratone, i Lega per la pace, której przewodził Dawid Levi. Pomagały także loże masońskie różnych obrządków, zjednoczywszy się w federację za staraniem Mazziniego. „Arcykapłan rewolucyi” odbył w Lugano z początkiem r. 1869 naradę z najcelniejszemi zwolennikami swoimi i wydał odezwę do wojska, by zmyło z siebie hańbę, jaką je okryła klęska pod Mentaną i Custozzą. Na hasło oczekiwane z Mediolanu, miało wybuchnąć powstanie republikanów równocześnie w Turynie, w Genui, w Neapolu i w całej Romanii. Wciągnięto do spisku nawet wojskowych, zwłaszcza podoficerów, a już 27 marca podnieśli sprzysiężeni rokosz w Neapolu i Faenza, wołając: „śmierć królowi”! Ale listy, przejęte na pocztach, rzecz całą wykryły i rokosz został zawczasu zduszony. Mazzini musiał ustąpić ze Szwajcarii, na żądanie rządu włoskiego; a lubo w sierpniu tegoż roku przybył tajemnie do Włoch, nie zdołał jednak wskrzesić dawnego uroku swego imienia, ani też obalić rewolucji królewskiej za pomocą rewolucji republikańskiej. Skutkiem tych ruchawek, które w roku 1870 ponowiły się to w Kalabrii to pod Lukką, było straszne rozprzężenie i częste morderstwa. Widownią ich była szczególnie Romania, podminowana przez tajemne sekty, tak że trzeba było ogłosić tamże stan oblężenia. Do tego młode królestwo umierało prawie na suchoty finansowe, na które szukano lekarstwa w podatku od miewa; atoli podatek ten nie wiele przyniósł skarbowi państwa, ludność zaś niezmiernie rozdrażnił (1869). W śród tych zawikłań Wiktor Emanuel to paktował z Garibaldim i partią radykalną, to zwracał się do stronnictwa konserwatywnego „la Permanente“, to starał się pojednać z papieżem. Zachorowawszy w r. 1869 w San Rossore pod Pizą, prosił Ojca św. o zdjęcie cenzur i otrzymał tę łaskę, po czym zawarł śluby małżeńskie z metresą swoją Różą Mirafiori i przyjął Sakramenta św.; kiedy atoli przyszedł do zdrowia, obietnic nie dotrzymał i zgorszeń nie naprawił. (…)Rok 1868 upłynął w Rzymie spokojnie. (…) Większej sławy nabył rok 1869 z tego, iż w nim otwarty został sobór watykański. (…)

[Pius IX] nosił się z tą myślą od dawna, bo jak niektórzy twierdzą, od r. 1849 — a po raz pierwszy objawił ją 6 grudnia 1864, kiedy kardynałowie, należący do św. Kongregacji obrzędów, zebrali się w Watykanie. Pochwalili oni ten zamiar, objawiwszy swe zdania na piśmie. (…) Chociaż nad Rzymem nowe zbierały się chmury, Pius IX nie tylko nie porzucił swej myśli, ale na konsystorzu publicznym, odbytym 26 czer. 1867 wobec kardynałów i biskupów, objawił zamiar zwołania soboru powszechnego, jak tylko pogodna nastręczy się chwila. Biskupi — a było ich wówczas w Rzymie blisko pięciuset — przyjęli tę wieść z radością i dali folgę swoim uczuciom w adresie z 1 lipca 1867; za co papież w odpowiedzi swej złożył dzięki Panu, powierzając zarazem przyszły sobór opiece Niepokalanie Poczętej. (…) Pius IX (…) naznaczył w bulli konwokacyjnej Aeterni Patris Unigenitus z 29 czer. 1868, dzień ósmy grudnia 1869 na otwarcie soboru. Posłuchajmy, jak w tej bulli ubolewa nad uciskiem Kościoła i upadkiem społeczeństwa.

„ Wszystkim jest wiadomym i jawnym, że straszliwa burza miota obecnie Kościołem, i ile i jak wielkich nieszczęść samą świecką gnębi społeczność. Kościół bowiem katolicki, jego zbawienna nauka i czcigodna władza, oraz najwyższa tej Stolicy Apostolskiej powaga przez najzaciętszych Boga i ludzi nieprzyjaciół jest nagabywana i deptana, wszystko, co święte, wzgardzone, dobra kościelne wydarte, biskupi i najznakomitsi mężowie, służbie Bożej oddani, jako też ludzie uczuciami katolickimi celujący, dręczeni, zakony zniesione, bezbożne wszelkiego rodzaju książki i zarażające gazety, oraz wielokształtne a najzgubniejsze sekty szeroko rozpowszechnione, biednej młodzieży wychowanie wszędzie prawie duchowieństwu odjęte, a co gorsza, nie w jednym miejscu mistrzom nieprawości i błędu powierzone. Stąd ku największej Naszej i wszystkich dobrych boleści i nigdy dosyć nieopłakanej krzywdzie dusz, wszędzie tak się rozszerzyła bezbożność, obyczajów zepsucie, rozkiełznana samowola. niecnych wszelkiego rodzaju opinii, występków i zbrodni zaraza, ludzkich i Boskich ustaw pogwałcenie, iż nie tylko najświętsza nasza religia, lecz i społeczeństwo ludzkie w sposób ubolewania godny jest trapione i dręczone. Wśród takiego przeto brzmienia klęsk, jakie serce nasze przygniata, najwyższy Nasz od Boga nam powierzony urząd pasterski wymaga, abyśmy Nasze coraz bardziej wytężali siły dla naprawy ruin Kościoła, dla starania się o zbawienie całej trzody Pańskiej, dla powściągnienia zgubnych zamachów i usiłowań tych, co sam Kościół, jeżeli to kiedykolwiek stać by się mogło, i świeckie społeczeństwo z gruntu obalić usiłują.”

Po czym w tych słowach określa zadanie Soboru:

„Na tym to soborze ekumenicznym wszystko to najściślej powinno być rozważone i postanowione, co głównie dotyczy, w tych mianowicie najcięższych czasach, większej chwały Bożej, nienaruszalności wiary, świetności służby Bożej, wiecznego zbawienia ludzi, karności obojga duchowieństwa i jego zbawiennego, gruntownego wykształcenia., szanowania ustaw kościelnych, poprawy obyczajów, wychowania młodzieży chrześcijańskiej,

jako też wspólnego wszystkich pokoju i zgody. Z szczególną zarazem żarliwością starać się o to należy, aby przy pomocy Bożej wszelkie złe od Kościoła i świeckiego społeczeństwa było usunięte, aby ci nieszczęśliwi, co błądzą, na właściwą prawdy, sprawiedliwości i zbawienia nawrócili się na drogę, aby po zgładzeniu występków i błędów czcigodna nasza religia i zbawcza je j nauka wszędzie odżyła i coraz bardziej krzewiła się i panowała, a tym sposobem pobożność, uczciwość, sprawiedliwość, miłość i wszelkie cnoty chrześcijańskie ku największemu społeczeństwa Ludzkiego pożytkowi istniały i kwitnęły“

Rządów nie radził się pierw Pius IX i nie zapraszał monarchów, jak to był uczynił Paweł III; raz dlatego, że pomny dziejów Soboru trydenckiego, nie liczył na pomoc z tej strony, ale raczej na przeszkody, —- a po wtóre, że monarchowie katoliccy naszych czasów, przyjąwszy ideę nowożytną, która jako podstawę ustroju państwowego uważa równouprawnienie wszystkich wyznań albo nawet bezwyznaniowość, wyparli się tym samem charakteru katolickiego, i nie mogą uchodzić za obrońców Kościoła.

Posted in Historia Kościoła | Leave a comment