Fiszki z Chestertona: mity o Kościele

o micie naiwności chrześcijaństwa
“Nonsensem jest twierdzić, że wiara chrześcijańska pojawiła się w nieskomplikowanych czasach, to znaczy w czasach niepiśmiennych i naiwnych. Takim samym nonsensem jest mówić, że wiara chrześcijańska była nieskomplikowaną rzeczą, to znaczy rzeczą ogólnikową, dziecinną albo czysto instynktowną. Być może jedyny aspekt, w którym można by powiedzieć, że Kościół pasował do świata pogańskiego, to fakt, że obydwa były nie tylko wysoce cywilizowane, ale także raczej złożone. Obydwa były wręcz zdecydowanie wielostronne, tyle że starożytność była wielostronną dziurą, czymś w rodzaju sześciokątnego otworu czekają cego na równie sześciokątny kołek. W tym sensie tylko Kościół był wystarczająco wielowymiarowy, by pasować do świata. Sześć stron śródziemnomorskiego świata zwracało się ku sobie ponad powierzchnią morza w oczekiwaniu na coś, co spoglą dałoby w sześciu kierunkach równocześnie. Kościół musiał być jednocześnie i rzymski, i grecki, i żydowski, i afrykański, i azjatycki. Dosłownie tak, jak to ujął Apostoł Pogan, był on wszystkim dla wszystkich. Chrześcijaństwo nie było zatem prymitywne ani prostackie; było absolutnym przeciwieństwem wytworu czasów barbarzyństwa.”

o micie chrześcijaństwa jako skutku dekadencji
“W pewnym sensie człowiek mógłby całkiem łatwo przewidzieć, iż dekadencja cesarstwa doprowadzi do powstania, czegoś w rodzaju chrześcijaństwa. To znaczy czegoś odrobinę podobnego, a równocześnie nieskończenie różnego. Człowiek mógłby na przykład z łatwością powiedzieć: „Pogoń za przyjemnością przybrała tak ekstrawaganckie formy, że teraz nastąpi zwrot w stronę pesymizmu. Być może przyjmie on postać ascetyzmu; ludzie zaczną się okaleczać, zamiast po prostu się powiesić”. Albo mógłby stwierdzić całkiem rozsądnie: “Kiedy znudzą się nam nasze greckie i rzymskie bóstwa, zaczniemy tęsknić za taką czy inną wschodnią tajemnica przyjdzie moda na Persów i Hindusów”. A jakiś światowy człowiek mający dość przenikliwości mógłby dodać : „Możni ulegają tego rodzaju modom; któregoś dnia dwór ulegnie jednej z nich i uczyni ją religią państwową”. Jeszcze innemu, bardziej ponuremu prorokowi można by także wybaczyć stwierdzenie: „Świat stacza się coraz bardziej i wkrótce powróci do mrocznych, barbarzyńskich przesądów, obojętnie których; wszystkie one będą bezkształtne i ulotne jak sny”. Otóż niezwykle interesującą stroną tych przepowiedni jest to, że wszystkie one się wypełniły, ale nie za sprawą Kościoła. Kościół bowiem jako jedyny zdołał się przed tymi zjawiskami uchronić, zdołał je zdyskredytować i odnieść nad nimi zwycięstwo. O ile było prawdopodobne, że hedonizm ze swej natury wywoła zwykłą reakcję w postaci ascezy, o tyle wywołał on zwykłą reakcję w postaci ascezy. Reakcja ta przyjęła formę ruchu zwanego manichejskim, a Kościół był jego śmiertelnym przeciwnikiem. O ile ruch taki mógł w sposób naturalny pojawić się w tym momencie historii, o tyle rzeczywiście się pojawił, a potem w równie naturalny sposób zniknął. Zwrot ku pesymizmowi pojawił się wraz z manicheizmem i razem z nim odszedł w zapomnienie. Kościół jednak nie pojawił się ani nie zniknął na tej fali; miał o wiele więcej wspólnego z jej zniknięciem niż z jej pojawieniem się. Podobnie, o ile wzrost sceptycyzmu mógł wywołać modę na wschodnią religię, o tyle faktycznie ją wywołał; z serca Persji, daleko spoza Palestyny nadciągnął Mitra i przyniósł ze sobą dziwne misteria byczej krwi. Niewątpliwie wszystko wskazywało na to, że tego rodzaju mody tak czy inaczej musiały się pojawić. Z pewnością jednak nic nie wyjaśniało, dlaczego jedna z takich mód miałaby nie przeminąć. Niewątpliwie moda na orientalizm była czymś wyjątkowo pasującym do realiów czwartego i piątego wieku, to jednak nie tłumaczy jeszcze, dlaczego jeden z jej przejawów miałby przetrwać do wieku dwudziestego i wcale nie stracić na sile. Krótko mówiąc, o ile można się było w tym czasie spodziewać podobnych zjawisk, o tyle zjawiska takie jak kult Mitry rzeczywiście miały wówczas miejsce. To jednak nie tłumaczy naszych bardziej aktualnych doświadczeń . I gdybyśmy mieli nadal być wyznawcami Mitry jedynie dlatego, że noszone w tym kulcie nakrycia głowy i inne perskie akcesoria były prawdopodobnie ostatnim krzykiem mody za Domicjana, dziś wyglądalibyśmy w nich raczej niemodnie.”

o micie chrześcijaństwa jako mody
“Tak samo, jak przekonamy się za chwilę , wygląda sprawa faworyzowania religii przez państwo. O ile takiej faworyzacji wobec jakiejś przemijającej mody można by się spodziewać w okresie rozkładu i upadku imperium rzymskiego, o tyle coś takiego naprawdę istniało w tymże imperium i upadło wraz z nim. Nie rzuca to natomiast światła na coś, co całkiem świadomie nie zechciało rozłożyć się i upaść; na coś, co wzrastało stale, podczas gdy imperium przeżywało rozkład i upadek, i co do dziś sunie naprzód z nieustraszoną energią, choć zakończył się cykl kolejnego eonu i wygląda na to, że kolejna cywilizacja rozkłada się i wkrótce upadnie. Co ciekawe, właśnie te herezje, o których stłumienie obwinia się Kościół, świadczą o niesprawiedliwości krytyki kierowanej pod jego adresem. O ile w ogóle coś zasługiwało na krytykę, o tyle zasługiwała na nią rzecz, za której krytykowanie krytykuje się Kościół. O ile rzeczywiście istniał jakiś przesąd, o tyle Kościół sam go potępiał. O ile rzeczywiście nastąpił powrót do barbarzyństwa, o tyle Kościół opierał się mu właśnie dlatego, że był to powrót do barbarzyństwa. O ile coś było w upadającym imperium modą, która zasługiwała na śmierć, o tyle Kościół sam ją uśmiercił. Kościół oskarża się dokładnie o to, za co on prześladował herezje. Wywody historyków-ewolucjonistów i innych wysublimowanych krytyków faktycznie wyjaśniają, dlaczego narodził się arianizm, gnostycyzm i nestorianizm – i dlaczego herezje te musiały umrzeć. Nie wyjaśniają natomiast zupełnie, dlaczego narodził się Kościół – i dlaczego dotąd nie umarł. Nade wszystko zaś nie wyjaśniają, dlaczego Kościół zwalczał dokładnie te wady, które podobno sam miał.”

o micie chrześcijaństwa jako mody na mistycyzm
“Przyjrzyjmy się zatem kilku praktycznym przykładom działania zasady, zgodnie z którą coś, co było przesądem umierającego imperium, naprawdę umarło wraz z nim, a przy tym z pewnością nie było tożsame z czymś, co je zniszczyło. W tym celu weźmy po kolei dwie albo trzy najpopularniejsze wśród współczesnych krytyków teorie pochodzenia chrześcijaństwa. Nie ma nic prostszego, niż w pracy któregoś z nich znaleźć następujące stwierdzenie: „Chrześcijaństwo było przede wszystkim ruchem ascetów, ucieczką na pustynię, schronieniem się do klasztoru, odrzuceniem wszystkich przejawów życia i radości; była to część ponurej i nieludzkiej reakcji przeciwko samej naturze, wyrażającej się w nienawiści ciała, lęku przed światem materialnym i czymś w rodzaju powszechnego samobójstwa zmysłów, a nawet samego „ja”. Chrześcijaństwo zrodziło się ze wschodniego fanatyzmu w rodzaju fanatyzmu fakirów, a jego ostatecznym źródłem był wschodni pesymizm, który samo istnienie najwyraźniej uważał za zło”. Otóż najbardziej niezwykłe jest to, że wszystkie te zarzuty są całkiem prawdziwe; są one prawdziwe pod każdym względem oprócz tego, że przypadkiem pomylono ich adresata. Nie zawierają one prawdy o Kościele; zawierają prawdę o potępianych przez Kościół heretykach. (…)
Kiedy ruch chrześcijański czy jakiś inny przerwał tamę między Wschodem i Zachodem, wnosząc do Europy własne mistyczne idee, wiele innych mistycznych idei przelało się wraz z nim jak fala powodzi; większość z nich dotyczyła ascetyzmu, a prawie wszystkie były pesymistyczne. Mało brakowało, by całkowicie zatopiły i zniosły element czysto chrześcijański. Ich ojczyzną było przede wszystkim mgliste pogranicze wschodnich filozofii i wschodnich mitologii, dzielących z bardziej szalonymi filozofiami upodobanie do tworzenia fantastycznych teorii kosmosu w postaci map i drzew genealogicznych. Były wśród tych idei takie, które podobno wywodziły się od tajemniczego Maniego. Nazywa się je zatem manichejskimi; pokrewne im kulty określa się zazwyczaj jako kulty gnostyckie. Są one zwykle ogromnie skomplikowane, ale elementem szczególnie wartym podkreślenia jest ich pesymizm – fakt, że niemal wszystkie tak czy inaczej uważały stworzenie świata za dzieło złego ducha. Niektóre z nich miały tę azjatycką atmosferę , jaka otacza buddyzm; sugerowały mianowicie, że życie jest degradacją czystego istnienia. Niektóre z nich zakładały istnienie czysto duchowego porządku, który został zakłócony przez pospolitą i nieudolną sztuczkę , jaką było stworzenie błyskotek w rodzaju słońca, księżyca i gwiazd. A zatem tak czy inaczej mroczny potop z głębi metafizycznego morza leżącego pośrodku Azji przelał się przez tamę równocześnie z wiarą w Chrystusa.
Najważniejsze jednak jest to, że zjawiska te nie były tożsame; płynęły obok siebie jak olej i woda. Prawdziwa wiara jakimś cudem zachowała swój kształt niczym rzeka płynąca dalej przez ocean. I znowu dowód prawdziwości tego cudu był całkiem praktyczny: cały ocean niósł w sobie słony i gorzki smak śmierci, natomiast z tego jednego strumienia pośrodku, człowiek mógł pić bez obaw. Czystość strumienia ocaliły dogmatyczne definicje i wykluczenia. Nic innego nie mogłoby jej ocalić . Gdyby Kościół nie potępił manichejczyków, sam mógłby stać się manichejski. Gdyby nie potępił gnostyków, sam mógłby stać się gnostycki. Ale przez sam fakt takiego potę pienia dowiódł, że nie jest ani gnostycki, ani manichejski. W każdym razie dowiódł, że istnieje coś, co nie jest ani gnostyckie, ani manichejskie. Cóż bowiem mogło potępić te ruchy, jeśli nie autentyczna dobra nowina posłańców z Betlejem i nie trąba Zmartwychwstania? Pierwotny Kościół, co prawda, praktykował ascezę, odcinał się jednak od pesymizmu, właśnie potępiając pesymistów. Doktryna chrześcijańska głosiła, że człowiek jest grzeszny, ale nie głosiła, że życie jest złe, i dowiodł tego potępiając tych, którzy tak twierdzili. Potępienie pierwszych heretyków przez Kościół samo spotyka się z potępieniem jako przejaw umysłowej ciasnoty i ograniczenia, w rzeczywistości jednak Kościół udowodnił przez nie, że dążył do braterstwa i otwartości. Był to dowód, że pierwotnym chrześcijanom szczególnie zależało na wyjaśnieniu, iż nie uważają człowieka za złego do szpiku kości, nie uważają życia za nieuleczalną udrękę, nie uważają małżeń stwa za grzech ani prokreacji za tragedię. Chrześcijanie byli ascetami, ponieważ ascetyzm był jedynym sposobem na oczyszczenie świata z grzechów. Równocześnie jednak ich grzmiące anatemy potwierdzały raz na zawsze, że ich ascetyzm nie ma być przeciwny człowiekowi ani naturze i że zależy im na oczyszczeniu świata, a nie na jego zniszczeniu. Nic poza anatemami nie mogło tego dowieść równie jasno, zwłaszcza wobec powszechnego pomylenia pojęć, które do dziś myli chrześcijan z ich śmiertelnymi wrogami. Nic poza dogmatem nie mogło oprzeć się orgii fantastycznych pomysłów, które wytaczali do walki z naturą pesymiści z ich eonami i demiurgami, z ich dziwnym logosem i złowieszczą sofią. Gdyby Kościół nie upierał się przy teologii, stopniałby do wymiaru szalonej mitologii mistyków, o wiele bardziej oddalonej od rozumu, a nawet od racjonalizmu, a przede wszystkim o wiele bardziej oddalonej od życia i od umiłowania go.”

o micie “konstantyńskiego” Kościoła
“Nierzadko z ust innego krytyka możemy usłyszeć, co następuje: „Chrześcijaństwo tak naprawdę nie narodziło się samo, to znaczy nie było oddolną inicjatywą, ale czymś narzuconym z góry. Jest to przykład władzy urzędników; jaką widzimy zwłaszcza w państwach despotycznych. Cesarstwo było naprawdę cesarstwem, to znaczy było naprawdę rządzone przez cesarza. Jeden z cesarzy przypadkiem został chrześcijaninem. Równie dobrze mógł zostać wyznawcą Mitry albo żydem, albo czcicielem ognia; w okresie upadku cesarstwa przyjmowanie takich ekscentrycznych wschodnich wyznań było powszechne wśród znaczących i wykształconych osób. Ale kiedy cesarz przyjął chrześcijaństwo, stało się ono religią państwową cesarstwa rzymskiego, a kiedy stało się religią państwową cesarstwa rzymskiego, stało się równie silne, równie uniwersalne i równie niezwyciężone jak samo cesarstwo. Przetrwało na świecie jedynie jako relikt tegoż cesarstwa czy też , jak ujmowało to wielu krytyków, jest dziś jedynie: duchem Cezara unoszącym się nad Rzymem”. Bardzo popularnym stanowiskiem krytyków ortodoksji jest twierdzenie, że stała się ona ortodoksją jedynie dzięki upaństwowieniu. Twierdzenie to na naszą prośbę również mogą obalić sami heretycy.
Cała wielka historia herezji ariańskiej robi wrażenie wymyślonej specjalnie po to, by storpedować tę ideę. Jest to historia bardzo interesująca i często powtarzana w tym kontekście, a wynika z niej mniej więcej tyle, że o ile kiedykolwiek istniała rzeczywiście religia państwowa, o tyle umarła ona właśnie dlatego, że była religią państwową, a tym, co ją zniszczyło, była prawdziwa religia. Ariusz zaproponował wersję chrześcijaństwa zmierzającą mniej więcej w kierunku, który my nazwalibyśmy unitariańskim, chociaż niedokładnie, ponieważ przyznawał Chrystusowi dziwaczną pośrednią pozycję między istotą boską a ludzką. Chodzi przede wszystkim o to, że wersja ta wydawała się wielu rozsądniejsza i mniej fanatyczna, a wśród jej zwolenników było wielu ludzi wykształconych, którzy chcieli niejako odreagować pierwsze romantyczne porywy nawrócenia: Arianie byli raczej odłamem umiarkowanym i kimś i w rodzaju modernistów.
Czuło się, że po pierwszych sprzeczkach przyszła kolej na ostateczną zracjonalizowaną formę religii, która byłaby do przyjęcia dla cywilizacji. Przyjął ją ostatecznie sam Boski Cezar i uczynił państwową ortodoksją; zapatrzeni w przyszłość generałowie i zbrojni książęta pochodzący z nowych barbarzyńskich potęg północy popierali ją ze wszystkich sił. Ale jeszcze ważniejsze okazało się to, co stało się potem. Zupełnie tak samo, jak współczesny człowiek może przejść od unitarianizmu do całkowitego agnostycyzmu, tak największy z ariańskich cesarzy ostatecznie zrzucił ostatni najlichszy pozór chrześcijań stwa; porzucił nawet Ariusza i wrócił do Apolla. Był to cesarz z cesarzy; żołnierz, uczony, człowiek wielkich ambicji i ideałów; jeszcze jeden filozof na tronie. Wydawało mu się, że na jego skinienie znowu wstało słońce. Wyrocznie przemówiły jak ptaki odzywające się o świcie; pogaństwo znów było sobą; bogowie powrócili. Wyglądało na to, że nadszedł kres dziwnego interludium obcych przesądów. I rzeczywiście nadszedł jego kres o tyle, o ile faktycznie interludium to stworzyły zwyczajne przesądy. Nastąpił koniec tego, co naprawdę stanowiło osobistą fascynację cesarza albo modę jednego pokolenia. Jeśli rzeczywiście coś zaczęło się od Konstantyna, to skończyło się na Julianie.
Istniało jednak coś, co się nic skończyło. Pojawił się w tej godzinie historii ktoś, kto zignorował demokratyczny tumult kościelnych synodów: Atanazy przeciw światu. Możemy zatrzymać się chwilę nad przedmiotem tego sporu, jako że jest on istotny dla naszej religijnej opowieści, a współczesny świat najwyraźniej w ogóle nie widzi, o co w nim chodzi. Można by to ująć następująco. Jeśli jest jakaś kwestia, którą oświeceni liberałowie mają zwyczaj wyśmiewać i stawiać za przykład bezpłodnego dogmatu i jałowego sekciarskiego sporu, to kwestią tą jest podnoszony przez Atanazego problem współwieczności Syna Bożego. Z drugiej zaś strony, jeśli jest coś, co ci sami liberałowie przedstawiają nam jako przykład czystego, nieskomplikowanego chrześcijań stwa, to tym czymś jest zdanie “Bóg jest Miłością”. A przecież są to stwierdzenia niemal identyczne; w każdym razie jedno jest prawie całkiem absurdalne bez drugiego. Jałowy dogmat jest jedynie logicznym ujęciem pięknego sentymentu. Jeżeli bowiem Bóg jest istotą niemającą początku, istniejącą przed wszystkimi rzeczami, to czy kochał On wtedy, gdy nie było co kochać? Jeśli przez niewyobrażalną wieczność był samotny, to jaki sens ma mówienie, że jest On miłością? Jedynym usprawiedliwieniem tej tajemnicy jest uznanie, że w Jego naturze od początku istniało coś odpowiadającego autoekspresji; coś, co ma zdolność rodzenia i postrzegania tego, co zostało zrodzone. Bez takiej mniej więcej koncepcji komplikowanie ostatecznej istoty bóstwa pojęciem miłości jest naprawdę nielogiczne. Jeśli współcześni naprawdę tęsknią za prostą religią miłości, muszą jej szukać w Atanazjańskim Credo. W rzeczywistości hejnał prawdziwego chrześcijaństwa, wyzwanie prostoty i miłosierdzia Betlejem czy też świąt Bożego Narodzenia nigdy nie brzmiał bardziej uderzająco i nieomylnie niż w sprzeciwie Atanazego wobec zimnego kompromisu arian. To właśnie Atanazy walczył po stronie Boga Miłości przeciwko bogu bezbarwnej i odległej kosmicznej władzy; przeciwko bogu stoików i agnostyków. To właśnie on walczył po stronie Najświętszego Dzieciątka przeciwko siwemu bóstwu faryzeuszy i saduceuszy. Walczył w obronie równowagi piękna współzależności i intymności w Boskiej Trójcy, która pociąga nasze serca w trójcy Świętej Rodziny. Jego dogmat, jeśli dobrze zrozumieć to określenie, zmienia nawet samego Boga w Świętą Rodzinę. To, że czysto chrześcijański dogmat po raz drugi został przeciwstawiony cesarstwu i w efekcie Kościół po raz drugi narodził się wbrew woli cesarstwa, jest samo w sobie dowodem, że w świecie działała jakaś pozytywna, osobowa siła, różna od państwowej wiary, jaką akurat zechciało przyjąć cesarstwo. Siła ta szła swoją drogą, tak jak idzie nią do dzisiaj.”

o różnych herezjach

“Istnieje bardzo wiele przykładów powtarzających dokładnie ten sam proces, z którym mieliśmy do czynienia w przypadku manichejczyków i arian. Na przykład kilka wieków później Kościół znów musiał bronić tej samej Trójcy, będącej po prostu logiczną stroną miłości, przeciwko samotności uproszczonego bóstwa, które pojawiło się raz jeszcze w religii islamu. A jednak są ludzie, którzy nie mogą zrozumieć, o co takiego walczyli krzyżowcy. Gdyby chrześcijaństwo nigdy nie było niczym innym, jak tylko prostą moralnością, która zmiotła politeizm nie byłoby powodu, dla którego nie miałoby zostać zagarnięte przez islam. W rzeczywistości sam islam był barbarzyńską reakcją przeciwko tej niezwykle ludzkiej złożoności, która stanowi o charakterze chrześcijaństwa; przeciwko idei równowagi wewnątrz bóstwa podobnej do równowagi wewnątrz rodziny. To właśnie ta idea uczyniła wiarę tożsamą z trzeźwością umysłu, która jest duszą cywilizacji. Oto dlaczego Kościół od samego początku broni własnej pozycji i punktu widzenia, zupełnie niezależnie od przypadkowi anarchii, jakie napotyka w swoich czasach. Oto dlaczego rozdaje razy bezstronnie na prawo i na lewo, mierząc w pesymizm manichejczyków albo w optymizm pelagian. Chrześcijaństwo nie było ruchem manichejskim, ponieważ wcale nie było ruchem. Nie było modą państwową, bo wcale nie było modą. Było czymś, co mogło pokrywać się w czasie z różnymi ruchami i modami, potrafiło nad nimi panować i zdołało je przeżyć . Tak oto mogliby powstać z grobów wielcy herezjarchowie, by popsuć szyki swoim dzisiejszym towarzyszom. W twierdzeniach współczesnych krytyków nie ma nic, czemu nie mogliby na naszą prośbę zaprzeczyć ci wielcy świadkowie. Jeden z krytyków twierdzi na przykład od niechcenia, że chrześcijaństwo było jedynie zwrotem ku ascetyzmowi i duchowości przeciwnej naturze; tańcem fakirów pałających nienawiścią do życia i miłości. Na to jednak Mani, wielki mistyk, odpowiada mu ze swego tajemnego tronu, wołając: „Ci chrześcijanie nie mają prawa nazywać się ludźmi ducha; ci chrześcijanie nie mają prawa nazywać się ascetami; oni, którzy zawarli kompromis z przekleństwem życia i całym plugastwem rodziny. To przez nich ziemia nadal zbrukana jest owocowaniem i żniwami, zanieczyszczona ludzkim pospólstwem. Chrześcijanie nie stworzyli ruchu przeciwko naturze – gdyby tak było, moje dzieci powiodłyby ich do zwycięstwa. Ci głupcy jednak próbowali odnawiać świat, który ja najchętniej zniszczyłbym jednym skinieniem”. Inny krytyk pisze, że Kościół był tylko cieniem cesarstwa, konikiem przypadkowego cesarza i że trwa w Europie jedynie jako zjawa dawnej siły Rzymu. A na to diakon Ariusz odzywa się z mroków zapomnienia: „Nie, zaprawdę tak nie jest, w przeciwnym razie świat poszedłby za moją rozsądniejszą religią. To moja religia padła ofiarą demagogów i ludzi lekceważących Cezara; to mojego orędownika okrywał purpurowy płaszcz i moja była chwała orłów Rzymu. To nie z braku tych rzeczy poniosłem porażkę”. Niezrażony niczym trzeci krytyk nowej generacji twierdzi, że wiara rozprzestrzeniła się jedynie jako coś w rodzaju paniki przed ogniem piekielnym, że ludzie podejmowali się niemożliwych rzeczy, byle uciec przed niewyobrażalną zemstą, przed koszmarem wyrzutów sumienia; takie wyjaśnienie zadowoli wielu z tych, którzy widzą coś przerażającego w doktrynie ortodoksji. Na to jednak podnosi się przeciw nim straszliwy głos Tertuliana: „Dlaczego zatem ja zostałem odrzucony; dlaczego miękkie serca i puste głowy potępiły mnie, gdy ogłosiłem potępienie wszystkich grzeszników, i jaka to siła popsuła mi szyki, gdy groziłem wszystkim opieszalcom piekłem? Nikt bowiem nie poszedł tą trudną drogą tak daleko jak ja, i to do mnie należało stwierdzenie: credo, quia impossibile. Istnieje jeszcze czwarta sugestia, głosząca, że cała sprawa przypominała tajny spisek Semitów; że była to nowa inwazja koczowniczego ducha, wstrząsająca znacznie przyjemniejszym i wygodniejszym światem pogańskim, jego miastami i domowymi bóstwami, i że spisek ten umożliwił zazdrosnym monoteistycznym plemionom ostateczne ustanowienie władzy ich zazdrosnego Boga. Słysząc to jednak, Mahomet odzywa się ze środka burzy, z tumanu czerwonego pustynnego piasku: „Kto kiedykolwiek jak ja służył Bożej zazdrości albo kto sprawił, że stał się On bardziej samotny na niebie? Kto bardziej niż ja otaczał czcią Mojżesza i Abrahama albo odniósł więcej zwycięstw nad pogańskimi idolami i wizerunkami? Czym wobec tego była ta rzecz, która zaatakowała mnie z siłą żywego stworzenia, której fanatyzm wygnał mnie z Sycylii i wyrwał korzenie, które zapuściłem głęboko w skałach Hiszpanii? Jaką wiarę wyznawali owi przedstawiciele wszystkich stanów i krajów, którzy zbierali się tysiącami i krzyczeli, że mój upadek jest wolą Boga? Co takiego wystrzeliło Gotfryda jak z katapulty ponad murami Jerozolimy i co sprawiło, że wielki Sobieski przedarł się jak piorun aż do bram Wiednia? Sądzę, że w religii, która tak starła się z moją, musiało być o wiele więcej, niż wam się wydaje”

Advertisements
This entry was posted in Uncategorized. Bookmark the permalink.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s