Maria-Alfons Ratisbonne i jego cudowne nawrócenie 20 stycznia 1842 r. (3)

Dalszy ciąg relacji Alfonsa Ratisbonne o nawróceniu zawartej w jego liście z 12 kwietnia 1842 roku.

“(…) Opuściłem kawiarnię i napotkałem powóz pana Teodora de Bussieres. Zatrzymał się i zaprosił mnie na przejażdżkę. Pogoda była wyśmienita i przyjąłem to zaproszenie z przyjemnością. Ale pan de Bussieres poprosił mnie o zgodę na przystanek na kilka minut przy pobliskim kościele S. Andrea delle Fratte, gdyż miał tam jakąś sprawę do załatwienia. Poprosił bym poczekał na niego w powozie, ale wolałem rozejrzeć się po tym niewielkim kościele. Trwały przygotowania do pogrzebu i zapytałem o osobę zmarłego, któremu owe honory miały być czynione. Pan de Bussieres odpowiedział “to jeden z moich przyjaciół hrabia de Laferronnays, jego nagła śmierć jest przyczyną przygnębienie ducha, które możesz obserwować u mnie od jednego czy dwóch dni.” (…) Pan de Bussieres zostawił mnie by poczynić pewne ustalenia co do ław, które miały zostać wydzielone dla rodziny zmarłego. “Nie nadużyję twojej cierpliwości” powiedział “nie będzie mnie zaledwie kilka minut”. Kościół San Andrea delle Fratte był mały, ubogi i niemal pusty. Myślę że byłem prawie jedyną osobą w środku i nie było żadnego dzieła sztuki, które by przykuło moją uwagę. Rozglądałem się mechanicznie, bez jakiejś określonej myśli czy celu. Pamiętam tylko czarnego psa, który wypadł i skoczył przede mną gdy się przemieszczałem… nagle pies zniknął, cały kościół zniknął. Nie widziałem już nic lub raczej, mój Boże, widziałem tylko jeden obiekt!

I jak powinienem go opisać? Żadne, żadne słowa ludzkie nie mogą nawet próbować wysłowić niewysłowionego. Każdy opis, bez względu na jego subtelność, musi z konieczności stanowić poniżenie niewysłowionej rzeczywistości. Leżałem tam, upadły na twarz, skąpany we łzach z sercem kompletnie zajętym i zagubionym kiedy pan de Bussieres przywołał mnie do życia. Nie byłem w stanie odpowiedzieć na jego pospieszne pytania, ale w końcu chwyciłem medalik, który nosiłem na piersi, ucałowałem z żarliwym uczuciem wizerunek Dziewicy, promieniejącej łaską. O tak, zaiste była to ona! Nie wiedziałem gdzie jestem, nie wiedziałem czy byłem Alfonsem Ratisbonne czy nie zostałem tak zupełnie zmieniony, że nie poznaję siebie… Próbowałem odnaleźć swoją tożsamość, lecz bez powodzenia… największa radość zawładnęła mym sercem. Nie byłem w stanie mówić, nie byłem w stanie nic przekazać. Czułem w sobie coś tak strasznego i coś tak świętego, że poprosiłem o księdza… Zaprowadzono mnie do jednego i dopiero na jego polecenie przemówiłem na ile byłem w stanie, na kolanach i z drżącym sercem.

Moimi pierwszymi słowami było wyrażenie wdzięczności dla pana de Laferronnays i konfraterni Notre-Dame des Victoires. Wiedziałem intuicyjnie że pan de Laferronnays modlił się za mnie [przypis: “Pan de Laferronnays zmarł nagle wieczorem 17. stycznia przeżywszy życie w stałej pobożności. Dzień wcześniej, gdy spożywał obiad u księcia Borghese pan de Bussieres polecił młodego Żyda, w którym pokładał tak wielką uwagę jego modlitwom. Pan de Laferronnays okazał szczególne zainteresowanie tym nawróceniem”]. Nie potrafię powiedzieć skąd jak tylko przypisać to prawdom co do których uzyskałem nagle wiedzę i wiarę. Wszystko co mogę powiedzieć to, że kiedy święta Dziewica uczyniła znak swoją ręką, zasłona spadła z moich oczu, nie jedna zasłona, lecz wszystkie zasłony, które mniej otaczały zniknęły, tak jak śnieg topi się w promieniach słońca. Wyszedłem z grobu, z otchłani ciemności i byłem żyjący, doskonale, z wigorem żyjący… a mimo to roniłem łzy. Widziałem przede mną straszne nieszczęścia, z których zostałem ocalony przez Boże miłosierdzie. Drżałem na widok mych niezliczonych grzechów i byłem oszołomiony, rozmiękczony, prawie zmiażdżony poczuciem cudu i wdzięczności. Myślałem o moim bracie z radością wykraczającą poza słowa, a łzy współczucia mieszały się z mymi łzami miłości. Zaiste, tak wielu zstępuje w milczeniu do tej ziejącej otchłani z oczyma zamkniętymi przez pychę lub przez obojętność… idą w dół i zostaną pochłonięci przez tę straszną ciemność… a wreszcie moja rodzina, moja narzeczona, moje biedne siostry. O męko niepokoju! Moje myśli kierowały się ku wam, ukochanym, moje pierwsze modlitwy kierowały się za was!… Czy nigdy nie uniesiecie swych oczu ku Zbawicielowi świata, którego krew zmyła grzech pierworodny? Jak ohydny jest ślad owej zmazy, jak całkowicie usuwa każdy ślad, przez który możemy rozpoznać stworzenie uczynione na obraz Boga!

Pytają mnie skąd mam wiedzę o tych prawdach skoro nigdy nie otworzyłem religijnej książki, nigdy nie przeczytałem nawet stronicy Biblii, a dogmat o grzechu pierworodnym, któremu zaprzeczają lub o którym całkowicie zapomnieli współcześni żydzi nigdy przez najmniejszym moment nie zajmował mych myśli. Zaprawdę powątpiewam czy kiedykolwiek słyszałem słowa, które go wyrażają. Jak się o nich dowiedziałem nie wiem. Wiem tylko że kiedy wszedłem do owego kościoła pozostawałem w głębokiej ignorancji co do każdej z tych rzeczy, a kiedy wyszedłem widziałem wszystkie rzeczy jasno i wyraźnie. Jedyne wyjaśnienie jakie mogę zasugerować to że byłem jak człowiek nagle obudzony ze snu lub raczej człowiek ślepy od urodzenia, którego oczy nagle zostają otwarte. Widzi, lecz nie jest w stanie określić światła, które go oświeca i w którym widzi obiekty swego zdumionego spojrzenia (…)

Świat już dłużej dla mnie nie istniał, podobnie jak moja nieprzychylność wobec chrześcijaństwa, instynkty i uprzedzenia mojego dzieciństwa zniknęły, nie pozostawiając śladu. Miłość do mego Boga tak całkowicie zastąpiła każdą inną miłość, że nawet moja narzeczona ukazała się mi w całkiem innym świetle. Kochałem ją jak ktoś może kochać jak obiekt, który Bóg trzyma Swymi wyciągniętymi rękami, jak cenny dar, który czyni jeszcze droższym jego dawcę. Powtarzam że błagałem mojego spowiednika księdza Villeforta i pana de Bussieres aby zachować nienaruszalną tajemnicę co do tego co mi się przytrafiło. Moim najszczerszym życzeniem było zamknięcie się w klasztorze trapistów i zajęcie wyłącznie sprawami wieczności. A ponadto wyznaję że myślałem iż moja rodzina i moi przyjaciele uznają że oszalałem, że będą się ze mnie naśmiewać i że lepiej dla mnie zważywszy wszystko jest uciec całkowicie od świata – od jego opinii i osądów. Jednakże moi kościelni przełożeni pokazali mi że to pośmiewisko, zarzuty i fałszywe osądy stanowią jedynie część tego kielicha, jaki jest wznoszony do ust każdego prawdziwego chrześcijanina, zachęcili mnie bym przyjął ów kielich i opowiadali jak Jezus Chrystus przepowiedział swoim apostołom cierpienia, męczarnie i udrękę.

Owe uroczyste i owocne słowa były tak dalekie od zniechęcenia mnie, że wzmogły moją wewnętrzną radość. Czułem się gotowy i przygotowany na każdą rzecz i gorąco pragnąłem zostać ochrzczonym. Chcieli wprowadzić pewne przesunięcie “ale” wykrzyknąłem “owi Żydzi, którzy słyszeli nauczanie apostołów byli bez zwłoki chrzczeni, a wy pragniecie mnie odsunąć po tym jak słyszałem Królową Apostołów” (…) W końcu przyszedł na mnie 31. stycznia i znalazłem się w otoczeniu atmosfery czułości i sympatii. Z jaką chęcią poznałbym każdą z owych pobożnych dusz, aby mógł wyrazić moją gorącą wdzięczność. (…) O Rzymie, jakąż łaskę i błogosławieństwo znalazłem w twym świętym łonie. Matka Pana mego i Zbawcy przygotowała wszystko co mnie spotkało. Sprowadziła francuskiego kapłana by wygłosił do mnie przemowę w moim ojczystym języku w uroczystej chwili mego chrztu (…) Nie będę opisywał okoliczności mego Chrztu, mego bierzmowania i mojej Pierwszej Komunii, wystarczy że wspomnę iż otrzymałem wszystkie te niewysłowione łaski jednego dnia z rąk Jego Eminencji kardynała Patriziego, wikariusza Jego Świątobliwości. (…) Zostało dla mnie zarezerwowane ostatnie wielkie pocieszenie. Pamiętacie jak bardzo chciałem ujrzeć Ojca Świętego – zaprawdę ta chęć lub ta ciekawość zatrzymała mnie w Rzymie dłużej niż planowałem. Nie wyobrażałem sobie w jakich okolicznościach moje pragnienie zostanie spełnione. Jako nowo narodzone dziecię Kościoła zostałem przedstawiony Ojcu wszystkich wiernych. (…) Wyznaję że cała królewskość na ziemi wydawała mi się skupiona na głowie tego, który dzierży na ziemi władzę ze strony świata, który ma nadejść, tego kapłana, który jest sukcesorem w nieprzerwanej linii kluczy św. Piotra i najwyższego kapłaństwa Aarona, przedstawiciela samego Jezusa Chrystusa, którego niewzruszony tron zajmuje (…) Listy jakie otrzymałem od mojej rodziny zwolniły mnie od wszelkich zobowiązań i ofiarowuję moją wolność Bogu, by na całe me życie pozostać w służbie Kościoła i mych braci, pod opieką Maryi.”

I oddajmy jeszcze głos świadkowi nawrócenia panu Teodorowi de Bussieres (źródło w pierwszej części):

“Kiedy wróciłem do kościoła [S. Andrea delle Fratte] przez moment nie widziałem [Alfonsa] Ratisbonne. Potem ujrzałem go na kolanach przed kaplicą św. Michała Archanioła. Podszedłem do niego i dotknąłem go trzy lub cztery razy zanim uświadomił sobie moją obecność. Wreszcie zwrócił się ku mnie, jego twarz była skąpana we łzach, złożył swe dłonie i powiedział z wyrazem twarzy, którego żadne słowa nie oddadzą “ach, jak ów człowiek modlił się za mnie”. Stanąłem w zdumieniu. Czułem to co ludzie czują w obliczu cudu. Podniosłem Ratisbonne, poprowadziłem lub raczej prawie wyniosłem z kościoła. Zapytałem o co chodzi i gdzie chce iść. “Poprowadź mnie gdzie chcesz” wydusił “po tym co zobaczyłem posłucham”. Zachęciłem go by wyjaśnił o co mu chodzi ale nie był w stanie, jego emocje były zbyt silne i głębokie. Wyciągnął cudowny medalik i pokrył go pocałunkami i łzami. Zaprowadziłem go z powrotem do jego apartamentu i mimo moich powtarzanych pytań nie mogłem z niego wydostać nic oprócz wykrzyknień przerywanych głębokimi westchnieniami. “Ach jakie szczęście mnie spotkało. Jak dobry jest Pan. Jaka pełnia łaski i szczęścia, jak nieszczęsny jest los tych, którzy nie wiedzą”. Potem zaczął płakać na myśl o heretykach i niewierzących. W końcu zapytał mnie czy nie uważam go za szaleńca. “Nie” rzekł “jestem przy zdrowych zmysłach, nie oszalałem, każdy wie że nie jestem szalony”. Owo gwałtowne uczucie stopniowo się wyciszało (…) Błagał mnie żebym zabrał go do spowiednika, chciał wiedzieć czy może otrzymać Chrzest święty bowiem nie mógł teraz bez niego żyć, wzdychał do błogosławionych męczenników, których cierpień przedstawienia widział na ścianach S. Stefano Rotondo. Powiedział że nie udzieli mi żadnego wyjaśnienia swojego stanu dopóki nie otrzyma na to zezwolenia od kapłana “albowiem to co muszę powiedzieć” dodał “jest tego rodzaju że mogę to powiedzieć jedynie klęcząc”. Zabrałem go niezwłocznie do Il Gesu, do księdza de Villefort, który prosił go o wyjaśnienia. Wtedy Ratisbonne wyjął swój medalik, ucałował go, pokazał nam i oznajmił: “widziałem ją! widziałem ją!” a jego uczucia ponownie przytłumiły jego słowa. Jednak szybko odzyskał spokój i złożył oświadczenie. Podaję je jego własnymi słowami:

<<Byłem przez kilka chwil w kościele, gdy nagle doznałem nieopisanego zaniepokojenia umysłu. Podniosłem oczy, budynek zniknął przede mną, jedna jedyna kaplica, jakby to powiedzieć, zbierała i skupiała całe światło i wśród tej światłości ujrzałem stojącą na ołtarzu wzniosłą, odzianą dostojnie, pełną majestatu i słodyczy, Dziewicę Maryję tak jak jest ukazana na moim medaliku. Siła nie do odparcia przyciągnęła mnie do niej, Dziewica uczyniła znak swoją dłonią że powinienem uklęknąć, a potem wydała się powiedzieć: dobrze! Nie powiedziała ani słowa, ale wszystko zrozumiałem.>> (…) Jedno słowo uderzyło nas szczególnie głębią swej tajemnicy: nie powiedziała ani słowa, ale wszystko zrozumiałem. Zaiste wystarczyło posłuchać Ratisbonne – wiara katolicka wydzielała się z jego serca jak cenna perfuma ze szkatułki, która ją zawiera, ale nie może objąć. Mówił o Realnej Obecności jak człowiek, który wierzył w nią całym swym jestestwem, ale to wyrażenie jest zbyt ułomne, mówił jak ktoś, dla którego była ona obiektem bezpośredniego doznania. Opuściwszy ks. de Villeforta udaliśmy się złożyć Bogu dziękczynienie najpierw do Santa Maria Maggiore, ukochanej bazyliki świętej Dziewicy, potem do św. Piotra. Nie było możliwe wyciągnąć z nich Ratisbonne jak tylko znalazł się w tych kościołach. “Och” powiedział do mnie ciepło dotykając mych rąk “teraz rozumiem miłość jaką katolicy otaczają swoje kościoły i pobożność jaka prowadzi ich by je ozdabiać i przystrajać… Jak dobrze tu być! ktoś mógłby nie chcieć już nigdy stąd wyjść… to już nie ziemia, to przedsionek nieba.”

Przy ołtarzu Najświętszego Sakramentu Rzeczywista Obecność Jezusa przytłoczyła go tak, że był na granicy omdlenia i musiałem go odprowadzić, tak strasznym wydawała mu się obecność przed żywym Bogiem ze zmazą grzechu pierworodnego spoczywającą na nim. Pospieszył by znaleźć schronienie w kaplicy Najświętszej Dziewicy. “Tu” powiedział do mnie “nie lękam się, czuję się pod ochroną nieograniczonego miłosierdzia”. Modlił się z wielką żarliwością przy grobie świętych apostołów. Historia nawrócenia świętego Pawła, którą mu opowiedziałem, wywołała lawinę łez.”

Na Chrzcie świętym 31. stycznia 1842 roku Alfons Ratisbonne przyjął, podobnie jak jego brat Teodor, imię Maria. Jak wspomina zdawkowo powyższy list – po powrocie do Francji spotkał się z odrzuceniem przez rodzinę i narzeczoną. W czerwcu roku 1842 wstąpił do nowicjatu jezuickiego i w roku 1848 przyjął święcenia kapłańskie. 3 czerwca roku 1842, po przeprowadzonym z polecenia papieża Grzegorza XVI postępowaniu wyjaśniającym, wikariusz generalny Stolicy Apostolskiej kardynał Patrizi wydał dekret potwierdzający ponadnaturalny charakter zdarzeń z 20 stycznia. Dekret ów zawierał m.in. potwierdzenie przeprowadzenia przez Franciszka Anivittiego Promotora Fiscalis Trybunału Wikariatu Papieskiego na polecenie kard. Patriziego “dochodzenia i przesłuchania świadków w przedmiocie prawdziwości i realności cudownego nawrócenia z judaizmu na religię katolicką udzielonego przez wstawiennictwo Najświętszej Dziewicy Maryi Alfonsowi Ratisbonne”. Jak oświadczył ks. Anivitti “poddał świadków w liczbie dziewięciu urzędowemu badaniu i pokazali wspaniałą zgodność w swoich relacjach dotyczących rzekomego zdarzenia, jego konsekwencji i skutków” oraz że “nic nie brakowało jeśli chodzi o cechy prawdziwego cudu”. Następnie kardynał wikariusz po rozważeniu wyników postępowania przy pomocy “teologów i innych świątobliwych osób” ogłosił w sposób wiążący “że potwierdza rzeczywistość i prawdziwość cudu uczynionego przez Boga przez wstawiennictwo Błogosławionej Dziewicy Maryi polegającego na gwałtownym i doskonałym nawróceniu z judaizmu wymienionego Alfonsa Ratisbonne”.

W roku 1847 x. Maria-Teodor założył wraz z zakonnicami pochodzenia żydowskiego, które nawróciły się na katolicyzm zgromadzenie Sióstr Matki Bożej z Syjonu, którego charyzmatem była edukacja chrześcijańska żydowskich dzieci. W roku 1852 powstał męski odpowiednik – Kongregacja Matki Bożej z Syjonu, do której wstąpili zarówno Maria-Teodor, jak i Maria-Alfons, który uzyskał zgodę przełożonego zakonu Jana Filipa Roothaana na opuszczenie Towarzystwa Jezusowego. Jak pisał wtedy – poczuł że wolą Boga jest to by jego powołanie zostało poświęcone pracy na rzecz zbawienia domu Izraela. Bracia otrzymali pozwolenie na pracę misyjną w Jerozolimie, znajdującą się wówczas w obrębie państwa osmańskiego. Dzieło uzyskało błogosławieństwo papieża Piusa IX. Do Ziemi Świętej Maria-Alfons dotarł ostatecznie w roku 1855 i pozostał tam aż do śmierci. W roku 1858 założył konwent Ecce Homo na starym mieście jerozolimskim, w roku 1860 konwent św. Jana na szczycie wzgórza w Ein Karem, a w roku 1874 klasztor dla kapłanów i braci kongregacji. Zmarł w Ein Karem 6 maja roku 1884. Dziś na parę dni przed rocznicą jego cudownego nawrócenia posoborowy Kościół obchodzi dni judaizmu, a papieże odwiedzają rzymską synagogę.

Advertisements
This entry was posted in Uncategorized. Bookmark the permalink.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s