Maria-Alfons Ratisbonne i jego cudowne nawrócenie 20 stycznia 1842 r. (2)

MEMORARE, O piissima Virgo Maria,

non esse auditum a saeculo, quemquam ad tua currentem praesidia,

tua implorantem auxilia, tua petentem suffragia,

esse derelictum.

Ego tali animatus confidentia,

ad te, Virgo Virginum, Mater, curro,

ad te venio, coram te gemens peccator assisto.

Noli, Mater Verbi,

verba mea despicere;

sed audi propitia et exaudi.

Amen.

(modlitwa św. Bernarda z Clairvaux)

———————

Dalszy ciąg relacji Alfonsa Ratisbonne o jego nawróceniu zawartej w jego liście z 12 kwietnia 1842 roku. Pierwsza część tutaj: Maria-Alfons Ratisbonne i jego cudowne nawrócenie 20 stycznia 1842 r. (1)

“(…) Ale jak dostałem się do Rzymu, nie wiem, nie mogę o tym świadczyć w żaden sposób. Uważam że musiałem pomylić drogę, albowiem zamiast udać się do biura statków do Palermo, jak zamierzałem opuszczając swoją kwaterę, znalazłem się w biurze dyliżansów do Rzymu. Powiedziałem Panu Vigne, przyjacielowi, który miał towarzyszyć mi w drodze na Maltę, że nie mogłem ulec pokusie krótkiej wycieczki do Rzymu, ale że z pewnością 20. stycznia będę w Neapolu, gotowy do wyjazdu z nim. (…) Opuściłem Neapol 5-tego (stycznia) i 6-tego dotarłem do Rzymu, w święto Objawienia. (…) Rzym na początku nie wywarł na mnie wrażenia jakiego oczekiwałem. A ponieważ byłem pod presją czasu gorliwie pochłaniałem ruiny, starożytne i nowożytne, z zapałem drobiazgowego turysty. (…) Odwiedzałem z monotonnym zachwytem galerie, kościoły, katakumby i wszystkie niezliczone wspaniałości Rzymu (…) 8 stycznia kiedy udawałem się na kolejną turę zwiedzania usłyszałem jak ktoś woła mnie na ulicy: był to mój stary przyjaciel Gustaw de Bussieres. Byłem bardzo szczęśliwy że go spotkałem, bowiem moja samotność stała się dla mnie bolesna. Udaliśmy się na posiłek w towarzystwie ojca mojego przyjaciela i w tym zgodnym kręgu poczułem pewną dawkę radości z jaką ktoś przyjmuje każde wspomnienie własnego kraju na obczyźnie. Gdy wszedłem do salonu opuszczał go pan Teodor de Bussieres, najstarszy syn tej szacownej rodziny. Nie znałem go osobiście, ale wiedziałem że był bratem i członkiem rodziny mojego przyjaciela. Wiedziałem że porzucił protestantyzm i stał się katolikiem i to wystarczało bym poczuł do niego głęboką antypatię (…) Odpowiadał mi bardzo uprzejmie i dodał że właśnie otrzymał list od mojego brata, księdza i że da mi jego nowy adres. “Oczywiście go przyjmę” powiedziałem “choć go nie potrzebuję”. Tu nasza rozmowa zakończyła się i kiedy wyszedł, poczułem złość za zobowiązanie jakie na siebie zaciągnąłem do bezużytecznej wizyty i utraty mojego bardzo cennego czasu. Dalej biegałem całe dnie po Rzymie poza dwoma godzinami rankiem, które spędzałem z Gustawem oraz wieczorem kiedy odpoczywałem albo w teatrze albo na jakimś przyjęciu. Moje rozmowy z Gustawem były bardzo ożywione (…) Ale on był protestantem z pełnym zapałem i entuzjazmem alzackich pietystów. Mówił obszernie o wyższości swojej sekty nad wszystkimi innymi wspólnotami chrześcijańskimi i bardzo chciał mnie nawrócić. Byłem bardzo zdumiony bowiem wyobrażałem sobie że mania prozelityzmu była szczególną cechą katolików. Ogólnie unikałem jego natarć używając pewnych wesołych żartów, ale aby pocieszyć go z powodu niepowodzenia jego prób, obiecałem mu że jeżeli kiedykolwiek wpadnie mi do głowy by konwertować, stanę się pietysta, a on, ze swej strony, obiecał że będzie obecny na moim ślubie w sierpniu. Wszystkie jego wysiłki by zatrzymać mnie w Rzymie nie przynosiły rezultatu. Inni moi przyjaciele pan Edmund Humann oraz Alfred de Lotzbeck dołączyli do niego w błaganiach bym pozostał w Rzymie na czas karnawału. Ale nie mogłem się zgodzić, obawiałem się że zasmucę i zaniepokoję moją narzeczoną, zaś pan Vigne oczekiwał mnie w Neapolu abym z nim wyruszył 20 stycznia. (…)

Udałem się ponownie na Kapitol i znalazłem kościół Aracoeli pośród wielkiej krzątaniny przygotowań do jakiejś wspaniałej ceremonii. Zapytałem o jej przedmiot i powiedziano mi że dwóch żydów nazwiskiem Constantini z Ankony miało zostać ochrzczonych. Nie potrafię opisać oburzenia jakie czułem na powyższą wieść i kiedy mój przewodnik zapytał mnie czy chciałbym być obecny wykrzyknąłem: “Co? Mam asystować w tak hańbiącym spektaklu! Nie, nie. Nie będę w stanie powstrzymać się od rozpaczliwego ataku na księży i ofiary”. Mogę powiedzieć bez przesady, że nigdy nie czułem tak zaciekłej nienawiści do chrześcijaństwa jak po wizycie w gettcie. Strumień szyderstw i bluźnierstw wylewał się ze mnie nieprzerwanie i niewyczerpanie. Jednakże miałem jeszcze parę pożegnalnych wizyt do odbycia, zaś moja obietnica złożona baronowi de Bussieres wydawała mi się nieustannie dziwnym zobowiązaniem niepotrzebnie przeze mnie przyjętym. Całe szczęście, że nie zapytałem o jego adres i postanowiłem że uczynię tę okoliczność moją wymówką niedotrzymania obietnicy. Był teraz 15. stycznia i udałem się zamówić miejsce na podróż do Neapolu. Mój odjazd był zaplanowany na 17-tego, na trzecią nad ranem. Pozostały mi dwa dni i spędziłem je, jak zwykle, przemierzając okolice. Ale, gdy wychodziłem z księgarni, w której szukałem prac dotyczących Konstantynopola, spotkałem na Corso służącego starszego pana de Bussieres. Pozdrowił mnie przechodząc i zatrzymałem go by zapytać się o adres pana Teodora de Bussieres (…)

Przyjęcie w domu pana de Bussieres było irytujące (…) Patrzyłem na pana de Bussieres jako na dewota w złym znaczeniu tego słowa i byłem zadowolony, mając okazję by zaczepić go w kwestii rzymskich Żydów. Ulżyło mi że mogę to uczynić, ale moje utyskiwania oczywiście sprowadziły naszą rozmowę na grunt religijny. Pan de Bussieres przemawiał do mnie z pozycji majestatu i splendoru katolicyzmu, a ja odpowiadałem z ironią, używając pewnych z wielu zarzutów jakie słyszałem lub czytałem, ale kontrolowałem mój bezbożny zapał z szacunku dla pani de Bussieres i dwójki dzieci, które bawiły się przy jej boku. “Dobrze” rzekł pan de Bussieres “ponieważ pogardzasz przesądem i wyznajesz że jesteś bardzo liberalny w kwestii doktryny – ponieważ jesteś tak oświeconą i otwartą głową – czy masz odwagę poddać się bardzo prostemu i niewinnemu testowi?” “Jakiemu testowi” “Chodzi jedynie o noszenie drobnostki jaką ci dam, spójrz to jest medalik Błogosławionej Dziewicy. Wydaje się bardzo groteskowy, nieprawdaż? Ale zapewniam cię że przywiązuję wielką wartość i skuteczność do tego medalika.” Owa propozycja, przyznaję, zdumiała mnie swoim infantylnym dziwactwem. Nie spodziewałem się takiej teatralności. Moim pierwszym odruchem było się roześmiać i wzruszyć ramionami, ale naszła mnie myśl że owa scena mogłaby dostarczyć mi doskonałego rozdziału w moim dzienniku i zgodziłem się wziąć medalik aby przekazać go mojej narzeczonej jako potwierdzenie mojej opowieści. I tak się stało. Medalik zawisł na mojej szyi, nie bez trudności jednakże, bowiem tasiemka była zbyt krótka. W końcu się udało, miałem ów medal przy mym sercu i wykrzyknąłem z serdecznym śmiechem: “ha, ha, oto jestem katolikiem, apostolskim i rzymskim!” To diabeł przepowiadał przez moje usta.

Pan de Bussieres odczuł dziecięcą satysfakcję ze swego zwycięstwa i pragnął wykorzystać je do końca. “Teraz” powiedział “musisz dopełnić testu, odmawiając każdego wieczoru i ranka Memorare, bardzo krótką i bardzo skuteczną modlitwę, którą św. Bernard kierował do błogosławionej Dziewicy Maryi”. “Co masz na myśli przez twoje Memorare? ” zapytałem “dalej, skończmy z tym szaleństwem”. Imię św. Bernarda przypomniało mi o moim bracie, który spisał żywot owego wielkiego świętego. Nigdy nie czytałem tej książki a owo skojarzenie odświeżyło całą moją antypatię do prozelityzmu, jezuityzmu i wszystkich tych, których nazywałem obłudnikami i apostatami. Poprosiłem pana de Bussieres by porzucił tę kwestię i powiedziałem ze wzgardliwym uśmiechem, że żałuję ale nie mam żadnej hebrajskiej modlitwy by zaoferować mu w zamian, ale nie miałem i nie mogłem sobie żadnej przypomnieć.

Jednakże, on nalegał, mówiąc że odmawiając mówienia tej krótkiej modlitwy czynię test bezużytecznym i że dowiodłem tym samym realność intencjonalnego uporu, który zarzuca się Żydów. Nie chciałem nadawać zbyt wielkiej wagi tej kwestii więc powiedziałem: “dobrze zatem, obiecuję ci odmawiać tę modlitwę. W każdym razie, jeśli mi nie pomoże, także nie zaszkodzi.” (…) Wyszedłem i spędziłem wieczór w teatrze, nie myśląc ani o medaliku ani o Memorare , ale kiedy wróciłem do mieszkania znalazłem wiadomość od pana de Bussieres, który prosił o wizytę zwrotną, błagając mnie bym się z nim zobaczył jeszcze raz przed wyjazdem z Rzymu. Miałem zwrócić mu jego [tekst] Memorare i miałem wyjechać [następnego dnia] ranem. Spakowałem moje bagaże i poczyniłem dalsze przygotowania, potem siadłem i skopiowałem modlitwę: Memorare, piissima Virgo… Zapisałem te słowa św. Bernarda mechanicznie, nie myśląc o ich znaczeniu. Byłem bardzo zmęczony, było bardzo późno i potrzebowałem odpoczynku. Następnego dnia, 16-tego stycznia, uzyskałem podpis na moim paszporcie i zakończyłem wszystkie przygotowania, ale gdy się przemieszczałem nie mogłem powstrzymać się od powtarzania słów Memorare. (…) Powtarzałem je raz po raz, tak jak ktoś nuci melodię, która bezwiednie i nieświadomie się do niego przyplątała. Około jedenastej spotkałem się z panem de Bussieres aby zwrócić mu jego mocną i stanowczą modlitwę. Rozmawiałem z nim o mojej planowanej podróży na Wschód i dał mi wiele doskonałych rad. “Jednak” powiedział nagle “jest dziwne że upierasz się by opuścić Rzym w tym właśnie czasie, gdy napływają do niego ludzie ze wszystkich stron aby zobaczyć wspaniałe ceremonie w bazylice św. Piotra. Być może nigdy już nie będziesz miał tej szansy i będzie ci szkoda, że straciłeś okazję, której tak wielu poszukuje z gorącą ciekawością”. Odpowiedziałem że moje miejsce zostało zamówione i opłacone, że napisałem do rodziny o moim wyjeździe, że oczekiwałem listów w Palermo, że było już za późno by myśleć o zmianie moich planów oraz że podjąłem decyzję. Naszą rozmowę przerwał listonosz, który przyniósł list od mojego brata, księdza Ratisbonne. Pokazał mi ów list, ale było on dla mnie raczej nie interesujący, bowiem dotyczył dzieła, które pan de Bussieres publikował w Paryżu. Mój brat nie wiedział nawet, że przebywałem w Rzymie, ale owo niespodziewane wydarzenie mogło zakończyć moją wizytę, albowiem pragnąłem unikać wszystkiego co mogło by mi przypominać o moim bracie.

A jednak zostałem nakłoniony poprzez jakiś niepojęty wpływ bym przedłużył swój pobyt w Rzymie (…)

Nie chciałem uczestniczyć w rzymskim karnawale, lecz pragnąłem zobaczyć papieża, a pan de Bussieres zapewnił mnie że ujrzę go wkrótce na placu św. Piotra. Odbyliśmy razem kilka przechadzek. Rozmawialiśmy o wszystkim, oglądaliśmy zabytki, obrazy, obyczaje i zwyczaje, ale religia znalazła sposób żeby do wszystkiego się wmieszać. Pan de Bussieres przedstawiał ją z tak czarującą prostotą, wprowadzał z taką chęcią i płomiennym zapałem, że często sobie powtarzałem, że jeśli jakaś rzecz może zrazić człowieka do religii to była nią właśnie natarczywość z jaką oczekiwano jego nawrócenia. Moja naturalna wesołość prowadziła mnie do zamieniania w żart najbardziej poważnych tematów zaś przebłyski mojej fantazji zbyt często schodziły w diabelską jaskrawość bluźnierstwa. Nawet teraz wzdragam się na myśl o tych dniach. A jednak pan de Bussieres był stale spokojny i pobłażliwy, choć nie był w stanie ukryć swojego żalu. Powiedział raz nawet “mimo twego gniewu, mam pewność że kiedyś staniesz się chrześcijaninem, bo jest w tobie podstawa prawości, która pociesza mnie kiedy myślę o tobie i przekonuje mnie że poznasz światło, nawet jeśli w tym celu będzie potrzebny anioł z nieba”. “Bardzo dobrze” odpowiedziałem “albowiem ta sprawa nie będzie łatwa do przeprowadzenia.” Gdy minęliśmy Święte Schody pan de Bussieres dał się porwać entuzjazmowi, podniósł się w powozie, odkrył głowę i powiedział tonem pełnym zapału “Chwała wam, Święte Schody! Oto grzesznik, który pewnego dnia przemierzy was na swych kolanach!” (…) Roześmiałem się na to jak na widok czegoś beznadziejnie, groteskowo szalonego i wkrótce potem, gdy przejeżdżaliśmy przez urocze ogrody willi Wołkońskiego, powstałem i parodiując jego odezwę, powiedziałem: “chwała wam, prawdziwe cuda Bożej potęgi! To przed wami klękam w hołdzie, nie przed starymi schodami!”

19. stycznia ujrzałem ponownie pana de Bussieres, ale wydawał się smutny i przybity. Z delikatności wycofałem się, nie pytając o powód jego smutku. Zaprawdę, poznałem go dopiero następnego dnia w kościele S. Andrea delle Fratte. Miałem wyjechać 22. stycznia, gdyż po raz drugi zarezerwowałem miejsce na podróż do Neapolu. (…) W środku nocy z 19. na 20. stycznia nagle się obudziłem i ujrzałem przede mną duży, czarny krzyż, o osobliwym kształcie i bez figury naszego Pana. Podjąłem wiele prób by przyćmić ów obraz, ale bezskutecznie. Gdziekolwiek się obróciłem był zawsze przede mną. Nie mogę powiedzieć jak długo to trwało, gdyż w końcu zasnąłem, a kiedy się obudziłem rankiem nie myślałem już o tym. (…) Jeśli ktoś powiedział mi tego ranka “wstałeś jako Żyd, położysz się na spoczynek jako chrześcijanin…” popatrzyłbym na niego jak na przypadek beznadziejnego, niedorzecznego szaleństwa. W ów czwartek, 20. stycznia, po śniadaniu w hotelu i nadaniu listów na pocztę, udałem się na rozmowę z moim przyjacielem Gustawem, pietystą, który właśnie wrócił z kilkudniowego polowania poza Rzymem. Był zaskoczony widząc mnie nadal w Rzymie, powiedziałem mu że powodem mego pozostania było ujrzenie papieża. “Ale wyjadę ostatecznie bez zobaczenia go” powiedziałem “bowiem nie wziąłem udziału w ceremonii w katedrze Piotra choć miałem taką nadzieję”. Gustaw pocieszył mnie ironicznie, mówiąc o innej ceremonii i do tego bardzo osobliwej, która, jak powiedział miała się odbyć przy kościele s. Maria Maggiore. Miał na myśli błogosławieństwo zwierząt i z tego powodu wylał się strumień żartów i sakrazmu, tak jakbyście to sobie mogli wyobrazić w przypadku żyda i protestanta. Rozstaliśmy się około jedenastej, ustalając termin spotkania na następny dzień w celu obejrzenia obrazu namalowanego przez naszego krajana barona de Lotzbeck. Udałem się do kawiarni przy Piazza di Spagna aby obejrzeć gazety i właśnie do niej wszedłem, gdy przy moim boku usiadł pan Edmund Humann i rozmawialiśmy bardzo wesoło o Paryżu, bieżącej sztuce i polityce. Wkrótce dołączył do mnie inny przyjaciel – protestant, pan Lafred de Lotzbeck, z którym odbyłem jeszcze bardziej frywolną rozmowę. Rozmawialiśmy o polowaniu, o wszystkich rodzajach przyjemności, o uciechach karnawału, o wspaniałym wieczorku towarzyskim poprzedniego dnia u księcia de Torlonia. Nie zapomnieliśmy również o fecie mojego nadchodzącego wesela, na które zaprosiłem pana de Lotzbeck i na które obiecał że się stawi.

Jeśli w tym momencie, a było południe, jakaś osoba trzecia podeszłaby do mnie i powiedziała “Alfonsie, za kwadrans będziesz oddawał cześć Jezusowi Chrystusowi, twojemu Bogu i twojemu Zbawicielowi, będziesz leżał twarzą do ziemi w marnym kościele, twoja pierś będzie spoczywała u stóp kapłana w konwencie jezuitów, gdzie następnie spędzisz karnawał, przygotowują się do twojego chrztu, poczujesz że jesteś gotowy ofiarować siebie za wiarę katolicką, wyrzekniesz się świata, jego wystawności, jego przyjemności, twojego majątku, twoich nadziei, twojej jasnej, przyjemnej przyszłości, a, jeśli okaże się to konieczne, wyrzekniesz się także swojej narzeczonej, miłości ze strony swojej rodziny, szacunku ze strony przyjaciół, przywiązania ze strony Żydów… i będziesz miał jedynie jedno dążenie – by podążać za Jezusem Chrystusem i nieść Jego krzyż aż po śmierć” – mówię, że jeśli jakiś prorok wygłosiłby przede mną takie proroctwo, pomyślałbym że mógłby istnieć jedynie jeden człowiek bardziej niż on szalony, człowiek, który byłby w stanie uwierzyć w możliwość jakiejkolwiek równie absurdalnej rzeczy. A jednak to ten absurd i to szaleństwo tworzą dziś moją mądrość i moje szczęście (…)”

c.d.n.

Advertisements
This entry was posted in Uncategorized. Bookmark the permalink.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s