Maria-Alfons Ratisbonne i jego cudowne nawrócenie 20 stycznia 1842 r. (1)

Alfons Ratisbonne urodził 1 maja roku 1814 w Strasburgu, we francuskiej wówczas Alzacji, w asymilującej się aszkenazyjskiej rodzinie. Jego ojciec August należał do znanej familii żydowskich bankierów, piastował nawet funkcję przewodniczącego Regionalnej Rady Alzacji, zaś Alfons był 11-tym z trzynastu jego dzieci. Matka Adelajda Cerfbeer zmarła, gdy chłopiec miał 4 lata. W roku 1826 starszy o 12 lat od Alfonsa brat Teodor, zachęcony przykładem trójki żydowskich przyjaciół, po dwóch latach studiowania pisma Starego i Nowego Testamentu nawrócił się i ochrzcił w Kościele katolickim, wybierając imię chrzcielne Maria, co spowodowało jego odrzucenie przez rodzinę. W roku 1830 Maria-Teodor został wyświęcony na kapłana i pracował w macierzystej diecezji do roku 1840 kiedy został członkiem Konfraterni Matki Boskiej Zwycięskiej w Paryżu. W roku 1841 roku Maria-Teodor opublikował biografię św. Bernarda z Clairvaux. Dzieło zyskało przychylność papieża Grzegorza XVI, który podczas wizyty Marii-Teodora w Rzymie w roku 1842 w dowód uznania uczynił go rycerzem zakonu św. Sylwestra. Tymczasem, Alfons po studiach prawniczych w Paryżu podjął pracę w rodzinnym banku i zaręczył się z 16-letnią krewniaczką Florą. Z uwagi na jej wiek małżeństwo zostało przesunięte, a Alfons postanowił udać się w podróż po Europie i krajach Bliskiego Wschodu, zwiedzając położone po drodze miasta. Tak w styczniu 1842 roku trafił do Rzymu, gdzie znalazł się w towarzystwie katolika barona Teodora De Bussieres, który próbował przedstawić mu katolicką wiarę, w tym także cześć dla Matki Bożej i Cudowny Medalik. 20 stycznia 1842 roku Alfons, zwiedzając Wieczne Miasto, wstąpił razem z de Bussiersem, który chciał zamówić Mszę świętą za zmarłego przyjaciela de La Ferronays, do kościoła Sant’Andrea delle Frate. Kościół był przykładem baroku, którą współtworzyli Francesco Borromini oraz Gian Lorenzo Bernini. Ale to nie sztuka przykuło uwagę Alfonsa. Ujrzał bowiem w jednej z kaplic kościoła Panią niezwykłej urody, w której rozpoznał Dziewicę Maryję w tej samej pozie co na Cudownym Medaliku, skąpaną w światłości.

Ale oddajmy głos samemu Alfonsowi Ratisbonne, który opisał swoje nawrócenie w liście, który napisał 12 kwietnia 1842 roku w katolickim kolegium w Juilly (tłum. za anglojęzycznym wydaniem relacji barona Teodora de Bussiersa: The Conversion of Marie-Alphonse Ratisbonne, New York, które zawiera pełne tłumaczenie ww. listu):

“Jeśli miałbym ocenić dla was wydarzenie mojego nawrócenia, jedno jedyne słowo by wystarczyło – imię Maryi. Ale wasza konfraternia (Matki Boskiej Zwycięskiej, do której należał brat Alfonsa) pragnie mieć pełną relację, chcecie wiedzieć kim i czym jest ów syn Abrahama, który znalazł w Rzymie życie i łaskę, i szczęście. Dlatego najpierw wezwawszy na pomoc mą niebieską Matkę przedstawię przed wami w bardzo prostych słowach bieg i porządek mego życia (…) Rozpocząłem moją naukę w królewskim kolegium w Strasburgu, gdzie czyniłem znacznie większe postępy w deprawacji mego serca niż w kształceniu mego umysłu. Było to około roku 1825 (urodziłem się 1 maja 1814 roku), gdy niespodziewane zdarzenie zadało ciężki cios mojej rodzinie. Mój brat Teodor, w którym pokładano wielkie nadzieje stał się chrześcijaninem. Krótko potem, pomimo bólu jaki wywołał i najszczerszych błagań naszych rodziców, został księdzem i wykonywał swoją posługę w tym samym mieście, na oczach mojej zrozpaczonej rodziny. W młodym wieku w jakim byłem zachowanie mojego brata bardzo mną wstrząsnęło i powziąłem gwałtowną nienawiść do jego posługi, jego osoby i charakteru. Wychowany wśród młodych chrześcijan, którzy byli tak samo beztroscy i obojętni jak ja, nie byłem zmuszony aż do owego czasu odczuwać czy to sympatii czy antypatii do chrześcijaństwa. Jednakże nawrócenie mojego brata, na które patrzyłem jako na akt niezmiernego szaleństwa sprawił że uwierzyłem we wszystko co słyszałem o fanatyzmie katolików i odczuwałem wobec wszystkich większą grozę.

Mniej więcej w tym czasie zakończono moją naukę w kolegium aby mnie umieścić w protestanckiej instytucji, której górnolotna broszura oszołomiła moich rodziców. Młodzież z wielkich protestanckich rodzin Alzacji i Niemiec udawała się tam by się kształtować w modnym życiu Paryża, poświęcając się przyjemnością wszelkiego rodzaju, bardziej niż nauce. Mimo powyższego stawiłem się na egzaminy, opuszczając tę instytucję i dzięki łutowi szczęścia, na który nie zasługiwałem, otrzymałem tytuł bakałarza sztuk. Byłem wówczas jedynym panem mojego dziedzictwa albowiem moja matka zmarła kiedy byłem mały, a mój ojciec przeżył ją jedynie o kilka lat. Ale miałem godnego stryja, patriarchę rodziny, który był mi drugim ojcem, a który, nie posiadając własnych dzieci, skierował całe swe przywiązanie do dzieci swojego brata. Ów stryj, bardzo znany w świecie finansów dzięki swej dumnej rzetelności i nadzwyczajnym zdolnościom, pragnął bardzo przyznać mi udział w banku, któremu przewodził. Jednak przede wszystkim studiowałem prawo w Paryżu po uzyskaniu licencjackiego dyplomu oraz włożeniu mojej adwokackiej togi zostałem wezwany do Strasburga przez stryja, który użył całego swojego wpływu bym przy nim pozostał. Nie jestem w stanie wymienić wszystkich jego starań i uprzejmości: koni, powozów, przyjemnych wycieczek, tysiące aktów szczerego uczucia, wszystkie należały do mnie i nie był w stanie niczego mi odmówić. Mój stryj dał mi jednak jeszcze większy dowód swego zaufania: powierzył mi podpis banku i obiecał mi również tytuł i potężne korzyści z bycia wspólnikiem – obietnicę którą wcielił w życie 1 stycznia bieżącego roku, 1842. Byłem w Rzymie kiedy wieści o tym mnie dobiegły (…)

Szczęściem w owym czasie dobra praca wyszła naprzeciw mojej żarliwej potrzebie działania i poświęciłem się jej całym moim sercem. Było to dzieło “odrodzenia” biednych Izraelitów, jak było to mylnie nazywane, albowiem wiem teraz że coś więcej niż pieniądze i loterie dobroczynne jest konieczne by odrodzić lud pozbawiony religii. Jednak szczerze wierzyłem w możliwość tej odnowy, stając się jednym z najbardziej gorliwych członków Towarzystwa organizującego zatrudnienie dla młodych Żydów – które założył mój brat w Strasburgu piętnaście lat wcześniej i które dalej funkcjonowało, pomimo ograniczonych środków. Udało mi się napełnić jego kufry i uważałem że zrobiłem coś bardzo wielkiego. O, chrześcijańskie miłosierdzie, z jakim uśmiechem popatrzyłabyś na me dumne samozadowolenie! Żyd myśli wiele o sobie, gdy wykonał coś wielkiego, chrześcijanin oddaje wszystko i pogardza sobą – pogardza sobą aż nie odda także samego siebie, a gdy poświęci samego siebie całkowicie, nadal sobą pogardza. Chociaż nie miałem w sobie żadnej religii byłem zajęty sytuacją życiową moich braci w wyznaniu. Byłem żydem jedynie z deklaracji i to wszystko, bowiem nie wierzyłem nawet w Boga. Nigdy nie otworzyłem religijnej książki, a w domu mojego stryja oraz w domach moich braci i sióstr nie były przestrzegane nakazy judaizmu (…)

Tylko jeden członek naszej rodziny był przeze mnie znienawidzony – mój brat Teodor. Mimo to kochał nas bardzo, lecz jego sutanna mnie odrzucała, jego obecność powodowała przygnębienie, jego poważna mowa wywoływała mój gniew. Około rok przed moimi zaręczynami nie byłem już w stanie powstrzymywać moich uczuć i wyraziłem je w liście do niego, wysłanym z zamiarem zerwania wszelkich związków z nim, na zawsze. Okoliczności były następujące. Dziecko leżało w stanie agonii i mój brat uzyskał zapewnienie że będzie mógł poprosić o zgodę na jego ochrzczenie i prawdopodobnie by się mu udało gdyby nie poinformowano mnie o tym zamiarze. Patrzyłem na to jako na niegodną i niehonorową próbę i napisałem do księdza by spróbował swoich sił na dorosłych, a nie na dzieciach. Dodałem do tych słów tak wiele inwektyw i gróźb, że nawet teraz jestem zdumiony że mój brat nie odpowiedział na nie żadnym słowem. Utrzymywał relacje z resztą rodziny, lecz ja miałem go już nigdy nie zobaczyć i hodowałem w sobie ślepą i gorzką nienawiść do księży, kościołów i zgromadzeń, a zwłaszcza do jezuitów, których sama nazwa doprowadzała mnie do wściekłości. Na szczęście mój brat opuścił Strasburg i został wezwany do Paryża, do Notre Dame des

Victoires, gdzie jak powiedział przy pożegnaniu, zamierzał dalej modlić się o nawrócenie swoich braci i sióstr. Jego wyjazd pozbawił mnie ciężkiego brzemienia. Uległem nawet prośbom mojej rodziny aby napisać mu parę słów przeprosin z okazji moich zaręczyn. Odpowiedział na mój list z uczuciem i powierzył mojej opiece paru ubogich, o których się troszczył i dałem mu pewną drobną sumę. Po tym swoistym pojednaniu nie miałem żadnych dalszych związków z Teodorem i przestałem o nim myśleć. Zapomniałem o nim… a on, w tym czasie, modlił się za mnie.

Powinienem wspomnieć tu rodzaj rewolucji w moich religijnych przekonaniach jaka miała miejsce w czasie ceremonii moich zaręczyn (…) Widok mojej narzeczonej obudził we mnie mistyczne poczucie ludzkiej godności i wartości. Zacząłem wierzyć w nieśmiertelność duszy, co więcej, zacząłem, kierowany jakimś instynktem, modlić się do Boga za moje szczęście i to co sprawiało że byłem nieszczęśliwy. (…)”

O swojej samotnej podróży “przedślubnej” Alfons pisze tak:

“Nie wiedziałem dokąd się skierować (…) Postanowiłem wreszcie udać się prosto do Neapolu, spędzić zimę na Malcie z korzyścią dla mego raczej słabego zdrowia i wrócić do domu przez kraje wschodnie. Otrzymałem nawet listy niezbędne do wjazdu do Konstantynopola i wyruszyłem pod koniec listopada 1841 roku, planując powrót na wiosnę roku 1842. (…) Przypominam sobie dwa różne wydarzenia, które znaczyły dni poprzedzające mój wyjazd, a które obecnie usilnie do mnie wracają. (…) Drugim wydarzeniem, które mnie zainteresowało było spotkanie kilku znamienitych żydów na temat środków zreformowania judaistycznego kultu i większego dostosowania go do ducha epoki. Udałem się na to spotkanie, na którym każdy wyraził swoją opinię na temat sugerowanych ulepszeń. Było tam tyle opinii co osób, wielka dyskusja. Brali pod uwagę wygodę człowieka, wydarzenia owych czasów, postulaty opinii publicznej, wszystkie idee nowoczesnej cywilizacji, wszystko było poddane przemyśleniom i rozważaniom, tylko o jednym zapomniano – o prawie Bożym. (…) Moja prywatna opinia była taka że powinni pozwolić po cichu umrzeć wszystkim formom religijności, tak by nie potrzebowali się odwoływać ani do ksiąg ani do ludzi, ale by każdy mógł w sposób wolny wyrażać i praktykować swoją wiarę na swój własny sposób (…) Spotkanie zakończyło się bez rozstrzygnięcia. Ale pewien Żyd, rozsądniejszy ode mnie, wygłosił coś tak znaczącego że powtórzę to słowo w słowo: “musimy spiesznie porzucić tę starą świątynię, której ściany walą się ze wszystkich strony, chyba że chcemy zostać pogrzebani pod jej ruinami” – słowa prawdy, które każdy Żyd naszych czasów szepcze do siebie w samotności. Lecz zaiste, osiemnaście stuleci minęło odkąd porzucili starą świątynię i nie wejdą do tej nowej świątyni, której bramy są otwarte dla nich dniem i nocą! (…)

Podczas drogi do Neapolu statek przybił do Civita Vecchia. Jak tylko weszliśmy do portu odgłos wystrzału powitał nasze uszy. Zapytałem ze złośliwą ciekawością o powód tak wojennego sygnału na pokojowym terytorium papieskim. Otrzymałem jako odpowiedź “jest święto Poczęcia Maryi”. Wzruszyłem ramionami i nie wyszedłem na brzeg. (…) Spędziłem w Neapolu miesiąc aby móc zobaczyć i opisać każdą rzecz. Pisałem gorzkie rzeczy o religii i kapłanach, którzy wydawali mi się tak nie pasujący do tego wspaniałego kraju. Ach, jakimi bluźnierstwami wypełniałem swój dziennik! A jeśli dziś mówię o nich dlatego byście mogli zobaczyć jak mroczną i złą była wówczas moja dusza. Napisałem do Strasburga że wypiłem trochę lachryma Christi na szczycie Wezuwiusza za zdrowie ojca Ratisbonne (…) Nie jestem w stanie opisać straszliwych uwag, które pozwoliłem sobie zapisać. Moja narzeczona zapytała mnie czy zgadzam się z tymi, którzy mówili: “zobaczyć Neapol i umrzeć”. Nie, odpowiedziałem, zobaczyć Neapol i żyć, żyć by go znów zobaczyć. Taki był stan mojego umysłu. Nie miałem zamiaru udawać się do Rzymu, choć dwóch przyjaciół rodziny, których regularnie widywałem, usilnie mnie do tego namawiali. Mam na myśli M. Coulmana – protestanta i byłego urzędnika ze Strasburga oraz barona Rotszylda, którego rodzina otaczała mnie wszelkimi dowodami przywiązania i szczodrości. Nie mogłem skłonić się do ich perswazji. Moja narzeczona pragnęła bym udał się prosto na Maltę i przesłała mi zalecenie od mojego lekarza, że powinienem tam spędzić zimę, starannie unikając Rzymu z powodu złośliwej gorączki, która, jak utrzymywał, tam występowała. (…)

M. Coulman zapoznał mnie z przyjaznym i szacownym człowiekiem, który udawał się na Maltę. Byłem tak tym uszczęśliwiony, że powiedziałem sobie: “to jest na pewno przyjaciel, którego Bóg mi zesłał”. Jednakże nadszedł pierwszy dzień nowego roku, a statek nie wypłynął. Był to dla mnie smutny dzień. Byłem sam w Neapolu, nie było nikogo by mi powinszować i złożyć życzenia, nikogo od serca. (…) Wyszedłem by zrzucić mą natrętną melancholię i podążałem mechanicznie za ciżbą ludzką. Dotarłem na miejsce przed pałacem i znalazłem się, nie wiem jak, u drzwi kościoła. Wszedłem do środka. Myślę że ksiądz odprawiał w nim Mszę. Pozostałem tam, opierając się o kolumnę, a moje serce zdawało się otwierać i rozszerzać w nowej atmosferze. Modliłem się na swój własny sposób, nie zwracając uwagi na to co działo się wokół mnie. Modliłem się za swoją narzeczoną, stryja, mojego zmarłego ojca, moją kochającą matkę, którą mi tak wcześnie zabrano, za wszystkich, którzy byli mi drodzy i prosiłem Boga o rodzaj natchnienia, by dał mi poznać Swoją wolę, która mogła mnie poprowadzić w moich projektach poprawy sytuacji Żydów, projektach o których nieustannie myślałem. Mój smutek minął jak chmura, którą wiatr przełamuje i rozprasza, a moje serce zostało wypełnione niewysłowionym spokojem, pociechą jak gdyby jakiś głos mi powiedział: “twoja modlitwa została wysłuchana”. O tak, została wysłuchana, wysłuchana ponad wszelkie oczekiwania albowiem ostatniego dnia tego samego miesiąca miałem zostać ochrzczony w kościele w Rzymie (…)”

(c.d.n.)

Advertisements
This entry was posted in Uncategorized. Bookmark the permalink.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s