Fiszki z Chestertona: kryzysy w Kościele

o kryzysach chrześcijaństwa

“Świat chrześcijański przeżywał serię rewolucji i w każdej z nich chrześcijaństwo ponosiło śmierć. Umierało wielokrotnie i po wielokroć zmartwychwstawało, miało bowiem Boga, który znał drogę wyjścia z grobu. Ale pierwszym niezwykłym faktem w tej historii jest to, że Europa była raz poprzewracana do góry nogami i po każdej z tych rewolucji znajdowano na wierzchu znów tę samą wiarę. Wiara chrześcijańska zawsze nawracała epokę – nie jako stara religia, ale jako religia nowa. Tę prawdę skrywa przed oczyma wielu pewna konwencja, należąca do konwencji na co dzień zbyt mało dostrzeganych. Co ciekawe, ma ona także tę właściwość, że ci, którzy ją ignorują, najgłośniej przypisują sobie zasługę jej wykrycia i zdemaskowania. Ludzie ci niezmiennie nam mówią, że kapłani i ceremonie nie stanowią istoty religii i że organizacja religijna może być pustym udawaniem; nie zdają sobie jednak sprawy z tego, jak wiele prawdy jest w ich słowach. Jest w nich tak wiele prawdy że co najmniej trzy lub cztery razy w historii chrześcijańskiego świata wydawało się, że cała dusza uszła z chrześcijaństwa i niemal każdy człowiek w głębi serca spodziewał się, że to już koniec. Ten fakt w czasach średniowiecza i w innych epokach przysłaniała jedynie owa najbardziej oficjalna strona religii, której przejrzeniem na wylot szczycą się krytycy. Chrześcijaństwo pozostawało oficjalną religią renesansowego księcia albo oficjalną religią osiemnastowiecznego biskupa tak samo, jak starożytna mitologia pozostawała oficjalną religią Juliusza Cezara, a wyznanie ariańskie przez długi czas pozostawało oficjalną religią Juliana Apostaty. Między przypadkiem Juliusza i Juliana zachodziła jednak pewna różnica, bo pomiędzy panowaniem jednego i drugiego rozpoczęła się dziwna kariera Kościoła. Nie było powodu, dla którego ludzie pokroju Juliusza nie mieliby w nieskończoność publicznie czcić, a prywatnie wyśmiewać bogów pokroju Jupitera. Ale kiedy Julian uznał chrześcijaństwo za martwe, nagle przekonał się, że powróciło ono do życia. Przy okazji przekonał się także, a że żaden nawet najmniejszy znak nie wskazywał na to, by do życia miał kiedykolwiek powrócić Jupiter. Przypadek Juliana i epizod związany z arianizmem jest zaledwie pierwszym z całej serii przykładów, które w tym miejscu możemy przedstawić jedynie bardzo ogólnikowo. Arianizm, jak już zostało powiedziane, miał po ludzku wszelkie pozory naturalnej drogi, na której mógł wygasnąć przesąd Konstantyna. Zostały przecież zaliczone wszystkie zwykłe etapy: wiara stała się zjawiskiem szanowanym, potem zjawiskiem rytualnym, a wreszcie przetworzono ją w zjawisko racjonalne, i racjonaliści, zupełnie tak samo jak dziś, szykowali się właśnie, żeby rozgromić jej nędzne resztki. Kiedy chrześcijaństwo niespodziewanie podniosło się znowu i strąciło racjonalistów, było to coś niemal równie niespodziewanego jak zmartwychwstanie Chrystusa. To samo można prześledzić na przykładzie wielu innych wydarzeń, mających miejsce niemal w tym samym czasie Masowy napływ misjonarzy z Irlandii miał wszelkie cechy niespodziewanego najazdu młodych na postarzały świat, a nawet na Kościół, który przejawiał pierwsze oznaki starości.”

o konflikcie realizmu z racjonalizmem
“Co oznaczał ów niejasny, ale bardzo powszechny niepokój dwunastego wieku, kiedy to, jak ktoś słusznie zauważył, Julian Apostata przewrócił się w grobie? Dlaczego tak dziwnie szybko, u zmierzchu świtu, który zajaśniał po nocy wczesnego średniowiecza, pojawił się tak głęboki sceptycyzm, napędzający walkę nominalizmu z realizmem? Albowiem spór realizmu z nominalizmem był tak naprawdę sporem realizmu z racjonalizmem albo z czymś jeszcze bardziej niszczycielskim niż to, co określamy mianem racjonalizmu. Odpowiedź jest taka, że tak samo, jak niektórzy uważali Kościół za część cesarstwa rzymskiego, inni uważali Kościół jedynie za część wczesnego średniowiecza. Noc wczesnego średniowiecza skończyła się tak samo jak cesarstwo, i Kościół powinien odejść wraz z nią, jeśli i on był tylko jednym z nocnych cieni. Nastąpiła wówczas jeszcze jedna z tych widmowych czy też symulowanych śmierci Kościoła. Chodzi mi o to, że zwycięstwo nominalizmu byłoby tym samym co zwycięstwo arianizmu: początkiem przyznania się do tego, że chrześcijaństwo zawiodło. Nominalizm jest o wiele bardziej fundamentalnym sceptycyzmem niż zwykły ateizm. Takie zatem kwestie roztrząsano otwarcie w czasach, kiedy mroki wczesnego średniowiecza roztapiały się powoli w jasnym świetle dnia, który nazywamy współczesnością. Skąd jednak ostatecznie padła odpowiedź? Udzielił jej Akwinata zasiadający na krześle Arystotelesa i biorący w posiadanie cały obszar wiedzy, a także dziesiątki tysięcy młodzieńców, którzy wywodzili się nawet z klasy włościan i pańszczyźnianych chłopów i mieszkali o głodzie i chłodzie przy wielkich kolegiach, by słuchać nauczania filozofii scholastycznej.”

o średniowiecznym odrodzeniu

“Co oznaczał ów dreszcz strachu, który przeniknął cały Zachód w obliczu islamu i napełnił wszystkie stare romanse absurdalnymi obrazami saraceń skich wojowników pyszniących się w Norwegii lub na Hebrydach? Dlaczego ludzie na samych krańcach Zachodu, jak na przykład, o ile dobrze pamiętam, król Jan, byli oskarżani o skrywany mahometanizm, tak jak bywają oskarżani o skrywany ateizm? Dlaczego wśród niektórych autorytetów podniosła się wrzawa z powodu racjonalistycznej arabskiej wersji Arystotelesa? Autorytety rzadko kiedy zdradzają taki niepokój, chyba że jest już za późno. Odpowiedź na te pytania brzmi następująco: setki ludzi prawdopodobnie wierzyły w głębi serca, że islam zawojuje świat chrześcijański, że Awerroes jest rozsądniejszy od Anzelma i że kultura saraceńska jest naprawdę, a nie tylko powierzchownie, kulturą wyższą niż europejska. I tu znów prawdopodobnie znaleźlibyśmy całe pokolenie – starsze pokolenie – pogrążone w wątpliwościach, depresji i znużeniu. Nadejście islamu byłoby jedynie o sto lat wcześniejszym nadejściem unitarianizmu. Wielu mogłoby się to wydawać całkiem rozsądne, całkiem prawdopodobne i całkiem uzasadnione. Jeśli rzeczywiście tak im się wydawało, to musiało ich zaskoczyć to, co wówczas nastąpiło. Rozległ się bowiem podobny do grzmotu ryk, wyrywający się z gardeł tysięcy i tysięcy młodych ludzi, którzy rzucili całą swoją młodość do jednego triumfalnego kontrataku: wypraw krzyżowych. Pojawili się także synowie św. Franciszka, Kuglarze Boży, wędrujący ze śpiewem po wszystkich drogach świata; pojawił się gotyk strzelający w niebo chmurą strzał; dokonało się przebudzenie świata.”

o chaosie herezji

“Gdy dochodzimy do wojen z albigensami, widzimy rozdarcie serca Europy i lawinę nowej filozofii, która niemal pogrzebała na zawsze chrześcijański świat. W tym wypadku nowa filozofia była równocześnie bardzo starą filozofią: filozofią pesymizmu. Przypominała ona tym niemniej współczesne idee, bo tak samo jak większość współczesnych idei była stara jak cała Azja. Nastąpił powrót gnostyków. Dlaczego jednak gnostycy wrócili? Ponieważ zbliżał się koniec epoki taki sam jak koniec cesarstwa; i on także miał być końcem Kościoła. Duch Schopenhauera wychylił się z przyszłości, a jednocześnie duch Maniego wyjrzał zza grobu, by ludzie mieli śmierć i mieli ją w obfitości. Jeszcze wyraźniej widać to w dziejach renesansu – po prostu dlatego, że jest to epoka o wiele nam bliższa i ludzie mają o niej nieporównanie większą wiedzę. Ale przykład ten kryje w sobie nawet więcej niż to, z czego większość ludzi zdaje sobie sprawę. Abstrahując od szczegółowych kontrowersji, których omówieniu chciałbym poświęcić osobne opracowanie, był to okres o wiele większego chaosu, niż mogłoby to wynikać z owych kontrowersji. Gdy protestanci nazywają Latimera męczennikiem protestantyzmu, a katolicy odwdzięczają im się, nazywając Campiona męczennikiem katolicyzmu, często zapomina się o tym, że wielu z tych, którzy zginęli w ówczesnych prześladowaniach, można by nazwać jedynie męczennikami ateizmu, anarchizmu albo kultu diabła. Ówczesny świat był niemal tak samo szalony jak nasz; wśród chodzących po nim ludzi byli tacy, którzy twierdzili, że nie ma Boga, tacy, którzy twierdzili, ze sami są Bogiem, i tacy, którzy mówili rzeczy, w których nikt nie potrafił się połapać. Gdybyśmy mogli usłyszeć rozmowę wieku, który nastąpił po renesansie, prawdopodobnie bylibyśmy zaszokowani padającymi w niej bezwstydnymi negacjami. Uwagi przypisywane Marlowe’owi są prawdopodobnie dość typowym przykładem rozmów prowadzonych w oberżach przez intelektualistów. Przejście od Europy przed reformacją do Europy po reformacji wiodło przez wiele ziejących pustką pytań , ale i tu na dłuższą metę odpowiedź okazała się ta sama. Był to jeden z tych momentów, kiedy chrześcijaństwo zjawiło się niespodziewanie jak Chrystus kroczący po wodzie.”

o tzw. oświeceniu
“Wszystkie te przykłady są dla nas odległe i nie sposób ich dowieść bez wdawania się w szczegóły. Ich znaczenie dostrzegamy trochę wyraźniej w uśmierceniu chrześcijaństwa przez pogaństwo renesansu i w ponownym tajemniczym odrodzeniu się wiary. Najwyraźniej jednak dostrzegamy je w czymś o wiele nam bliższym i udokumentowanym wieloma czytelnymi i drobiazgowymi dowodami – chodzi mi o wielki schyłek religii, który rozpoczął się mniej więcej w czasach Woltera. W gruncie rzeczy przypadek ten dotyczy bowiem nas samych, skoro na własne oczy widzimy schyłek tego schyłku. Dwieście lat, które upłynęły od śmierci Woltera, nie przesunęły się przed naszymi oczami tak błyskawicznie jak wiek czwarty i piąty albo dwunasty i trzynasty. W naszych czasach możemy zaobserwować z bliska ów często powtarzający się proces; wiemy, jak całkowicie społeczeństwo może utracić swoją podstawową religijność, nie tracąc przy tym religijności oficjalnej; wiemy, jak wszyscy mogą stać się agnostykami na długo przed odwołaniem biskupów. I wiemy też , że w tym zakończeniu, które naprawdę wydawało się nam ostatecznym zakończeniem, znowu zdarzyła się ta sama niewiarygodna rzecz, i wiara znów ma więcej wyznawców wśród młodych niż wśród starych. A zatem przynajmniej pięć razy, za czasów arian i albigensów, humanistycznych sceptyków, a potem Woltera i Darwina, wszystko wskazywało na to, że wiara zeszła na psy. Ale za każdym razem okazywało się, ze to psy nie żyją.”

o sile przetrwania Kościoła mimo kryzysów doktrynalnych

“Podsumowując, można by powiedzieć , że jeśli ostatnie stulecia były świadkami rozmycia się doktryny chrześcijańskiej, to były one jedynie świadkami tego, co już wcześniej widziały najdawniejsze stulecia. I nawet współczesny przykład kończy się tak samo, jak przykłady zaczerpnięte ze średniowiecza i przedśredniowiecza. Widać jasno, a nawet coraz jaśniej z dnia na dzień , że cała rzecz nie skończy się ostatecznym zniknięciem okrojonej wiary, ale raczej powrotem tych jej części, które rzeczywiście zdążyły już zniknąć. Zakończy się ona tak, jak skończył się kompromis z arianizmem, jak skończyły się próby kompromisu z nominalizmem, a nawet z herezją albigensów. Przede wszystkim jednak przykład współczesny, podobnie jak wszystkie inne, zwraca naszą uwagę na fakt, że to, co powraca, nie jest uproszczoną teologią ani zgodnie z postępowymi poglądami teologią oczyszczoną; jest po prostu teologią. Jest to ten sam entuzjazm dla studiów teologicznych, który charakteryzował najbardziej ortodoksyjne epoki; jest to powrót boskiej nauki. Stary wykładowca z tytułem doktora teologii, być może, stał się przysłowiowym typem nudziarza, ale stało się tak tylko dlatego, że on sam znudził się swoją teologią, a nie dlatego, że traktował ją z entuzjazmem. Stało się tak właśnie dlatego, że całkiem otwarcie interesował się on bardziej łaciną Plauta niż łaciną Augustyna, greką Ksenofonta niż greką Chryzostoma. Stał się nudziarzem właśnie dlatego, że bardziej interesowała go martwa tradycja niż tradycja zdecydowanie żywa. Krótko mówiąc, stał się nim dlatego, że on sam był postacią charakterystyczną dla czasów, kiedy wiara chrześcijańska osłabła. Z pewnością nie stał się nim dlatego, że ludzie, widząc cudowne i niemal szalone zjawisko – doktora boskiej nauki — przyjęliby je bez entuzjazmu. Są ludzie, którzy mówią, że, ich zdaniem, powinien przetrwać jedynie duch chrześcijaństwa. Całkiem dosłownie chodzi im o to, że chrześcijaństwo powinno przetrwać jedynie jako zjawa. Ono jednak nie ma zamiaru przetrwać w tej postaci. Tym, co pozostaje po zakończeniu procesu pozornej śmierci, nie jest snujący się cień, lecz zmartwychwstałe ciało. Ludzie, o jakich tu mowa, są przygotowani na to, by uronić pobożną łzę nad Grobem Syna Człowieczego; nie są jednak przygotowani na spotkanie z Synem Bożym znów wędrującym po wzgórzach w świetle poranka. Ludzie ci, jak właściwie większość ludzi, zdążyli się wcześniej naprawdę oswoić z myślą, że stara świeczka chrześcijaństwa zblednie i rozpłynie się w świetle zwykłego dnia. Dla wielu z nich chrześcijaństwo zupełnie uczciwie przypominało właśnie taki bladożółty płomień świecy, świecy, którą ktoś zostawił zapaloną za dnia. Tym bardziej zaskakujący i rzucający się w oczy musiał być dla nich fakt, że siedmioramienny świecznik nagle wystrzelił pod niebo jak zaczarowane drzewo i zapłonął blaskiem zaćmiewającym słońce. Inne stulecia widziały już zwycięstwo światła dnia nad światłem świecy, a potem zwycięstwo światła świecy nad światłem dnia. Raz po raz, przed nadejściem naszych czasów, ludzie zaczynali zadowalać się rozwodnioną doktryną . I raz po raz po takim rozwodnieniu powracała, jak wyłaniający się z ciemności wodospad czerwieni, prawdziwa moc czerwonego wina. “

o Chrystusowej obietnicy
„Niebo i ziemia przeminą, ale Moje słowa nie przeminą”. Cywilizacja starożytności obejmowała cały ówczesny świat i ludzie nie bardziej spodziewali się jej końca niż tego, że słońce przestanie świecić . Nie potrafili sobie wyobrazić innego porządku, chyba że należałby do innego świata. Ale światowa cywilizacja przeminę ła, a słowa nie przeminęły. Podczas długiej nocy wczesnego średniowiecza feudalizm był rzeczą tak bliską człowiekowi, że nikt nie potrafił sobie wyobrazić , by można żyć bez pana, a religia była tak mocno wpleciona w strukturę ustroju, ze nikt nie mógł sobie wyobrazić, by można ją było rozerwać. A jednak feudalizm został rozerwany na strzępy i starty w braterskim duchu prawdziwego średniowiecza, a pierwszą i najświeższą siłą tej nowej wolności była ta sama stara religia. Feudalizm przeminął, a słowa nie przeminęły. Cały średniowieczny porządek, będący dla człowieka pod tyloma względami kompletnym i niemal kosmicznym domem, sam stopniowo uległ zużyciu, i wtedy wreszcie wydawało się, że słowa również wyzioną ducha. A jednak przebyły one całą świetlistą otchłań renesansu i już po pięćdziesięciu latach wykorzystywały jego światło i naukę do tworzenia nowych podstaw wiary, nowej apologetyki i nowych świętych. Wydawało się, że religia zwiędnie ostatecznie pod palącym słońcem wieku rozumu, że rozpadnie się od trzęsienia ziemi wywołanego przez wiek rewolucji. Nauka podważyła ją swoimi wyjaśnieniami, a ona trwała. Historia wykopała ją z ziemi w zamierzchłej przeszłości, a ona nagle pojawiła się na odległym horyzoncie. (…)
Jeśli ludzie naprawdę nauczą się używać rozumu do rozważania nagromadzonych faktów tak przytłaczającej historii, zdaje się, że prędzej czy później nawet wrogowie chrześcijaństwa wywnioskują ze swoich nieustannych rozczarowań , że w dziejach tej religii nie ma co spodziewać się czegoś tak prostego jak śmierć. Będą mogli nadal z nią walczyć, ale tylko tak, jak walczą z naturą; jak walczą z krajobrazem albo z niebem nad swoimi głowami. „Niebo i ziemia przeminą, ale Moje słowa nie przeminą”.”

wszystkie cytaty – z książki “Wiekuisty człowiek”

Advertisements
This entry was posted in Historia Kościoła. Bookmark the permalink.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s