Fiszki z Chestertona: paradoksy Dobrej Nowiny

o sentymentalnym obliczu Jezusa

“Wszyscy słyszeliśmy ludzi mówiących po setki razy – bo zdaje się, że mówienie o tym nigdy im się nie nudzi – że Jezus Nowego Testamentu jest w istocie miłosiernym i ludzkim wielbicielem ludzkości, ale Kościół tak długo spowijał Jego ludzki charakter w odpychające dogmaty i usztywniał Go eklezjastycznymi horrorami, aż stał się On zupełnie nieludzki. Jest to, ośmielę się powtórzyć, niemal dokładne zaprzeczenie prawdy. Prawda jest taka, że obraz Chrystusa przedstawiany w kościołach jest niemal wyłącznie obrazem łagodności i miłosierdzia. Natomiast obraz Chrystusa w Ewangelii ukazuje poza tym wiele innych rzeczy. Postać Chrystusa z Ewangelii w słowach tak pięknych, że aż rozdzierających serce, rzeczywiście wyraża współczucie dla naszych rozdartych serc. Jednak absolutnie nie są to jedyne wypowiadane przezeń słowa. Są one natomiast niemal jako jedyne wkładane w Jego usta przez Kościół w popularnych wizerunkach. Te powszechnie znane wizerunki inspirowane są całkiem zdrowym powszechnym instynktem. Ogół biedaków żyje w zwątpieniu, a ogół ludzkości to biedacy, i dlatego najważniejsze jest zapewnienie ich o niewiarygodnym współczuciu Boga. Nikt, kto ma oczy otwarte, nie może wątpić, że tę właśnie ideę współczucia stara się przekazać machina Kościoła powszechnego. Popularne wizerunki z dużą przesadą rozdmuchują sentymentalny obraz Jezusa „cichego i pokornego”

o Chrystusie pełnym mocy

“Jest w każdym razie coś przerażającego, a nawet mrożącego krew w żyłach w pomyśle figury rozgniewanego Chrystusa. Jest coś nie do zniesienia w samej myśli, że wychodząc zza rogu ulicy albo na otwartą przestrzeń rynku, moglibyśmy natknąć się na skamieniałą grozę tej postaci napominającej plemię żmijowe, albo tej twarzy wpatrującej się w twarz hipokryty. Kościół może być zatem słusznie usprawiedliwiony, jeśli ukazuje ludziom najbardziej miłosierne oblicze Jezusa; nie ma bowiem wątpliwości, że oblicze, które ukazuje, jest właśnie tym najbardziej miłosiernym. Rzecz jednak w tym, że jest to oblicze jedynie i wyjątkowo miłosierne w porównaniu z tym, jakie mógłby sobie wyobrazić człowiek czytający po raz pierwszy w życiu Nowy Testament. Człowiek przyjmujący słowa tej opowieści w ich pierwotnym brzmieniu, stworzyłby sobie zupełnie inny obraz Jezusa; obraz pełen tajemniczości i być może niekonsekwencji, ale z pewnością nieograniczający się do łagodności. (…) Wybuchy gniewu, tak jak burze nad ziemią, nie zdarzają się w nim dokładnie tam, gdzie można by się spodziewać, ale najwyraźniej pozostają posłuszne własnym mapom pogody. Piotr ukazywany przez popularne nauczanie Kościoła jest całkiem słusznie tym Piotrem, któremu Chrystus powiedział w duchu przebaczenia: „Paś baranki moje”. Nie jest on tym Piotrem, do którego Chrystus zwrócił się jak do diabła, wołając w niepojętym gniewie: “Zejdź Mi z oczu, szatanie!”, Chrystus lamentował z miłością i współczuciem nad Jerozolimą, która miała Go zamordować. Nie wiemy, jaki dziwny nastrój ducha albo jaka duchowa wiedza kazała mu postawić Betsaidę niżej od strąconej do otchłani Sodomy. Odkładam na razie na bok wszystkie kwestie ortodoksyjnych i nieortodoksyjnych wniosków i wyjaśnień dotyczących doktryny chrześcijaństwa; staram się jedynie wyobrazić sobie wpływ, jaki na umysł człowieka miałoby to, o czym bez przerwy mówią krytycy Ewangelii: odczytanie Nowego Testamentu bez odniesienia do ortodoksji, a nawet bez odniesienia do chrześcijańskiej doktryny w ogóle. Człowiek ten znalazłby wiele rzeczy, które o wiele mniej pasują do współczesnej myśli nieortodoksyjnej niż do współczesnej ortodoksji. Odkryłby na przykład, że jeśli jakiekolwiek opisy ewangeliczne zasługują na miano realistycznych, są to ni mniej, ni więcej tylko opisy zjawisk nadprzyrodzonych. Jeśli Jezus Nowego Testamentu prezentuje się w jakimś aspekcie przede wszystkim jako człowiek praktyczny, to aspektem tym jest Jego działalność jako egzorcysty. Nie ma nic cichego i pokornego, nie ma nawet nic w zwykłym znaczeniu mistycznego w tonie głosu, który wypowiada słowa: „Milcz i wyjdź z niego”.

o niebanalności Ewangelii

“Nie jest to pod żadnym pozorem, jak dumnie zachwala się w druku, historia, którą łatwo zgłębić do dna. Jest ona wszystkim, ale nie tym, co ludzie nazywają prostą Ewangelią. Z zachowaniem wszelkich proporcji można powiedzieć, że to Ewangelia ma w sobie mistycyzm, a Kościół – racjonalizm. Ja oczywiście nie zawaham się dodać, że to Ewangelia jest zagadką, a Kościół – odpowiedzią. (…) Moralistyka większości starożytnych i współczesnych moralistów była jednym nieprzerwanymi błyskotliwym wodospadem niekoń czących się komunałów. Takiego wrażenia z pewnością nie odniósłby nasz wyimaginowany postronny obserwator badający Nowy Testament. Nie miałby odczucia, że obcuje z czymś tak banalnym ani w pewnym sensie tak ciągłym jak ten strumień , znalazłby sporo dziwnych roszczeń , które brzmiałyby jak roszczenie sobie prawa do bycia bratem słońca albo księżyca; sporo bardzo zaskakujących rad; sporo zdumiewających napomnień; sporo dziwnie pięknych opowieści. Dostrzegłby kilka gigantomań skich figur retorycznych, dotyczących na przykład niemożliwości nawleczenia igły wielbłądem albo możliwości wrzucenia góry w morze. Zobaczyłby sporo bardzo odważnych uproszczeń dotyczących trudności życia, na przykład radę, żeby świecić wszystkim obojętnie jak słońce albo troszczyć się o przyszłość nie więcej niż ptaki. Z drugiej zaś strony znalazłby także urywki, ze swojego punktu widzenia, niemal zupełnie niezrozumiałe, jak na przykład morał przypowieści o nieuczciwym rządcy. Niektóre z tych fragmentów uznałby za fantazje, a inne za prawdę, ale żadnych nie uznałby za truizmy. Nie znalazłby na przykład ani jednego z popularnych banałów w obronie pokoju. Znalazłby natomiast sporo paradoksów w obronie pokoju. Znalazłby kilka zasad niestawiania oporu, które, wzięte dosłownie, byłyby zbyt pacyfistyczne dla każdego pacyfisty. Z pewnego fragmentu, gdyby dosłownie potraktował wymienione w nim warunki, dowiedziałby się , że nie powinien wobec rabusia stosować biernego oporu, ale raczej zdecydowaną i entuzjastyczną zachętę, zarzucając podarunkami człowieka, który ukradł mu jego własność. Nie znalazłby jednak ani słowa konwencjonalnej retoryki przeciwko wojnie, którą zapełniono niezliczone książki, ody i oracje; ani słowa o niegodziwości wojny, marnotrawstwie wojny, odrażającej skali masakry w czasie wojny ani o żadnej z tych znajomo brzmiących oczywistości. Tak naprawdę nie znalazłby w ogóle ani słowa o wojnie. Nie ma nic, co rzucałoby światło na stosunek Chrystusa do zorganizowanych działań wojennych poza tym, że, jak się wydaje, darzył sympatią rzymskich żołnierzy. Fakt, że najwyraźniej lepiej dogadywał się z Rzymianami niż z Żydami, stanowi właściwie kolejną trudność. Przykłady można by jednak mnożyć w nieskończoność, natomiast dla nas najważniejszą kwestią jest po prostu konkretny ton, który można wyczuć, czytając konkretny tekst.”

o błogosławieństwie cichych

“Stwierdzenie, że cisi posiądą ziemię, nie jest wcale przejawem cichości. Chodzi mi o cichość w zwyczajnym rozumieniu łagodności, opanowania i nieszkodliwości. Aby to stwierdzenie uzasadnić, trzeba byłoby cofnąć się bardzo daleko w głąb historii i przewidzieć rzeczy, o których wówczas nikomu się nie śniło, a z których i dziś wielu nie zdaje sobie sprawy, na przykład to, w jaki sposób mistyczni mnisi odzyskali ziemie utracone przez praktycznych królów. Jeśli w ogóle owo stwierdzenie było prawdziwe, to dlatego, że było prawdziwym proroctwem, a nie dlatego, że było prawdziwym banałem. Błogosławieństwo cichych może się wydawać bardzo gwałtowne, w tym sensie, że zadaje ono gwałt prawom rozumu i prawdopodobieństwa. W tym miejscu dochodzimy do kolejnej ważnej fazy naszych rozważań. Jako proroctwo, błogosławieństwo to rzeczywiście się spełniło, ale spełniło się dopiero o wiele później. Klasztory były najpraktyczniejszymi i najlepiej prosperującymi posiadłościami, a także najbardziej udaną próbą odbudowy świata po barbarzyńskim potopie; cisi rzeczywiście posiedli ziemię. Nikt jednak nie mógł wiedzieć o tym w czasie, kiedy błogosławieństwo to zostało wypowiedziane – chyba że naprawdę był Ktoś, kto o tym wiedział.”

o sporze między Martą a Marią
“Coś podobnego można powiedzieć o historii Marty i Marii, która była interpretowana z perspektywy czasu i od wewnątrz przez mistyków chrześcijańskiego życia kontemplacyjnego. Ich punkt widzenia nie był jednak wcale oczywisty, a większość starożytnych i współczesnych moralistów byłaby z pewnością opowiedziała się po stronie oczywistości. Jakież strumienie gładkiej elokwencji popłynęłyby z ich ust w celu wyolbrzymienia każdej drobnej przewagi po stronie Marty, jakież wspaniałe kazania “O radości służby”, „O ewangelii pracy” i „O zostawieniu świata lepszym, niż go zastaliśmy”, jakież dziesiątki tysięcy komunałów w obronie zadawania sobie trudu usłyszelibyśmy od ludzi, którzy nie powinni w ogóle zadawać sobie trudu, żeby je formułować. Jeśli Chrystus bronił w osobie Marii, mistyczki i dziecka miłości, ziarna czegoś o wiele subtelniejszego, kto mógł zrozumieć to w tamtych czasach? Nikt poza Nim nie mógł przecież dostrzec postaci Klary, Katarzyny i Teresy, jaśniejących nad dachem domu w Betanii. W pewnym sensie rzecz ma się tak samo ze wspaniałą groźbą dotyczącą miecza, który przyniesiony na ziemię będzie różnił i dzielił. Nikt nie mógł wówczas zgadywać ani jak się ona wypełni, ani czym można by ją usprawiedliwić. W istocie niektórzy wolnomyśliciele są nadal na tyle prostoduszni, że dają się złapać w pułapkę i są zaszokowani tak rozmyślnie zuchwałym stwierdzeniem. Prawdę mówiąc, obwiniają paradoks o to, że nie jest komunałem.”

o ideale dziewictwa

“Rzecz jednak w tym, że gdybyśmy potrafili przeczytać ewangeliczne relacje jako coś równie nowego jak relacje w gazetach wprawiłyby nas one w zakłopotanie i być może w przerażenie o wiele większe niż te same opisy w ujęciu historycznego chrześcijaństwa. Na przykład, po wyraźnym nawiązaniu do eunuchów na wschodnich dworach, Chrystus powiedział, że będą też eunuchowie dla królestwa niebieskiego. Gdyby stwierdzenie to nie oznaczało dobrowolnego entuzjazmu dla dziewictwa, można by je wytłumaczyć jako nawiązanie do czegoś o wiele bardziej nienaturalnego i ordynarnego. Zdanie to stało się dla nas ludzkie dzięki historycznemu chrześcijaństwu; dzięki doświadczeniu franciszkanów i sióstr miłosierdzia. Potraktowane w oderwaniu, mogłoby sugerować dość nieludzką atmosferę: złowrogą, bezduszną ciszę panującą w azjatyckim haremie albo dywanie. Jest to zaledwie jeden przykład z tysiąca, ale morał płynący z niego jest taki, że Chrystus prezentowany przez Ewangelię może w rzeczywistości wydawać się bardziej zaskakujący i groźny niż Chrystus prezentowany przez Kościół.”

o nowości w zakresie małżeństwa
“Poglądy Chrystusa były tak samo trudne dla ówczesnych, jak i dla dzisiejszych ludzi. Żydzi, Rzymianie i Grecy nie wierzyli w mistyczną ideę, zgodnie z którą mężczyzna i kobieta stają się jedną substancją sakramentalną; nie rozumieli jej nawet na tyle, by móc ją odrzucić. Wolno nam uznać tę ideę za niewiarygodny albo niemożliwy do osiągnięcia ideał; nie byłby on jednak bardziej niewiarygodny i niemożliwy do osiągnięcia dla nas niż dla nich. Innymi słowy, można powiedzieć wiele rzeczy, ale z pewnością nie to, że kontrowersja ta uległa zmianie wraz z upływem czasu. Można powiedzieć wiele rzeczy, ale bezwzględnie nie to, że idee Jezusa z Nazaretu pasowały do Jego czasów, a nie pasują do naszych. Na ile pasowały do Jego czasów, widać chyba z zakończenia Jego historii. (…) Jest jednak zupełnie jasne, że Chrystus wierzył w sakrament małżeństwa na własny sposób, a nie na sposób obowiązujący albo rozpowszechniony w tamtych czasach. Z pewnością nie zaczerpnął swojej argumentacji przeciw rozwodowi z prawa Mojżeszowego ani z prawa rzymskiego, ani z obyczajów ludu Palestyny. Brzmiała ona dla Jego ówczesnych krytyków tak samo, jak brzmi dla Jego krytyków dzisiaj: jak arbitralny, transcendentny dogmat, który wziął się znikąd poza tym, że wziął się od Niego. Nie chodzi mi w tym miejscu wcale o obronę tego dogmatu; rzecz w tym, że byłoby tak samo prosto bronić go wówczas, jak i dzisiaj jest to ideał całkowicie ponadczasowy, tak samo trudny w każdych czasach i tak samo w każdych czasach możliwy do osiągnięcia.”

o fikcji wyłącznie ludzkiego oblicza Chrystusa
“Innymi słowy, jeśli ktokolwiek mówi, że czegoś podobnego można by się spodziewać po człowieku mieszkającym w tamtym miejscu i czasie, możemy mu całkiem uczciwie odpowiedzieć, że dogmat ten o wiele bardziej przypomina tajemniczą wypowiedź istoty przewyższającej człowieka, gdyby ktoś taki kiedykolwiek zamieszkał wśród ludzi. Twierdzę zatem, że człowiek czytający Nowy Testament uczciwie i na świeżo, nie odniósłby wrażenia, że ma do czynienia z czymś, co dziś często nazywa się ludzkim obliczem Chrystusa. Czysto ludzkie oblicze Chrystusa jest fikcją, efektem sztucznego wyboru, tak jak czysto ewolucyjne oblicze człowieka.”

Advertisements
This entry was posted in Uncategorized. Bookmark the permalink.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s