Okres Męki Pańskiej z Leonem Wielkim (3)

Sermo LXII

“(…) Wśród wszystkich dzieł Bożych, które przykuwają zdumione rozmyślania człowieka, cóż zachwyca i zadziwia bardziej spojrzenie naszego umysłu niż Męka Zbawiciela? Zastanówmy się na ile możemy nad wszechmocą Tego, który jest jednej i równej substancji z Ojcem, nad pokorą w Bogu, która jest bardziej zdumiewająca niż moc, i trudniej objąć całkowite wyzucie z Boskiego Majestatu niż nieskończone wywyższenie w Nim ‘postaci sługi’. Jednak wiele pomaga nam w zrozumieniu powyższego przypomnienie że, choć Stwórca i stworzenie, nietykalny Bóg i przemijalne ciało, są całkowicie odmienne, to właściwości obu substancji spotykają się razem w jednej Osobie Chrystusa w taki sposób, że podobnie jak w przypadku Jego czynów słabości i mocy, tak też uniżenie należy do tej samej Osoby co chwała.
W owej zasadzie Wiary, najmilsi, którą otrzymaliśmy na samym początku Credo, z autorytetu apostolskiego nauczania, uznajemy że nasz Pan Jezus Chrystus, którego nazywamy jedynym Synem Boga Ojca Wszechmogącego, narodził się również z Dziewicy Maryi za sprawą Ducha Świętego. Nie odrzucamy zatem też Jego Majestatu wtedy, gdy wyrażamy naszą wiarę w Jego ukrzyżowanie, śmierć i zmartwychwstanie trzeciego dnia. Albowiem wszystko to co Boże i to co człowiecze jest równocześnie wypełniane w Jego Człowieczeństwie i Jego Bóstwie, tak aby w zjednoczeniu Przemijalnego z Nieprzemijalnym, Jego moc nie doznała uszczerbku od Jego słabości, ani Jego słabość nie została pokonana przez Jego moc. I słusznie święty Piotr Apostoł został pochwalony za wyznanie tejże unii, kiedy, gdy Pan pytał co apostołowie o Nim wiedzą, odpowiedział przed innymi: ‘Ty jesteś Chrystus, syn Boga żywego’ (Mt 16, 16-18). A poznał to z pewnością nie poprzez objawienie pochodzące od ciała czy krwi, które mogło zakłócić jego wewnętrzne spojrzenie, lecz poprzez samego Ducha Ojca, działającego w jego wierzącym sercu, tak by poprzez przygotowanie do rządów nad całym Kościołem mógł najpierw nauczyć się tego, co sam miał nauczać i, dla umocnienia Wiary, którą miał głosić, mógł uzyskać zapewnienie: ‘Ty jesteś Piotr (skała) i na tej skale zbuduję Mój Kościół a bramy piekielne go nie przemogą’. Oto zatem siła Wiary Chrześcijańskiej, która zbudowana na niezachwianej skale, nie lęka się bram piekielnych, uznaje że jeden Pan Jezus Chrystus jest zarówno prawdziwym Bogiem, jak i prawdziwym Człowiekiem, uznając że jest Synem Dziewicy Ten, który jest Stworzycielem swej Matki: narodzony również przy pełni czasów, choć jest Stworzycielem czasu; Pan wszelkiej mocy, a jednak należący do śmiertelników; wolny od grzechu a jednak złożony w ofierze za grzeszników stosownie do podobieństwa grzesznego ciała.
I aby mógł On uwolnił rodzaj ludzki z więzów śmiertelnego występku, ukrył On moc swego majestatu przed wściekłością diabła i stawił mu czoło w naszej kruchej i uniżonej naturze. Albowiem, gdyby okrutny i pyszny przeciwnik mógł poznać zamiary Bożego miłosierdzia, mógłby próbować złagodzić umysły Żydów zamiast rozpalać je nieprawą nienawiścią aby nie utracić pojmanych w niewolę poprzez atak na wolność Tego, którego nie był mu nic winien. I tak został powstrzymany wskutek swej niegodziwości: wymierzył Synowi Bożemu karę, która została obrócona w uleczenie wszystkich synów ludzkich. Przelał Krew sprawiedliwego, która stała się okupem i napojem na odkupienie świata. Pan podjął to co sam wybrał, wedle swej własnej woli. Dopuścił by szaleńcy położyli na Nim swe niegodne ręce: ręce, które przyczyniając się do własnego potępienia, były w służbie dzieła Zbawiciela. A mimo to, tak wielka była Jego miłująca litość nawet dla Jego prześladowców, że modlił się On na krzyżu do Ojca i prosił nie o pomstę za siebie, lecz o przebaczenie dla nich, mówiąc: ‘Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą co czynią’ (Łk 23,34). I taka była moc owej modlitwy, że serca wielu tych, którzy mówili ‘krew Jego na nas i na syny nasze’ (Mt 27, 25) zostały nakłonione do pokuty poprzez nauczanie Piotra Apostoła, tak iż jednego dnia ochrzczono około trzy tysiące Żydów i wszyscy oni byli ‘z jednego serca i jednego ducha’ (Dz 4, 32), gotowi teraz umrzeć za Tego, którego ukrzyżowania przedtem żądali.
Tego przebaczenia nie mógł dostąpić zdrajca Judasz: albowiem on, syn zatracenia, po którego prawicy stał diabeł (Ps 109,6), oddał się rozpaczy zanim Chrystus dopełnił tajemnicy powszechnego odkupienia. Albowiem w tym że Pan umarł za grzeszników, mógłby nawet on znaleźć ocalenie, gdyby nie pospieszył by się powiesić. Lecz owe złe serce, które oddało się złodziejskim oszustwom, a teraz zdradzieckim knowaniom nigdy nie doświadczyło dowodów miłosierdzia Zbawiciela. Niegodziwe uszy słyszały słowa Pana, kiedy mówił: ‘nie przyszedłem by powołać sprawiedliwych lecz grzeszników’ (Mt 9,13) oraz ‘Syn człowieczy przyszedł by szukać i ocalić to co było zgubione’ (Łk 19, 10), ale nie skłoniły się do zrozumienia łaskawości Chrystusa, która nie tylko uzdrawiała dolegliwości ciała, lecz również leczyła rany chorych dusz, mówiąc do paralityka: ‘Ufaj synu, odpuszczone są ci twoje grzechy’ (Mt 9,3), a do cudzołożnicy, którą przywiedziono do Niego ‘ani ja cię nie potępię – idź i nie grzesz więcej’ (J 8, 11), aby pokazać we wszystkich swych dziełach, że przyszedł On jako Zbawca, nie jako Sędzia świata. Jednak niegodziwy zdrajca nie chciał tego zrozumieć i podniósł na siebie rękę, nie w samooskarżeniu skruchy, lecz w szaleństwie zatracenia. I tak ten, który sprzedał Twórcę życia Jego mordercom, nawet poprzez swą śmierć zwiększył miarę grzechu, która go potępiła.
Tak też to co uczynili przeciw Panu Jezusowi Chrystusowi fałszywi świadkowie, okrutni starsi ludu, niegodziwi kapłani za pośrednictwem tchórzliwego gubernatora i nie rozumiejącej nic bandy żołnierzy, jest jednocześnie obrzydliwością i radością wszystkich czasów. Albowiem chociaż krzyż Pański był częścią okrutnego zamiaru Żydów, jednak ma on cudowną moc przez Tego, którego ukrzyżowali. Wściekłość ludu zwróciła się przeciw Jednemu, a miłosierdzie Chrystusa jest [zwrócone] ku całej ludzkości. Temu co ich okrucieństwo wyrządza poddaje się On dobrowolnie, tak aby dzieło Jego wiecznej woli mogło zostać przeprowadzone przez ich niepohamowaną zbrodnię. (…)

Sermo LXIII

(…) Ów plan Bożego miłosierdzia i sprawiedliwości, choć poprzez przeszłe stulecia spowity ciemnością, jednak nie był całkowicie ukryty (…) Albowiem jedna Wiara jest źródłem usprawiedliwienia dla świętych wszystkich epok i do tej samej nadziei wierzących należy to co poprzez Jezusa Chrystusa, Pośrednika między Bogiem a człowiekiem uznajemy za uczynione, a co nasi ojcowie z szacunkiem przyjmowali że uczynione będzie. Zaś między Żydem a nie-Żydem nie ma różnicy, jak mówi Apostoł: ‘Niczym jest zarówno obrzezanie, jak i nieobrzezanie, ważne jest natomiast zachowywanie Bożych przykazań’ (1 Kor 7, 19). I jeśli będą one zachowywane w zakresie całości wiary, czynią one chrześcijan prawdziwymi synami Abrahama, to jest doskonałymi, jak mówi ten sam Apostoł: “Bo wy wszyscy, którzy zostaliście ochrzczeni w Chrystusie, przyoblekliście się w Chrystusa. Nie ma już Żyda ani poganina, nie ma już niewolnika ani człowieka wolnego, nie ma już mężczyzny ani kobiety, wszyscy bowiem jesteście kimś jednym w Chrystusie Jezusie. Jeżeli zaś należycie do Chrystusa, to jesteście też potomstwem Abrahama i zgodnie z obietnicą – dziedzicami” (Ga 3, 27-29). (…)
Powiada Apostoł: “On jest Głową Ciała – Kościoła. On jest Początkiem, Pierworodnym spośród umarłych, aby sam zyskał pierwszeństwo we wszystkim. Zechciał bowiem [Bóg], aby w Nim zamieszkała cała Pełnia, i aby przez Niego znów pojednać wszystko z sobą’ (Kol 1, 18-20). A cóż przedstawiają naszym sercom te i inne określenia, jeśli nie to że we wszystkich rzeczach ma być odnowiony na swój obraz Ten, który ‘istniejąc w postaci Bożej’ (Flp 2, 6-7) uniżył się do ‘przyjęcia postaci’ grzesznego ciała? Albowiem wszystkie nasze słabości, które od grzechu pochodzą, przyjął On na siebie bez udziału w grzechu, tak że czuł głód i pragnienie, i senność, i zmęczenie, i zmartwienie, i żal, i cierpiał najokrutniejsze bóle aż do śmierci (…) I jest On ‘końcem Prawa’ (Rz 10,4) nie poprzez jego odwołanie, lecz wypełnienie jego znaczenia. Albowiem chociaż jest On zarówno Twórcą starego, jak i nowego [Prawa], zmienił On symboliczne ryty związane z obietnicami, ponieważ wypełnił On obietnice i zakończył zapowiedź poprzez przyjście Zapowiadanego. Jednak w kwestii nakazów moralnych nie zostały odrzucone nakazy wcześniejszego Testamentu, lecz wiele z nich zostało wzmocnione przez nauczanie Ewangelii: tak aby to co daje zbawienie było doskonalsze i bardziej czytelne niż to co zapowiadało Zbawiciela.
Wszystko zatem co Syn Boży czynił i nauczał w celu pojednania świata, nie uznajemy za sprawę przeszłości, lecz doceniamy w zakresie mocy obecnego skutku. To Ten, który narodził się z Dziewicy Maryi, za sprawą Ducha Świętego użyźnia swój nieskalany Kościół tym samym świętym Duchem, tak aby poprzez narodziny Chrztu niezliczeni synowie mogli narodzić się dla Boga, jak powiedziano: ‘którzy ani z krwi, ani z żądzy ciała, ani z woli męża, ale z Boga się narodzili’ (J 1,13). To On, w którym nasienie Abrahama zyskuje błogosławieństwo poprzez objęcie całego świata (Rz 22, 18), a patriarcha staje się ojcem narodów poprzez narodzenie z wiary, nie z ciała, synów obietnicy. To On, bez wyłączenia jakiegokolwiek narodu, czyni jedną świętą owczarnię ze wszystkich narodów pod niebem i codziennie wypełnia to co obiecał że ‘Mam także inne owce, które nie są z tej owczarni. I te muszę przyprowadzić i będą słuchać głosu mego, i nastanie jedna owczarnia, jeden pasterz’ (J 10, 16). Albowiem, choć do świętego Piotra przede wszystkim powiedział On: ‘paś owce moje’ (J 21, 17), to jeden Pan prowadzi rozesłanie wszystkich pasterzy i żywi tych, którzy przychodzą do skały, tak wspaniałymi i żyznymi pastwiskami, że niezliczone owce karmią się bogactwem Jego miłości i nie wahają się zginąć za sprawę Pasterza, tak jak sam Dobry Pasterz zgodził się oddać swoje życie za swe owce. To Ten, w którego cierpieniach jest udział nie tylko poprzez chwalebne męstwo męczenników, ale również przez każdy akt odnowienia przez wiarę wszystkich nowo-narodzonych. Albowiem odrzucenie diabła i przyjęcie wiary w Boga, przejście ze starego stanu w nowe życie, odrzucenie tego co ziemskie i przyobleczenie formy niebieskiej – wszystko to jest rodzajem umierania i zmartwychwstawania na nowo, tak iż ten, który zostaje przyjęty przez Chrystusa i przyjmuje Chrystusa nie jest tym samym [człowiekiem] jakim był zanim przybył do chrzcielnicy, a ciało odnowionego staje się ciałem Ukrzyżowanego. (…)
Dlatego Pascha Pana jest należycie świętowana z ‘przaśnym chlebem szczerości i prawdy’ oraz odrzuceniem ‘starego kwasu przewrotności’ (1 Kor 5, 8), poprzez napojenie i nakarmienie nowego stworzenia samym Panem. Albowiem przyjęcie Ciała i Krwi Chrystusa polega na tym, że stajemy się tym co wtedy przyjmujemy, tak w duchu, jak i w ciele, niosąc wszędzie Tego, w którym i z którym umarliśmy, zostaliśmy pochowani i wskrzeszeni na nowo, jak mówi Apostoł: “Umarliście bowiem i wasze życie jest ukryte z Chrystusem w Bogu. Gdy się ukaże Chrystus, nasze życie, wtedy i wy razem z Nim ukażecie się w chwale’ (Kol 3, 3-4) (…)”

Advertisements
Posted in Patrystyka | Leave a comment

Okres Męki Pańskiej z Leonem Wielkim (4)

Sermo LXVII / Sermo LXVIII

(…) Wszystkie zatem rzeczy, których żydowska bezbożność dopuściła się przeciw Panu Majestatu, zostały przepowiedziane na długo przedtem, zaś język proroków troszczy nie tyle o rzeczy przyszłe, lecz raczej rzeczy minione, cóż zatem zostało nam objawione, jeśli nie niezmienny porządek dekretów Boga, przez którego rzeczy mające się wydarzyć zostały już ustalone, to co się stanie zostało już uzyskane? Albowiem jeśli charakter naszych czynów i wypełnienie naszych pragnień są znane Bogu, tym bardziej znane Mu są Jego własne dzieła. (…) Dlatego, kiedy także Apostołowie, napełnieni Duchem Świętym, znosili groźby i okrucieństwo wrogów Chrystusa, powiedzieli jednogłośnie Bogu: “zeszli się bowiem rzeczywiście w tym mieście przeciw świętemu Słudze Twemu, Jezusowi, którego namaściłeś, Herod i Poncjusz Piłat z poganami i pokoleniami Izraela, aby uczynić to, co ręka Twoja i myśl zamierzyły” (Dz 4, 27-28). Czy zatem niegodziwość prześladowców Chrystusa wypływała z Bożego planu, zaś ta największa ze zbrodni została zapowiedziana i wprowadzona w życie Boską ręką?

Z pewnością nie możemy myśleć o tym jak o najwyższej Sprawiedliwości, bowiem to co zostało zapowiedziane jeśli chodzi o złośliwość żydowską jest daleko odmienne, a zaprawdę przeciwne temu co zostało przewidziane jeśli chodzi o Mękę Chrystusa. Ich pragnienie by Go zabić nie pochodziło z tego samego źródła co Jego pragnienie by umrzeć, ani ich potworna zbrodnia i wytrwałość Zbawiciela nie są wynikiem działania Jednego Ducha. Pan nie pobudzał lecz przyzwolił na niegodne ręce tych szaleńców, ani Jego wiedza o tym co ma zostać dokonane nie wymuszała wykonania tego, nawet jeśli w tym celu przybrał on ciało.

Faktycznie, sprawa Ukrzyżowanego jest tak różna od sprawy Jego zabójców, że to co Chrystus dokonał nie może zostać cofnięte, podczas gdy to co oni uczynili może zostać wymazane. Albowiem Ten, który przyszedł by zbawić grzeszników, nie odmawiał miłosierdzia nawet swoim mordercom, lecz zmienił zło niegodziwych w dobro wiedzących, aby łaska Boża mogła być tym bardziej cudowna, będąc w miłosierny sposób wprowadzona w działanie, nie według ludzkich zasług, lecz stosownie do mnogości bogactw Bożej mądrości i wiedzy, przewidującej że także ci, którzy rozlali krew Zbawiciela zostaną dopuszczeni do chrzcielnicy.

Bowiem, jak powiada Pismo, zawierające akta Apostolskie, kiedy nauczanie świętego Piotra Apostoła trafiło do serc Żydów i uznali oni niegodziwość swej zbrodni, pytając: “Cóż mamy czynić, bracia?”, Apostoł ten powiedział: “Nawróćcie się – i niech każdy z was ochrzci się w imię Jezusa Chrystusa na odpuszczenie grzechów waszych, a weźmiecie w darze Ducha Świętego. Bo dla was jest obietnica i dla dzieci waszych, i dla wszystkich, którzy są daleko, a których powoła Pan Bóg nasz”. I tuż potem dodaje Pismo: “Ci więc, którzy przyjęli jego naukę, zostali ochrzczeni. I przyłączyło się owego dnia około trzech tysięcy dusz” (Dz 2, 37-41).

Podobnie, zgadzając się na cierpienie ze strony ich wściekłego szału, Pan Jezus Chrystus nie był w żaden sposób Sprawcą ich zbrodni, ani nie zmuszał ich by jej pożądali, lecz dozwolił im na to, używając szaleństwa zaślepionego ludu, podobnie jak uczynił to z zaprzaństwem swego zdrajcy, którego poprzez łagodne czyny i słowa raczył skłaniać do wycofania się ze strasznej zbrodni, którą tamten obmyślał, przyjmując go jako ucznia, włączając do grona apostołów, ostrzegając go poprzez znaki, dopuszczając go do objawienia świętych tajemnic, tak aby ten, który doświadczył wszelkiej łagodności by naprawić swe postępowanie, nie miał żadnego pretekstu do popełnienia swej zbrodni.

Lecz, o najbardziej bezbożny z ludzi, “niesienie Kanaanu, nie Judy”, którzy przestałeś być “naczyniem wybrania”, lecz stałeś się “synem zatracenia” i śmierci, myślałeś że podszepty diabła przyniosą ci korzyść, i tak, rozpalony chciwością, zapragnąłeś zarobić trzydzieści srebrników, nie widząc jakie bogactwo przy tym stracisz. (…) I sprawiedliwie twa kara została złożona w twe własne ręce, bo nikt bardziej nie przyczynił się do twego zniszczenia niż ty sam. (…)

Tak jak Bóg jest Sprawcą naszego usprawiedliwienia, tak też człowiek jest dłużnikiem, który powinien oddać Mu cześć. To Pan Jezus Chrystus, nasza Głowa, reprezentując w sobie wszystkich członków Jego ciała, i mówiąc za tymi, których odkupywał poprzez karę krzyża, wzniósł ów okrzyk, który wcześniej wzniósł w psalmie: ” Boże, mój Boże: czemuś mnie opuścił?” Okrzyk ten, najmilsi, jest nauką, nie skargą. Albowiem w Chrystusie jako jednej osobie jest Bóg i człowiek, i nie mógł On zostać opuszczony przez Tego, od którego nie mógł zostać oddzielony. To w naszym imieniu, nas drżących i słabych, pyta dlaczego ciało, które tak obawia się cierpienia, nie zostało wysłuchane. Albowiem, przy początku Męki, aby uleczyć i naprawić nasz słaby lęk, powiedział: Ojcze, jeśli to możliwe, oddal ode mnie ten kielich, jednak niech będzie Twoja wola nie moja” i ponownie “Ojcze, jeśli muszę wypić ten kielich, niech Twoja wola się stanie”. (…)

I tak, zgodnie z naturą Słowa, które stało się Człowiekiem, Ten, który narodził się pośród stworzenia jest tym samym, przez którego wszystko się stało. Ten, który został pojmany rękami niegodziwych jest tym samym, który jest nieograniczony. Ten, którego przebodły gwoździe jest tym samym, którego żadna rana nie sięgnie. Wreszcie Ten, który przeszedł śmierć jest tym samym, który nigdy nie przestał być wiecznym, tak aby oba te aspekty zostały ukazane poprzez niezaprzeczalne znaki, to jest prawdę o uniżeniu w Chrystusie i prawdę o majestacie. W tym celu bowiem Boska moc złączyła się z ludzką kruchością, a Bóg, czyniąc swoim to co jest nasze, mógł jednocześnie uczynić to co Jego naszym.

Dlatego też Syn nie został rozdzielony z Ojcem, ani Ojciec z Synem, zaś niezmienne Bóstwo i nierozerwalna Trójca nie dopuściła żadnego podziału. I choć zadanie Wcielenia należało do Jednorodzonego Syna Bożego, Ojciec nie został oddzielony od Syna bardziej niż ciało zostało oddzielone od Słowa.

Jezus zatem zawołał donośnym głosem, mówiąc: “Czemuś Mnie opuścił?” aby ukazać wszystkim że nie wypadało by został ocalony, by był broniony, lecz należało by został wydany w ręce okrutników, aby stać się Zbawicielem świata i Odkupicielem wszystkich ludzi, nie przez niedolę lecz przez miłosierdzie, nie przez klęskę ocalenia lecz przez zdecydowanie pójścia na śmierć. Albowiem powiada Apostoł że Ojciec “nie oszczędził nawet swego własnego Syna, lecz oddał go za nas wszystkich” (Rz 8, 32). I ponownie mówi: “Albowiem Chrystus ukochał Kościół i oddał siebie za niego aby mógł go uświęcić” (Ef 5, 2, 25-29). (…)

To zatem było wierzeniem żydowskim, że Jezus został opuszczony przez Boga, przeciw któremu dopuścili się tak bezbożnego okrucieństwa, albowiem nie rozumiejąc tajemnicy Jego cudownej wytrwałości mówili w bluźnierczym szyderstwie: “Ocalił innych a siebie nie potrafi ocalić. Jeśli jest Królem Izrael, niech teraz zejdzie z krzyża a uwierzymy Mu” (Mt 27,42). Nie zgodnie z waszą zaślepioną wolą, nierozumni uczeni w piśmie i niegodziwi kapłani, miała być okazana moc Zbawiciela, nie odwleczono zbawienia w posłuszeństwie niegodziwym języków bluźnierców. Albowiem jeśli chcielibyście uznać Bóstwo Syna Bożego, dostrzeglibyście Jego niezliczone dzieła i utwierdzilibyście się w tej wierze, którą tak zwodniczo deklarujecie. Lecz jeśli, jak sami uznajecie, jest prawdą że ocalił innych, dlaczego tak wiele wielkich cudów, które zostały publicznie dokonany, nie zmiękczyło twardości waszych serc, jeśli nie dlatego że zawsze opieraliście się Duchowi Świętemu, obracając wszystkie dobrodziejstwa Boga wobec was na wasze własne zniszczenie? Albowiem nawet jeśli Chrystus zszedłby z krzyża, pozostalibyście w waszej zbrodni.

Dlatego rzucano obelgi z pustej egzaltacji, zaś Boże miłosierdzie zmierzające do odkupienia zgubionych i upadłych nie zawróciło ze swego celu wskutek przekleństw i ataków. Albowiem niezrównana ofiara została złożona Bogu za zbawienie świata, zaś zabicie Chrystusa, prawdziwego Baranka, przepowiadane przez tak wiele stuleci, przeniosło synów obietnicy w wolność Wiary. Został także zatwierdzony Nowy Testament, zaś poprzez krew Chrystusa zostali zapisani spadkobiercy wiecznego Królestwa. Najwyższy Pasterz wszedł do Świętego Świętych i aby pośredniczyć przed Bogiem nieskalany Kapłan przeszedł przez zasłonę, to jest przez ciało swoje (Hbr 10,20). W rezultacie, tak wyraźne przejście nastąpiło od Prawa do Ewangelii, od synagogi do Kościoła, od wielu ofiar do Jednej Ofiary, że kiedy Pan oddał ducha, owa mistyczna zasłona, która wisiała wcześniej i oddzielała wewnętrzną część Świątyni i jej święty przybytek została nagłą mocą rozdarta od góry do dołu, gdyż Prawda zastępowała figury, zaś poprzednicy stali się zbyteczni w obecności Tego, którego zwiastowali. Do tego strasznie wstrząśnięte zostały wszystkie żywioły, zaś sama natura cofnęła swe wsparcie krzyżującym Chrystusa.

I choć setnik czuwający nad ukrzyżowaniem, przerażony tym co zobaczył powiedział “zaprawdę ten człowiek był Synem Bożym” (Mt 27, 51-54), jednak niegodziwe serca Żydów, bardziej twarde niż płyty nagrobne i skały nie zostały według relacji [Pisma] przeniknięte przez żadne wyrzuty sumienia, tak iż wydaje się że rzymscy żołnierze byli bardziej gotowi na uznanie Syna Bożego niż kapłani Izraela. Albowiem, wtedy Żydzi pozbawieni wszelkiej świętości udzielanej przez owe tajemnice, zmienili swe światło w ciemność, a swoje “święta w żałobę” (Am 8,10). Dlatego, najmilsi, ukorzmy nasze ciała oraz nasze dusze i uczcijmy Łaskę Bożą, która została wylana na wszystkie narody, usilnie prosząc miłosiernego Ojca i bogatego Zbawiciela aby co dzień udzielał nam swej pomocy i pozwolił nam uniknąć wszelkich zagrożeń jakie niesie to życie. Albowiem chytry kusiciel jest wszędzie obecny i nie pozostawia miejsca wolnego od swoich sideł. Musimy zawsze stawiać mu z niewzruszoną wiarą opór, z pomocą Bożego miłosierdzia, które jest wyciągnięte ku nam wśród wielu niebezpieczeństw. Tak aby, choć nigdy nie zaprzestaje on swoich ataków, nigdy nie osiągnął w nich powodzenia. Niech wszyscy, najmilsi, wiodą religijne życie i czerpią korzyści z postu, niech żadne wyskoki nie zakłócą dobrodziejstw takiej wstrzemięźliwości, jak dowiedliśmy, dobroczynnej tak dla duszy, jak i ciała. Albowiem kwestie, które dotyczą trzeźwości i umiarkowania muszą w tym okresie być z większą starannością zachowywane, aby z krótkotrwałej gorliwości wykształcić trwały nawyk. I czy to [czyniąc] dzieła miłosierdzia czy w surowe wyrzeczenia, niech żadnej godziny wierni nie marnują, dostrzegając że, w miarę jak mijają lata i płynie czas, powinniśmy zwiększać zasób uczynków i nie marnować szans. A pobożnym umysłom i religijnym duszom zostanie udzielone Miłosierdzie Boga, tak by umożliwił nam On uzyskać, to co uczynił przedmiotem naszych pragnień, Ten, który żyje i króluje ze swoim Synem, naszym Panem Jezusem Chrystusem i z Duchem Świętym, przez wszystkie wieki wieków. Amen.

Kazania św. Leona Wielkiego na okres Męki Pańskiej tworzą w poszczególnych latach cykle – z pierwszą częścią wygłaszaną w Niedzielę Palmową, a drugą w Wielką Środę, tworzącymi całość. Stąd w kolejnych tłumaczeniach połączono poszczególne kazania.

Posted in Patrystyka | Leave a comment

Bp J. Pelczar: Pius IX i Jego Pontyfikat (21)

Część XXI – O charakterze Piusa IX

Dowcip Piusa IX był miły i swobodny, mieszczący zwykle głębszą naukę, a czasem zaprawiony trafną ironią. Raz np. po dano mu własną jego fotografię, ale bardzo nieudaną, prosząc, by pod nią napisał słów kilka. Pius IX roześmiał się z karykatury i rzekł: „Figlio mio, io sono brutto, ma cosi brutto non sono“ (mój synu, jestem wprawdzie brzydki, lecz tak brzydki nie jestem), po czym podpisał: „Nolite timere, ego sum” (nie bójcie się, to ja jestem). Kiedy indziej przyszedł na posłuchanie zakonnik bardzo otyły, tak że klęknąwszy dla pocałowania stopy, ledwie mógł się podnieść z ziemi. „Frater, age poenitentiam — rzekł do niego papież — quia crassus es, sicut el ego“ (Bracie, czyń pokutę, boś jest gruby, jako i ja). (…)

W tymże czasie unosił się ktoś w jego obecności nad napływem pielgrzymów i wywyższeniem papiestwa. „Tak jest — odrzekł na to Pius IX — papiestwo zostało wywyższone, ale biedny papież nie może stać prosto”. Innym razem poseł bawarski hr. Tauffkirchen, przyszedłszy na audiencję, począł chwalić dobre wyglądanie Ojca św. — „Zdaje się, jakoby Wasza Świątobliwość odmłodniała”. „Czy tylko zdaje się? — odpowiedział z uśmiechem papież — Owszem odmłodniałem rzeczywiście; czyż bowiem nie wiesz, panie hrabio, że mię wpisano do „Towarzystwa młodzieży katolickiej we Włoszech”?

Raz w willi Borghese rzucił mu się do nóg stary żandarm, prosząc: „Ojcze święty, mam 25 lat służby, a nie chcą mi dać pensji“. „A więc nie tak ci się powodzi, jak mnie — odrzekł Pius IX — ja nie mam jeszcze 25 lat służby, a chcą mnie koniecznie przenieść w stan spoczynku”. Jeden z architektów rzymskich przedstawił mu plan nowego kościoła; papież obejrzał projekt, a potem rzekł: „Wszystko to piękne, ale ja nie mam pieniędzy, choćby na budowę nowych kościołów. Teraz myślę nad rozszerzeniem jednego gmachu, bardzo potrzebnego w naszych czasach; — tym gmachem jest dom wariatów, których wiek ten coraz więcej wydaje”. Przyjmując raz grono rytualistów angielskich, którzy przyswajali sobie obrzędy katolickie, ale nie przyjmowali wszystkich dogmatów, wyrzekł do nich: „Jesteście jak dzwony, które zwołują ludzi do kościoła, ale same tam nie wchodzą”.

Pewnemu Francuzowi, który okazał się zdrajcą i miał jeszcze tą zuchwałość, iż razem z innymi prosił o jaką pamiątkę, napisał Pius IX na podanej karcie: „Amice, ad quid venisti”? (Przyjacielu, po coś tu przyszedł?) (…)W r. 1846 sławna tancerka Fanny Eisler odwiedziła miasto wieczne i swoimi skokami tak zawróciła głowę Rzymianom, że jej postanowili ofiarować koronę srebrną, wartości kilku tysięcy fr.; przedtem jednak zapytali się Ojca św., czy nie ma nic przeciw temu. „Niepotrzebnie prosicie mię o pozwolenie — rzekł Pius IX do deputacji — wszakże tu nie idzie o godność Kościoła, ni o bezpieczeństwo państwa. Jeżeli jednak pytacie mię o zdanie, powiem wam otwarcie, że na miejscu waszym ofiarowałbym raczej girlandę lub bukiet, bo widzicie moi drodzy, korona jest dla głowy, a nie dla nóg”.

W roku 1874 przybył do Rzymu głośny misjonarz chiński X. Feliks Gennevoise i miał posłuchanie u Ojca św. „Pracowałeś nad Konfucjuszem — zapytał tenże — powiedzże mi, jakie masz zdanie o tym poganinie. — Ojcze święty, zdaje mi się, że był sobie człowiekiem, że tak się wyrażę, pośredniej drogi, jak to mówią, umiarkowanym. — A więc — odrzekł Ojciec św. — w takim razie znaczną liczbę mamy Konfucjuszów, nawet wśród chrześcijan, ludzi drogi pośredniej, zwanych katolikami liberalnymi, którzy usiłują służyć naraz dwom panom: Chrystusowi i Belialowi, porządkowi i rewolucji, by jednej strony nie obrazić, a i z drugą żyć w miłej zgodzie” (…)

Źródłem wymowy Piusa IX było jego serce, gorące i tkliwe, bo pełne uczuć wiary. Tak, wiara była podwaliną wszystkich cnót Piusa IX, a wiara tak żywa, że się przebijała w każdym jego słowie i w każdym czynie; wiara tak silna, że jej nie zdołały zachwiać ni walki ni cierpienia. Ta wiara kierowała jego życiem prywatnym i publicznym, była myślą przewodnią jego rządów i osią jego polityki, jako sam powiedział: „Moja polityka zawiera się w tych stówach: Ojcze nasz, któryś jest w niebiesiech, święć się imię twoje, przyjdź królestwo twoje“,

Ta wiara zrodziła wielką miłość ku P. Bogu, która kazała mu tego tylko pragnąć i o to się starać, aby Bóg we wszystkim był uwielbiony. Z miłości wyrosła, niby kwiat piękny, pobożność dziwnie serdeczna i prosta. Trudno wypowiedzieć, z jakiem skupieniem odmawiał Pius IX codzienne modlitwy, z jakiem przejęciem się odprawiał Mszę świętą, z jaką powagą spełniał kościelne obrzędy; sam jego widok wszystkich budował. Szczególnie gorącem było jego nabożeństwo do Najśw. Sakramentu. Codziennie odwiedzał Gościa Niebieskiego w swej kaplicy prywatnej i sam nalewał oliwy do lampy, płonącej przed ołtarzem, a kiedy ofiarował Niepokalanego Baranka, widać było na jego twarzy głębokie rozrzewnienie. Roku 1873, w dzień Zmartwychwstania Pańskiego, nie mógł z powodu cierpienia reumatycznego (lumbago) podnieść się z łoża. Jeden tylko z prałatów odprawił w jego sypialni Mszę św., a kiedy po Agnus Dei przyniósł Ojcu św. złożoną na patenie wielką Hostię, papież podniósłszy się, wziął ją w ręce, złamał, jak to czyni kapłan w czasie Mszy św., pobłogosławił nią siebie i obecnych i spożył; następnie, po przyjęciu z podanego mu kielicha Krwi Zbawiciela, złożył na piersiach w krzyż ręce swoje, a obfite łzy potoczyły się po pięknem jego obliczu.

Kiedy indziej (11 stycznia 1855) spotkał na ulicy kapłana, niosącego procesjonalnie Wijatyk św. do chorej. Zaraz wysiadł z powozu i ukląkł, a potem udał się za kapelanem do izdebki chorej, której sam dał Komunię św. Po odejściu kapłana zbliżył się do jej łoża i pocieszył ją rzewnymi słowy, a potem dał apostolskie błogosławieństwo, co wszystko obecnych wiele rozczuliło. Mówiliśmy już gdzieindziej, że Pius IX podniósł i rozszerzył po świecie nabożeństwo do Najśw. Serca Jezusowego, a w roku 1875 poświęcił temuż Sercu cały Kościół katolicki.

W tymże roku, 21 lipca, przybyła do Watykanu deputacja stowarzyszenia „straży honorowej Najśw. Serca”, by ofiarować Ojcu św. zaszczyt pierwszego stróża i czciciela tegoż Serca. Pius IX przyjął chętnie ten zaszczyt i wezwał deputację do gorącej a nieustannej modlitwy, bo jak mówił: Nie mamy karabinów ni dział, ale mamy za to broń modlitwy, a wraz z nią pomoc Tego, który wyrzekł: Ja jestem z wami po wszystkie dni aż do końca wieków”.

Nie mniej tkliwym było jego nabożeństwo do N. Panny, do której, jako do ukochanej Matki swojej, z dziecinną ufnością i sam się uciekał, i świat cały starał się pociągnąć. „Z radością przypominam sobie, tę chwilę — oto jego słowa — w której w szczególny sposób poświęciłem się czci Bogarodzicy i wstąpiłem do Jej kongregacji. Opieka Maryi jest najsilniejszą i najbezpieczniejszą podporą. Do Niej tedy należy się przy wiązać, Ją wybrać za przewodniczkę i za Nią iść wiernie“. Tak właśnie czynił Pius IX, a kiedy mu w roku 1874 biskup z Tarbes przywiózł w darze śliczny obraz Najśw. Panny z Lourdes, kazał go umieścić w swojej kaplicy, do biskupa zaś rzekł: “Jeżeli dusza moja uczuje się opuszczoną i zdawać się będzie, że Bóg jest głuchy na moje prośby, podniosę oczy do Niepokalanej; Ona będzie się modlić z nami i za nami”.

Żywa wiara nauczyła go cenić wszystko, co z Bogiem ma związek, a przede wszystkim miłować Oblubienicę Chrystusową, Kościół święty, i starać się usilnie o jej piękność i chwałę. „O iluż jest nieprzyjaciół Kościoła — tak wyrzekł w styczniu 1873 r. — którzy pomarli, nasyciwszy gniew swój i przerzedziwszy dusze wierne, które służyły Bogu, — pomarli, a Kościół pozostał. Tak, ipsi peribunt (oni zginą), ale Ty ukochana Oblubienico Jezusa Chrystusa (Ojciec św. mówił te słowa z wielkim wzruszeniem), ty Kościele założony przez Boga, ty pozostaniesz, a pozostaniesz na zawsze, ipsi peribunt , tu autem permanebis i pozostaniesz młodą, silną, stałą wobec prześladowań, które cię oczyszczają, zdejmują z ciebie wszelką skazę, czynią cię dzielniejszą i piękniejszą, i będziesz zawsze onym Kościołem, który słusznie zowie się walczącym, przez to, iż walczy wytrwale aż do śmierci. Ipsi peribunt , tu autem permanebis. Pozostaniesz, opowiadając prawdę, nauczając moralności, rozdzielając Sakramenta. Ty pozostaniesz, a oni, poginą. Niechaj to będzie naszą pociechą i naszym wzmocnieniem, ale także i naszą wiarą. I bądźmy pewni, że ipsi peribunt , Ecclesia autem permanebit usque ad finem saeculorum”. „Gotów jestem zstąpić jutro do katakumb — powiedział innym razem — jak to wielu z moich poprzedników uczyniło, gdyby tego dobro Kościoła wymagało “. (…)

Miał on przy tym dziwny od Boga dar nawracania dusz, iż trudno się było oprzeć urokowi jego słowa. W roku 1860 dwóch Francuzów wysokiego rodu miało audiencję u papieża. W tym samym hotelu znajdował się także z nimi młody rodak, o którym wiedzieli, że jest niedowiarkiem. Nie zważając na to, zaproponowali mu, by szedł z nimi do Watykanu. On jednak wymawiał się, iż go raziło klękanie przed papieżem. Ale oni naprzykrzali się: „Pójdź pan, jeżeli nie z innego powodu, to przynajmniej z ciekawości. Nie można codziennie widzieć papieża”. Niedowiarek ustąpił, audiencja się odbyła. Po jej ukończeniu papież swoim zwyczajem zapytał przytomnych, czy mają jakie życzenie do przedłożenia. Jedni dali sobie poświęcić koronki i medale, inni prosili o jaką pamiątkę, — uczeń Voltaire’a stał niemy i obojętny. Papież, milczeniem tak butnym uderzony, postąpił o krok ku niemu i zapytał:

— A ty, mój synu, nie masz nic takiego, o co byś mię prosił ?

— Nic.

— Nic? doprawdy nic, mój synu?

— Nic.

— Synu, masz ojca twego jeszcze przy życiu?

— Mam.

— A matkę?

— Matka moja umarła.

— Otóż dobrze, moje dziecko, skoro ty nie masz nic takiego, o cobyś mię prosił, to ja mam do ciebie prośbę. Proszę cię o tę łaskę, byś zmówił jedno Ojcze nasz i jedno Zdrowaś za duszę swojej matki. Nie przystałbyś na to, by ze mną uklęknąć?

Papież padł na kolana, młodzieniec uczynił to samo. Wstając, miał twarz zalaną łzami i szlochając opuścił salę; łaska Boża zrobiła wyłom w jego sercu. (…)

W r. 1873, 20 czerwca, przybyli do Watykanu księża Lemanowie, nawróceni z żydów. Ujrzawszy wchodzących dwóch braci, zawołał papież: „O! moi synowie, pójdźcież, pogadajmy o Izraelitach”

— Ojcze święty — rzekli dwaj księża, klękając — kilka dni temu, Wasza Świątobliwość w jednym ze swoich przemówień nauczałeś, że trzeba padać na twarze przed Bogiem, jak Jakub padał na twarz przed Izaakiem. I my, synowie Jakuba, przychodzimy, uderzyć czołem przed tym, który jest obrazem Izaaka na ziemi, Wikariuszem Jezusa Chrystusa.

— To prawda — odpowiedział papież — błogosławię, jak Izaak. Ale Bogu dzięki, papież nie jest ciemny, jak Izaak, ani też nie jest chorym. Cieszy mnie wasza wizyta, moje dzieci, bo w ostatnich czasach Izraelici w Rzymie dużo przyczynili mi zmartwienia. Wszystkie złe dzienniki w Rzymie zwracają się przeciw mnie i przeciw Kościołowi.

Rzeczywiście, żydzi redagowali najnieprzychylniejsze papieżowi dzienniki, jak np. Dina Opinione, Arbib Liberta, Levi Nouva Roma, Artom ltalie; a mieszkańcy dzielnicy Ghetto należeli do najzapaleńszych zwolenników rządu włoskiego, zapomniawszy snadź o wyświadczonych im przez papieża dobrodziejstwach.

— Tak, Ojcze święty, — rzekli na to bracia Lemanowie — dziś wielu izraelitów, wmieszawszy się do rewolucji, biegnie, jak niegdyś Szaweł do Damaszku, by prześladować Kościół Boży.

— Ale i oni spadną z konia — zawołał papież; po czym dodał z rozrzewnieniem — módlmy się za nimi, aby mieli cząstkę w tryumfie Kościoła.

Szczególną życzliwość okazywał Pius IX protestantom i wielu z nich swą przenikającą a słodką wymową do prawdziwej owczarni nawrócił. Pewnego razu odwiedzał szpital św. Jana Bożego na wyspie; wszyscy zakonnicy i chorzy pospieszyli ucałować mu stopy, jeden tylko mężczyzna stał opodal, acz z wyrazem uszanowania na twarzy.

— A ty, mój synu, czegóż nie zbliżasz się do mnie?

— Ojcze święty, ja jestem lekarzem religii protestanckiej.

— Lekarzem? no i cóż z tego? Ja lubię lekarzy, nieraz doznałem ich opieki i z wdzięcznością to pamiętam. Ale ty jesteś także protestantem. Powiedzże mi tedy, mój synu, przeciwko czemu protestujesz i dlaczego protestujesz.

To rzekłszy, dał błogosławieństwo owemu lekarzowi, który słowa Ojca św. tak sobie wziął do serca, że krotce potem wyrzekł się błędów i został posłusznym jego synem. Kiedy indziej, podczas publicznej audiencji, dwie panienki, przecisnąwszy się przez ciżbę, padły ze łzami do stóp Piusa IX.

„Czego płaczecie, moje drogi córki”? — zapytał papież.

— Ojcze święty, jesteśmy protestantkami, a chciałybyśmy wrócić do Kościoła katolickiego.

— I któż się wam sprzeciwia, moje dzieci?

— Nasza matka.

W tej chwili przybliżyła się matka, jakby chciała obronić swe córki przed Namiestnikiem Chrystusowym. Pius IX spojrzał na nią z powagą i rzekł: „W imię Chrystusa, którego jestem zastępcą, proszę cię, pani, o te dzieci, które więcej należą do Boga, niż do ciebie. One już poznały światło; czyż się nie lękasz, byś sama nie została pozbawiona tego światła, jeżeli dłużej sprzeciwiać się im będziesz”? Słowa te były dla matki jakby błyskawicą, rozpraszającą ciemności, — niebawem poszła za córkami.

W roku 1860, po bitwie pod Castelfidardo, przywieziono do Rzymu ciężko rannego szwajcara, nazwiskiem Jecker, protestanta, który zapragnął widzieć przed śmiercią Piusa IX. Za chwilę papież był przy jego łożu. „Ojcze święty — rzekł umierający — o jakżem szczęśliwy, żem cierpiał za Ciebie”.

— Dzięki ci mój synu — odpowiedział papież nie bez wzruszenia.

— Ojcze święty, ja jestem protestantem.

— Wiem o tym, mój synu.

— Ojcze święty, czuję, że umrę, ale umieram szczęśliwy, bo Ty jesteś przy mnie, a skoro umieram za Kościół katolicki, czyż mogę inaczej umrzeć, jak na jego łonie?

Niebiańska radość zajaśniała na twarzy Piusa IX. Czule uściskał żołnierza i złożył swe ręce na jego głowie, na znak błogosławieństwa. Za chwilę skonał szczęśliwy konwertyta otrzymawszy ostatnie Sakramenty. (…)

Pewien wysoko postawiony polityk radził papieżowi w roku 1872, aby zgodziwszy się pozornie na status quo w królestwie włoskiem, użył swego duchownego wpływu na lud i obalił przez niego tron Wiktora Emanuela, a sam posiadł władzę. Pius IX, wysłuchawszy uważnie tej rady, odpowiedział z uśmiechem : „O wszystkim, co pan mówisz, wiem bardzo dobrze. Radzisz mi zostać„ galantuomo ” ; zapomniałeś jednak, że „galantuomo” ani mogę, ani chcę być. Nasz Zbawiciel również nie wywodził w pole swoich nieprzyjaciół. Wiem dobrze, co pan myśli. Zastępca jednakże Chrystusa nie powinien i nie może tego uczynić. To właśnie stanowi różnicę między prawem a bezprawiem, pomiędzy sprawiedliwością a niesprawiedliwością. Zastępca Chrystusa może poświęcić swoje życie, można przedsięwziąć przeciwko niemu, to się komu podoba; wszystko to będzie uważał za dopuszczenie Boże. Jednakże z drogi sprawiedliwości nie powinien zboczyć na włos za wszelkie zyski. Nawet gdyby ten zysk Kościołowi miał wyjść na dobre, nie może Kościół szukać go za pomocą środków niedozwolonych”. (…)

Po bitwie pod Mentaną przywieziono do szpitala rzymskiego św. Ducha wielu rannych, a między innymi pewnego młodego szwajcara, służącego w papieskiej żandarmerii, wyznania protestanckiego. Pani de Liminghe, która wraz z Siostrami miłosierdzia usługiwała w szpitalu, starała się skłonić go do porzucenia błędów kalwińskich i przyjęcia św. Sakramentów, tym więcej, że śmierć lada chwila groziła; ale na wszystkie jej namowy i prośby odpowiadał, że złożywszy przed ojcem przysięgę, jako nigdy nie zmieni religii, nie chce stać się wiarołomcą. Pobożna kobieta, nie znajdując innego środka, pobiegła do Watykanu i poprosiła o audiencję.

„Ojcze święty— rzekła — masz w rękach klucze od nieba, błagam Cię, racz je otworzyć dla biednego żołnierza, a Twojego obrońcy, który zraniony za sprawę Twoją i Bożą, jest już bliskim śmierci”. Po czym dodała niektóre szczegóły. Pius IX, wzruszony do żywego, odpowiedział : „Córko moja, żądasz ode mnie wiele, ale módlmy się”. To rzekłszy, złożył ręce, podniósł oczy w górę i modlił się. Kiedy pani de Liminghe wróciła z posłuchania, zastała w szpitalu ruch niezwykły. Żołnierz ów zażądał nagle kapłana, wyspowiadał się po wykonaniu abiuracji i wkrótce potem zasnął snem wiecznym, ale już na łonie matki Kościoła. W r. 1875, na jednej z licznych nader audiencji, dwoje młodych protestanckich małżonków, przedstawiając papieżowi swego pięcioletniego synka, prosiło o błogosławieństwo dla niego. Ojciec św. z toku rozmowy poznawszy, że są protestantami, zawołał:

— „Powiedzcie mi, przeciw czemu protestujecie i dlaczego żądacie ode mnie błogosławieństwa; czyż możecie przywiązywać do niego jaką wagę ?“

— Tak jest, Ojcze św. — zawołała młodziuchna matka ślicznego chłopca — ja wierzę, że Twoje błogosławieństwo wyjdzie mu na dobre.

— Va bene — odrzekł papież, a zwracając się do obecnych, zawołał: „Zmówmy trzy Zdrowaś, prosząc Boga o nawrócenie tego ślicznego aniołka i jego poczciwych rodziców, za przyczyną Niepokalanej Dziewicy “.

Wszyscy obecni upadli na kolana, po całej sali rozchodziły się szepty modlących się wraz z papieżem osób. Zaledwie przestano się modlić, aliści rodzice dzieciny, którzy może po raz pierwszy odmawiali klęcząco katolicką modlitwę, rozszlochani z rozrzewnienia, rzucili się oboje do nóg Ojca św., oświadczając mu, że od tej chwili do niego tylko po Bogu należą, że są i chcą być katolikami. W roku 1877 szesnastoletnia córka anglikańskiego pastora, bawiąc w Rzymie z rodzicami, uderzona została wspaniałością i majestatem nieznanych jej pierw katolickich obrzędów. Przypuszczona na posłuchanie do Ojca św. Piusa IX, takiego na jego widok doznała wrażenia, iż od głośnego płaczu nie mogła się powstrzymać. „Czego płaczesz, moje dziecię ?” — zapytał ją Ojciec św.

— Ach tak mi coś ciśnie serce i umysł mój tłoczy, że sama nie umiem powiedzieć, czemu i dlaczego płaczę.

— Jesteś katoliczką?

— Nie, Ojcze św., anglikanką jestem.

Na te słowa Pius IX zrobił znak krzyża świętego, a następnie położył swe ręce na głowie dzieweczki i rzekł: „Bądź spokojną., módl się, a zobaczysz, że z umysłu i z serca twojego spadnie przygniatający je ciężar“. Panienka wróciła wraz z rodzicami do swojego kraju. Czas upływał szybko. Wreszcie telegramy rozniosły po świecie wiadomość o śmierci świętego papieża. Nasza dzieweczka, dowiedziawszy się o tym, w głębokim pogrążyła się smutku, a w końcu oświadczyła, że chce być katoliczką. Na próżno rodzice powstrzymywali ją od tego, niebawem i sami poszli za radą swej córki.

Posted in Historia Kościoła | Leave a comment

Bp J. Pelczar: Pius IX i Jego Pontyfikat (20)

Część XX – Przeciw błędom i duchowi czasu

(…) Niełatwa też sprawa z tym ludem, który wbrew wierze dziewiętnastu wieków nie chce ukorzyć się przed Ukrzyżowanym, chociaż sam świadectwo o Nim daje ; a rozproszony po świecie i pozbawiony ołtarzy, ofiary i kapłanów, lubo żyć nie powinien, umrzeć jednak nie może. Jedna jego część trzyma się ślepo Talmudu i wygląda niecierpliwie Mesjasza ; druga „dla idei nowożytnych wyrzekła się mrzonek mesjańskich”, a mieniąc kościołem swoim giełdę, Bogiem pieniądz, religią używanie, stara się zawładnąć kapitałami i opinią, szerzy za pomocą prasy liberalizm i demoralizację, odgrywa w lożach masońskich bardzo czynną rolę i przewodzi partii socjalistycznej (spośród koryfeuszów socjalizmu Lassalle był żydem, a K. Marx przeszedł z judaizmu na protestantyzm). Jedni i drudzy uciekają od światła Ewangelii, chyba, że którego łaska Boża cudem prawie pociągnie, lub żądza zysku czy ambicja zwabi, — na pierwszy środek rachują katolicy, drugiego chwytają się protestanci. W pierwszy sposób nawrócili się znani dwaj bracia Teodor Marya i Alfons Ratisbonne, Franc. Libermann, Augustyn Herman Cohen, i dwaj bracia Lemanowie. Wszyscy stali się potem gorliwymi apostołami pośród synów Izraela. Alfons i Teodor Ratisbonne założyli w tym celu towarzystwo zakonne „Oeuvre de Notre Dame de Sion”, któremu aż do śmierci poświęcali swe prace; bracia Lemanowie zaś, ogłosiwszy rodzaj manifestu do swoich ziomków, p. t. La question da Messie et le concile du Vatican, przedłożyli Ojcom soboru watykańskiego usilną prośbę o podanie zbawczej dłoni wybranemu niegdyś a teraz odrzuconemu ludowi

Nawróceniu Muzułmanów stoją na przeszkodzie nie tylko stosunki ich religijne i społeczne, mianowicie zamknięcie kobiety w murach haremu, ale także prawa państwowe, stanowiące karę śmierci za wyrzeczenie się Islamu. Jeszcze w r. 1854 stracono dwóch Turków, iż się odważyli chrzest przyjąć, a dopiero po wojnie krymskiej zaczęto karać odstępców wygnaniem. Zaraz też protestantyzm rozwinął swą propagandę, nie uwieńczoną atoli pomyślnym skutkiem, chociaż pod wpływem cywilizacji w klasach wyższych coraz więcej zakorzenia się liberalizm i pojawiają się nawet tendencje masońskie pośród „młodej Turcji”. (…)

Jeżeli teraz rzucimy okiem na zasługi Piusa IX około Kościoła i społeczeństwa, możemy je streścić w kilku zdaniach. Najprzód, Pius IX uwydatnił prawdziwość, piękność, potrzebę i zbawienne skutki nauki Kościoła; w szczególności zaś określił dogmatycznie i jako artykuły wiary ogłosił prastare, bo w skarbcu objawienia od początku złożone, doktryny katolickie o Niepokalanym Poczęciu N. Panny Maryi i o nieomylnym nauczycielstwie papieża. Do tego posłużyły mu encykliki, Syllabus, dekret dogmatyczny z roku 1854 i uchwały Soboru watykańskiego. Nadto, Pius IX węzłem ściślejszej jedności zespolił ze Stolicą świętą biskupów i ludy katolickie, w skutek czego umocnił tę falangę duchowną, jaką jest Kościół katolicki. (…) Dalej, Pius IX nie tylko rozprzestrzenił na zewnątrz dziedziny Kościoła przez nawrócenie wielu niewiernych i innowierców, ale podniósł na wewnątrz życie religijne przez uświęcenie duchowieństwa i ludu, tak, iż Kościół, na kształt ogrodu dobrze uprawionego, wydał z siebie kwiaty pełne woni, to jest, dusze święte, pełne cnót, czynów i ofiar, które życiem swoim protestowały przeciw rozpasaniu rewolucji. Do tego posłużyły częste jubileusze, uroczystości i odpusty, rozszerzenie czci Najśw. Serca Jezusowego i Niepokalanej Dziewicy, kanonizacje i beatyfikacje Świętych, utworzenie nowych zgromadzeń, bractw i towarzystw, podniesienie karności duchownej i zakonnej, poprawa wychowania u świeckich. Krom tego, Pius IX starał się pilnie, aby Kościół miał wszędzie swobodę, potrzebną do sprawowania swej wielkiej misyi; a gdziekolwiek chciano ukrócić jego wolność, lub pogwałcić jego prawa, tam zaraz ostrzegał, — gdy to nie pomagało, protestował i gromił. Powtórzyło się to nieraz, jak widzieliśmy, w ciągu jego pontyfikatu.

Wreszcie Pius IX potępiał błędy i zgubne dążności XIXgo wieku, grożące zarówno Kościołowi jak społeczeństwu; a bronił wytrwale podstaw, na których się opiera i z których siłę bierze społeczeństwo. Ostatnia ta myśl, jako dotąd nie rozwinięta, wymaga obszerniejszego rozbioru. Przede wszystkim przypatrzmy się błędom i zgubnym dążnościom wieku. Na czele stoi panteizm, który w pierwszej połowie XIX stulecia sięgnął po berło w królestwie filozofii, mając takich przedstawicieli, jak Schelling, Fichte, Hegel, Cousin, Vera, Spaventa i t. p. Panteizm przyjmuje jedną tylko substancję czyli istotę, która jest Bogiem, a która przez zatwierdzenie i rozwija skończone, czy cielesne, czy duchowe, są emanacją Bożej istoty, a Bóg i świat, duch i materia, konieczność i wolność, prawda i fałsz, dobro i zło, prawo i bezprawie to jedno. W ten sposób panteizm, zarówno hylozoistyczny jak idealistyczny, wiedzie do ateizmu w teozofii, do fatalizmu i antynomizmu w etyce, do komunizmu w kwestiach socjalnych, do despotyzmu lub do rewolucji w polityce, głosząc ustami Hegla: Państwo to Bóg. Sprawiedliwie zatem potępił go Pius IX, tak w alokucji Maxima quidem z 9 czerw. 1862, jak w Syllabusie i w pierwszym kanonie sesji I-szej soboru watykańskiego.

Do panteizmu mógłby doprowadzić posunięty za daleko ontologizm, który utrzymuje, że idee konieczne i absolutne są nam wrodzone i nie są czym innym, jak tylko samym Bogiem; w skutek czego ontologizm czyni niejako Boga abstrakcyjną ideą wszechbytu i zdaje się identyfikować ducha ludzkiego z Bogiem. Słusznie też ostrzegł Pius IX przed grożącym z tej

strony niebezpieczeństwem i dekretem kongregacji S. Inquisitionis z 18 września 1861 odrzucił, jako błędne, propozycje, zawierające tę teorię; (…) Krótkotrwałym było panowanie panteizmu, wnet bowiem wydarł mu berło materializm, który natomiast śmiało twierdzi, że nic nie istnieje prócz materii i siły działającej w materii, przeczy zatem istnieniu Boga i odrzuca wszelki pierwiastek duchowy, wszelkie życie pośmiertne. Konsekwentnie wiarę w Boga i religię wyśmiewa jako przestarzałą bajeczkę — myśl tłumaczy fosforescencją mózgu, — woli ludzkiej odmawia wolności, — cel życia widzi w pomnażaniu bogactw i używaniu — obowiązki nazywa czczym wyrazem — sumienie natrętnym kłamcą, — władzę liczbą i zbiorem sił materialnych — prawo wynikiem przemocy i dokonanych faktów. Potworne te teorie starej szkoły Demokryta i Epikura wznowili w XIXgo wieku materialiści niemieccy, zwłaszcza Feuerbach, Moleschott, Vogt, Buchner, snując potworne wnioski z hipotezy angielskiego przyrodnika Darwina; a do tych samych rezultatów doszli pozytywiści francuscy August Comte, Littre i t. p., którzy kwestie o Bogu i o duszy, jako „nieempiryczne“, wykluczają z dziedziny wiedzy ludzkiej. Materializm stał się dziś filozofią życia, ale zamiast uszczęśliwić ludzkość, popchnął ją do pesymizmu, którego głównymi rzecznikami w sferze naukowej byli Schopenhauer i Edw. Hartmann. Za to Pius IX w alokucjach Maxima quidem z 9go czerwca 1862 i Jam dudum z 18 marca 1861 — w encyklice Quanto conficiamur z 10 sierp. 1863 — w Syllabusie i w dekretach soboru watykańskiego, napiętnował go jako szaleństwo rozumu i samobójstwo ludzkości.

Naturalizm albo na równi z materializmem mieni Bogiem przyrodę, albo przyjmując istnienie Boga, od świata oddzielnego, odmawia Mu aktu stworzenia świata z nicości i wszelkiego wpływu na człowieka i świat (deizm), a tym samem odrzuca porządek nadprzyrodzony i rządy Opatrzności, na której miejscu stawia ślepą konieczność (fatalizm). System ten znajduje w czasach naszych niemało zwolenników; nie oszczędził go też w dekretach swoich Pius IX (Alokucja Maxima quidem z 9 czerwca 1862, Syllabus Prop. II, sobór watyk. w kan. I,3) a przez to starał się uratować dla ludzkości wiarę w Boga miłosiernego i sprawiedliwego, bez której życie jednostek i całego społeczeństwa byłoby bezmyślną igraszką i nieznośną męczarnią.

Racjonalizm skrajny, uznając rozum jako jedyne źródło i jedynego sędziego prawdy i fałszu, dobrego i złego, odrzuca objawienie Boże, już to jako niemożebne, już jako szkodliwe, już jako uwłaczające godności człowieczej, — naukę zaś chrześcijańską nazywa tkaniną poetycznych alegorii i osnową filozoficznych poszukiwań, — cuda i proroctwa w Piśmie św. kładzie na równi z baśniami starożytnych, — Chrystusa Pana uważa za osobę mityczną, będącą personifikacją idei postępu (Dawid Strauss), albo za filozofa i demokratę (Ernest Renan). Racjonalizm umiarkowany, czyli semiracjonalizm, przyjmuje wprawdzie objawienie Boże, ale li tylko przyrodzone w dziełach stworzenia i dziejach świata, a przeceniając siły rozumu, twierdzi, że tenże za pomocą przyrodzonych sił swoich może dojść do poznania wszystkich i najgłębszych nawet dogmatów wiary (Antoni Gunther zm. 1863). Odrzucając potrzebę łaski do aktu wiary i zewnętrzne znamiona wiarogodności, każedochodzić do wiary na drodze powątpiewania przez wewnętrzne przeświadczenie (Jerzy Hermes zm. 1831). Podnosząc nad miarę niezależność .nauki od powagi Kościoła i wprowadzając, z pogardą scholastyków, rozbrat filozofii i teologii, ogłasza, że nie uznaje żadnej nad sobą władzy, ani się troszczy o objawienie nadprzyrodzone, i twierdzi, że jeżeli wnioski filozofii lub jakiejkolwiek umiejętności sprzeciwiają się nauce objawionej, tedy nie mogą być potępione przez Stolicę apostolską, „której wyroki wstrzymują tylko swobodny rozwój nauki” (Jakób Frohschammer). (…)

Z racjonalizmem idzie w parze progresizm, uważający Kościół katolicki za dzieło ludzkie, dogmaty za zmienne opinie, a stąd też przypuszczający ciągły i nieokreślony postęp objawienia, zgodny z rozwojem ducha ludzkiego i z potrzebami czasu. W drugą ostateczność wpada tradycjonalizm, twierdząc, że rozum ludzki na drodze samoistnego badania nie zdoła dojść do poznania istnienia Boga, nieśmiertelności duszy i wolności woli, jeżeli mu nie przyjdzie w pomoc objawienie i tradycja, jako jedyne kryteria prawdy (…)

Indyferentyzm i latitudinaryzm wychodząc z tej zasady, że wszystkie religie pozytywne są tylko formami przejściowymi jednej religii naturalnej (deizmu), a wszystkie wyznania chrześcijańskie są tylko gałęziami jednego drzewa, pozwala człowiekowi wybrać i wyznawać tę religię, którą według światła rozumu uzna za prawdziwą, „gdyż ludzie, trzymając się jakiejkolwiek religii, mogą być zbawieni, jeżeli tylko żyją według zasad ogólnej moralności”. Naprzeciw tej teorii, zarówno szkodliwej jak nierozumnej, która wszystkie religie, lubo tak z sobą sprzeczne, mieni prawdziwymi, a tym samem nie uznaje żadnej prawdziwej, nie przestawał Pius IX przypominać światu, że jedynie w Kościele katolickim jest nauka nieskażona i bezpieczna do zbawienia droga (Encykliki: Qui pluribus z 9 list. 1846 — Noscitis z 8 grud. 1849 — Singulari quidem z 17 marca 1856 — Quanto conficiamur z 10 sierp. 1863 — alokucje: Ubi primum z 17 grud. 1847 — Sigulari quadam z 9 grud. 1854 i Maxima quidem z 9 czer. 1862 — pismo apost. Multiplices inter z 10 czerwca 1851 — S y l l a b u s — Sobór

watykański).

Masoneria, socjalizm i komunizm, w spółce z rewolucją, obalają podwaliny, na jakich się opiera społeczeństwo chrześcijańskie, aby inny ład, a raczej bezład zaprowadzić w świecie. Na tych wrogów religii i społeczeństwa rzucił Pius IX po kilkakroć swe gromy i, jak się niżej pokaże, starał się powstrzymać zgubne ich działanie. (Encykliki: Qui pluribus z 9 list. 1846. — Noscitis z 8 grudnia 1849. — Quanto conficiamur z 10 sier. 1863. -— Multiplices inter z 29 wrześ. 1865 — alokucje: Quibus quantisque z 20 kwietnia 1849 — Singulari quadam z 9 grud. 1854 itd.).

Cezaropapizm, pielęgnujący tradycje józefińskie, chce według teorii Febroniusza i pojęć XIX wieku urządzić stosunek Kościoła do państwa, jakoby temuż wszelka sfera życia, nawet i religijna, winna być poddaną, i naznacza Kościołowi poniżającą rolę służebnicy lub, co gorsza, narzędzia. Stąd odmawia mu władzy stanowienia praw, odbywania sądów, nakładania kar, nabywania dóbr i zarządzenia tymiż; albo też nie pozwala używać tej władzy bez upoważnienia władzy świeckiej, której przyznaje prawo mieszania się do religii, obyczajów i zarządu duchownego, — do mianowania duszpasterzy, urządzenia seminariów i klasztorów, a nawet do wyrokowania o szafarstwie Sakramentów i usposobieniu potrzebnym do przyjmowania tychże. (…)

Szkodliwszym jeszcze jest dzisiejszy l i b e r a l i z m , bo pod złudnym hasłem wolności i postępu zdziera ze społeczeństwa cechę chrześcijańską. Można by go nazwać apostazją wolności na koszta prawa i obowiązku, a pod względem religijnym, wypowiedzeniem posłuszeństwa Bogu i Kościołowi. Konsekwentnie liberalizm ruguje wpływ religii z prawodawstwa, z wychowania, z życia publicznego, z rodziny i z polityki, a jako najświetniejsze zdobycze wieku ogłasza: państwo bezwyznaniowe, prawo bezwyznaniowe, szkołę bezwyznaniową, wolność wyznań, wolność opinii, wolność prasy, moralność wyzwoloną, cywilne małżeństwo, emancypację kobiet, powszechne głosowanie i zasadę faktów dokonanych. Co do środków, liberalizm skrajny czyli radykalizm, który jest właściwie rewolucją, ujętą w pewne karby, wypowiada Kościołowi katolickiemu walkę na zabój i nie cofa się przed żadnym bezprawiem; podczas gdy liberalizm umiarkowany, trzymając się drogi rzekomo legalnej, uchwałami parlamentu ogranicza swobodę Kościoła i paraliżuje jego działanie; jeden i drugi, gdy jest u władzy, znosi chętnie klasztory, „likwiduje” majątek kościelny, „sekularyzuje” szkołę i małżeństwo. Nienawidząc wszelkiej religii, a zwłaszcza katolickiej, stara się zastąpić ją humanitaryzmem i cywilizacją, i w imię wolności narzuca Kościołowi kajdany, prześladuje jego sługi, znosi jego zakony, grabi jego mienie.

Oto są tendencje liberalizmu, z którym cezaropapizm chętnie się brata, a któremu dziś hołdują wszystkie prawie parlamenty i rządy. Hardy ze swej rzekomej siły, zażądał on nawet od papieża, by się wyrzekł władzy doczesnej, a w sprawach duchownych pogodził się z wymogami nowoczesnego postępu. Ale Pius IX nie ugiął się przed mocarzem wieku i już to w licznych alokucjach lub encyklikach, już w Syllabusie potępił zgubne jego dążności, nie potępiając atoli rozumnej wolności i prawdziwego postępu.

Katolicki liberalizm albo liberalny katolicyzm nie idzie tak daleko, żąda jednak kompromisu z duchem czasu, a odtrącając zasady liberalizmu, godzi się na niektóre ich następstwa, mianowicie w kwestiach politycznych i społecznych; to znowu z przesadnej czci dla wolności, domaga się zastosowania jej tam, gdzie ono jest niemożebnym lub szkodliwym. (…)W Niemczech, ojczyźnie febronianizmu, pewna część duchownych szturmowała o zniesienie celibatu, oczyszczenie liturgii, wyswobodzenie nauki i zbliżenie się do protestantyzmu. (…) We Francji, gdzie niechęć do Stolicy apost. zaszczepił nurtujący skrycie gallikanizm i jansenizm, obóz liberalnych katolików głosił najpierw rozbrat Kościoła i państwa i zdemokratyzowanie Kościoła (Lamennais), następnie zaś domagał się zerwania z ultramontanizmem i uznania idei r. 1789 (X. Loyson i t. p.). Wobec tylu wrogów nawet ludzie dobrze myślący, jak np. hr. Montalembert, zachwiali się na chwilę, a widząc srożącą się burzę, gotowi byli wyrzucić z okrętu Kościoła „mniej cenne” towary, byle uratować resztę. Inni, zbyt zakochani w nabytkach XlXgo wieku, nie pochwalali kierunku „rzymskiego”, jako zanadto wstecznego; a byli też tacy, co radzili opuścić społeczeństwo spoganiałe, by szło drogami zatracenia. Ale Pius IX nie stracił nadziei, że Kościół prędzej czy później odzyska swój wpływ na społeczeństwo; jakoż rozbratu Kościoła z państwem nie pochwalił, a uroszczenia liberalnych katolików po kilkakroć skarcił. Najdotkliwsze cięcie zadał im w breve do stowarzyszenia katolickiego św. Ambrożego w Medyolanie (z 6 marca 1873), bo wręcz im zarzucił, że stojąc na granicy opinii potępionych, starają się sprowadzić przymierze między światłem i ciemnością, sprawiedliwością i bezprawiem (…)

Czasy, w których panuje racjonalizm, nie sprzyjają rozwojowi mistycyzmu; mimo to i one wydały kilku pseudomistyków. Takim był Michał Vintras we Francji, ogłaszający królestwo Ducha św. według objawień otrzymanych rzekomo od św. Michała i Najświętszej Panny, którą nazywał „emanacją Ducha św.“. Takim był mediolańczyk Romano, mieniący się drugim zbawicielem świata. Takim był Dawid Lazzaretti, który jako „nowy mesjasz i książę odkupionych ludów” zapowiadał równy podział ziemi i na górze Montelabro nowy zakładał kościół, dopóki w starciu z wojskiem włoskiem nie postradał życia (18 sierpnia 1878). Takim był wreszcie nasz Andrzej Towiański, którego nauka jest nam już znaną. Pius IX bądź sam, bądź przez biskupów, potępił te szaleństwa, a osławioną „Biesiadę” Towiańskiego i pokrewne jej pisma kazał umieścić na Indeksie. (…)

Pius IX nie tylko potępiał błędy i zgubne dążności wieku, ale bronił także podwalin społeczeństwa, przede wszystkim zaś religii i moralności. Któż nie widzi, że religia chrześcijańska jest matką i opiekunką społeczeństwa, — że ona to przywróciła niewolnikowi godność ludzką, wyrwała dziecię z tyranii ojca, wyswobodziła niewiastę z upadlającego jarzma, przytuliła ubogiego, wychowała rodzinę, oświeciła ludy ciemne, ugłaskała dzikie i zbliżyła do siebie, by je związać w jedno zgodne społeczeństwo, — że religia pobudowała klasztory, przytułki i szpitale, pozakładała szkoły, wypielęgnowała nauki, dała opiekę sztukom, — słowem, wypielęgnowała dzisiejszą cywilizację chrześcijańską i jest dotąd potężną dźwignią, a oraz rękojmią prawdziwego postępu. A jednak ta religia jest dziś przedmiotem wzgardy i nienawiści dla wielu, tak że wszystkich używają środków, by ją wyrwać z łona ludzkości. I nie dosyć, że uderzają na objawienie, ale starają się zniszczyć wiarę w Boga, głosząc światu, że ludzkość jest Bogiem, że „Bóg jest złem”, że „wiara w Boga osobowego i żyjącego jest źródłem naszej nędzy społecznej, że „religia jest smokiem, którego dobija teraz dzielny rycerz Jerzy, to jest, dzisiejsza nauka”.

1 skądże się wzięły te dążności?

W żadnym czasie nie brakło umysłów swawolnych i dumnych, które przekręcały prawdę objawioną; atoli walka przeciw religii stała się groźną dopiero w wieku XVI, kiedy cały legion nieprzyjaciół uderzył na jej warownię — Kościół katolicki. Z reformacji to wyszedł racjonalizm, z racjonalizmu deizm, z deizmu indyferentyzm, z indyferentyzmu ateizm. Nie tu miejsce zastanawiać się nad genezą niedowiarstwa w XIXym wieku; wystarczy, gdy wymienimy pierwszorzędne tegoż rozsiewniki, jak pisma zwolenników panteizmu, materializmu, pozytywizmu, racjonalizmu i socjalizmu, bezprawia, rewolucji, radykalizmu i cezaryzmu, wymierzone przeciw Kościołowi katolickiemu, bezwyznaniowe szkoły, wyuzdane romanse i takież przedstawienia teatralne, przede wszystkim zaś antyreligijne towarzystwa i związki, między którymi prym dzierży masoneria.

Sekta ta, hołdując od początku naturalizmowi, była i jest dotąd przeciwniczką każdej religii pozytywnej, lecz najwięcej nienawidzi i lęka się religii katolickiej; a jako szatana nazwał Tertulian małpą, naśladującą Pana Boga, tak rzec można, że masoneria jest małpą, naśladującą Kościół katolicki, i że tenże Kościół chciałaby zastąpić na ziemi. Konsekwentnie przyjmuje ona do swego łona wyznawców wszelakiej wiary, by ich pod godłem humanitaryzmu złączyć w jeden związek, kierujący się zasadami rozumu i moralności „wyzwolonej”. Dla oszukania łatwowiernych, mających iskrę religijnego uczucia, zamieściła w swoich ustawach zasadniczych wiarę w Boga i nieśmiertelność duszy, a na swoich zebraniach prawiła, o „Wielkim Budowniczym świata” i kazała przysięgać na Ewangelię; dziś atoli, gdy już wzrosła w siłę, odrzuca maskę i przynajmniej w niektórych krajach przyznaje się jawnie do ateizmu. (…) Pod względem etycznym masoneria usuwa prawo Boskie i kościelne, a głosi natomiast moralność wyzwoloną, to jest, taką, która ignorując religię, odrzuca obowiązki względem Boga, inne zaś obowiązki wysnuwa li tylko z rozumu, czyli raczej ze skażonej natury ludzkiej.

Pod względem politycznym, masoneria każe wprawdzie w ustawach swoich „godzić się z wszelką formą rządu” i jak widzieliśmy w ciągu tego dzieła, przystaje na monarchię konstytucyjną „z woli ludu“, byle z większością liberalną i antykatolicką w parlamencie; ale jej ideałem, do którego w niektórych krajach już doszła albo jeszcze dąży, jest republika demokratyczna i ateistyczna. Pod względem społecznym masoneria stara się „odchrześcijanić“ społeczeństwo, by je urządzić po swojemu, a w tym celu wprowadza, gdzie może, małżeństwo cywilne z rozwodami, pogrzeby cywilne, to jest, bez kapłana, i z paleniem ciał, czyli kremacją (o ile to jest możebnym), dobroczynność cywilną czyli filantropię bezreligijną, wreszcie emancypację kobiet i szkołę bezwyznaniową; dla przeprowadzenia zaś swoich planów łączy się chętnie z innymi towarzystwami tegoż ducha, a nawet wchodzi w sojusz z partią socjalistyczną. (…)

Podczas gdy książęta ulękli się masonerii, a nawet większa ich część weszła z nią w kompromis, by uratować cień władzy, wielkoduszny Pius IX podniósł jej rękawicę i stanął w obronie religii i społeczeństwa; a idąc śladami Klemensa XII, Benedykta XIV, Piusa VII, Leona XII, Piusa VIII i Grzegorza XVI, przewrotność tajemnych sekt napiętnował śmiało przed światem. Uczynił to w kilku encyklikach i alokucjach, począwszy od pierwszej encykliki Qui pluribus z 9 listop. 1846. Tak n. p. w roku 1854, 9 grudnia, wyrzekł na konsystorzu tajnym: „Ubolewać zawsze musimy nad tym, że istnieje bezbożne plemię niedowiarków, którzy, gdyby mogli, chcieliby wytępić wszelką cześć Bogu oddawaną. Do nich przede wszystkim policzyć trzeba członków tajnych stowarzyszeń, Związani między sobą zbrodniczą umową, nie zaniedbują oni żadnego środka, prowadzącego z pogwałceniem praw wszelkich do wstrząśnienia i zniweczenia Kościoła jako też państwa. Ich to niezawodnie tyczą się owe słowa Boskiego Zbawiciela: Vos ex patre diabolo estis et opera patris vestri vultis facere “… [Że zarzuty Piusa IX są słuszne, potwierdza protestancki historyk Guericke w swoim: „Handbuch der Kirchengeschichte“ wyd. 4, t. 2, p. 553: „Wolnomularstwo wywarło niezmierny wpływ na zniszczenie pozytywnego chrześcijaństwa, które swym młotem usiłowało rozbić na tysiąc kawałków. Wszędzie zaś chodziło im głównie o to, aby poniżyć i zniszczyć czynem, nauką i pismem Kościół katolicki, prymat papieski, hierarchię i kapłaństwo, zakony i korporacje kościelne i wszystkie wyłącznie katolickie nauki, instytucje i obyczaje. Pozwalało zaś temu tylko katolicyzmowi się ostać, któryby się wyrzekł swojej istoty, swego jądra i swego życia, i któryby z racjonalizmem deizmem, naturalizmem i podobnymi opiniami w najserdeczniejszej żył zgodzie”]

Silniejszy grom rzucił na masonów na konsystorzu tajnym dnia 25 września 1865 [Singulari quadam] „Wśród rozlicznych knowań i intryg, którymi nieprzyjaciele chrześcijańskiej wiary śmieli zaczepić Kościół Boży, używając daremnych wysileń. by go zniszczyć i poniżyć, nie należy pomijać, Wielebni Bracia, owego zgubnego stowarzyszenia, masońskim zwykle zwanego, które początkowo po kryjówkach i ciemnościach zawiązane, później na zgubę powszechną religii i ludzkiego społeczeństwa na jaw się ukazało.Te knowania i intrygi, skoro tylko poprzednicy Nasi Rzymscy Biskupi wykryli, pomni pasterskich swoich obowiązków, osądzili niebawem za rzecz słuszną, by sektę tę zionącą zgorszeniem, wzniecającą rozliczne niegodziwości przeciwko sprawie świętej i publicznej, powagą swą powstrzymać, a oraz wyrokiem potępienia jako strzałą ugodzić i zniszczyć. Wszakże owe zabiegi Stolicy św. nie zostały uwieńczone tym pomyślnym skutkiem, jakiego spodziewać się było można. Nie tylko bowiem masońska owa, o której mówimy, sekta, nie została uśmierzona i powstrzymana, ale nawet tak się rozszerzyła, iż w tych bardzo trudnych czasach wszędzie intryguje bezkarnie i śmiało podnosi głowę”.

Podobnie w encyklice z 21 listop. 1873 [Etsi multa luctuosa] ostrzega Pius IX królów i ludy przed masonerią, jako przed „zgubną dżumą”, i mówi, że ona „krętymi drogami wślizgując się a w swej pracy nie ustając, zwiodła wielu podejściem i doszła wreszcie do tego, że teraz występuje z kryjówek jako potężna władczyni,… by przywoławszy sobie na pomoc siłę i powagę urzędów, rzucić się na Kościół Boży…” słusznie też nazywa ją „synagogą szatana”, bo ona chce utworzyć religię bez Boga, i zająć miejsce Kościoła. (…)

Pius IX bronił także władzy. Jeżeli religia w wieku naszym niemałe poniosła straty, to więcej jeszcze ucierpiała władza, dzięki ciągłym rewolucjom i zaszczepionym przez nie zasadom.

Jakież to są te zasady? Następujące: 1. Wszelka władza jest liczbą i zbiorem sił materialnych, a pochodzi od ludu, który jest jej twórcą i dawcą. 2. Wola ludu jest źródłem wszelkiego prawa, bez względu na jakiekolwiek inne prawo. 3. Wszelką formę rządu, choćby najstarożytniejszą i najprawowitszą, może zmienić, obalić i nową w jej miejscu postawić wyrok Wszechwładzy ludu. 4. Wszelkie w tym celu sprzysiężenia i przewroty są dozwolone. 5. Wszelkie środki, choćby zdrada, krzywoprzysięstwo itp., są godziwe, jeżeli ich wymaga dobro publiczne, miłość ojczyzny lub jedność narodowa.

Skądże się wzięły te zasady ? Tkwiły one w świecie pogańskim i kiedy niekiedy pojawiały się w chrześcijańskim, ale dopiero reformacja, niwecząc powagę Kościoła na korzyść jednostki

i podburzając ludy przeciw książętom, książęta zaś darząc władzą absolutną, nawet w sferze religijnej, otworzyła dla rewolucji podwoje społecznego gmachu. Heroldami jej byli filozofowie XVIII wieku, zwłaszcza Rousseau, przewodniczką masoneria, jak to wyznaje sam Louis Blanc, mason i socjalista : „W przededniu rewolucji francuskiej masoneria nabrała niezmiernego rozwoju. Rozlana po całej Europie, wspierała filozofujący geniusz Niemiec, agitowała potajemnie i straszliwie we Francji, i przedstawiała wszędzie obraz społeczeństwa założonego na zasadach przeciwnych dotychczasowym zasadom i stosunkom”. Nie było też rzeczą przypadkową, że bohaterowie rewolucji, jak hr. Mirabeau, Condorcet, Brissot, Garat, Bailly, Chenier, Barnave, Danton, Robespierre, Saint – Just, Hebert, Gregoire, Talleyrand, ks. Filip orleański, Kamil Desmoulins, Petion, Sieyes, Lameth, Lafayette itd. należeli do lóż, które przez długie lata podkładały minę pod ołtarz, tron i cały ład społeczny.

W wieku XIX-tym masoneria, łącznie z innymi towarzystwami tajnymi, przyczyniła się niemało do wywołania przewrotów, których on był świadkiem (1820, 1830, 1848, 1870). Kilka dni po wybuchu rewolucji w r. 1848, deputacja masonów, ubranych w swe oznaki, stanęła przed rządem prowizorycznym i złożyła w jego ręce akt pochwalający rewolucję i wyrażający radość z tego, że „widzą całą ojczyznę odbierającą poświęcenie masońskie”. To samo powtórzył Lamartine 10 marca 1848 na ratuszu paryskim: „Mam to przekonanie, że w łonie masonerii powstały te wielkie idee, które założyły fundamenta rewolucji 1789, 1830 i 1848 roku“. Podobną manifestację urządzili masoni podczas rządów Komuny 26 kwietnia 1871. Loże obu obrządków, francuskiego i szkockiego, oświadczyły w Paryżu, że przystępują do Komuny; po czym kilka tysięcy wolnomularzy, z chorągwiami swoimi na czele, wyruszyło uroczyście z ratusza ku zewnętrznym fortyfikacjom, podczas gdy deputacja wolnomularska podążyła do Thiersa, by wyjednać zawieszenie broni (29 kwiet.). Tak więc i w ostatniej rewolucji wolnomularze znaczną odegrali rolę; a że dzisiaj wszyscy członkowie rządu francuskiego i cała lewica tak w izbie jak w senacie należą do sekty, komuż to jest tajnym. Wszyscy starają się zapewnić zwycięstwo zasadom r. 1789, ale co do ostatecznego kresu i co do wyboru środków mniej lub więcej radykalne przedstawiają odcienia, według tego, do jakiej należą chorągwi. Chociaż ideałem masonerii jest rzeczpospolita, godzi się ona jednak z monarchiami, byle takowe oparły się na ideach rewolucyjnych i służyły za tarany do rozbicia Kościoła. W takim razie przybiera ona maskę liberalizmu i ogłasza wszechwładztwo państwa, a raczej parlamentu, z którym w spółce pracuje nad obaleniem religii i przez który, acz powoli, dokonywa dzieła rewolucji.

Pius IX nie pokłonił się przed bożyszczem wieku i ani się dał złudzić pochlebstwami, ani zastraszyć groźbami; ale potępiając teorie przewrotu (Encykliki Qui pluribus z 9 listop. 1846— Noscitis z 8 grud. 1849, — Quanto conficiamur z 10 sier. 1863 — Quanta cura z 8 grud. 1864, — alokucje Maxima quidem z 9 czerw. 1862, — Multiplices inter z 25 wrześ. 1865 itd. — Syllabus § IV, VII, X), podnosił natomiast zasady katolickie, jako jedynie zbawcze, mianowicie zaś te: 1) że wszelka władza, w jakikolwiek sposób bywa przelewana, pochodzi od Boga; — 2) że ci, którzy władzę dzierżą, winni ją wykonywać podług prawa przyrodzonego i Bożego, a bez pogwałcenia prawa kościelnego; — 3) że wszyscy obowiązani są słuchać prawowitych zwierzchności w tym wszystkim, co się nie sprzeciwia tymże prawom; — 4) że władza duchowna jest niezależną od władzy świeckiej w zakresie spraw duchownych, że jednak obie władze winny działać zgodnie dla chwały Boga i dobra powszechnego, a stąd rozbrat Kościoła i państwa jest zarówno dla religii jak dla społeczeństwa szkodliwy; — 5) że nie godzi się, choćby dla najszczytniejszych celów, dopuszczać występnych czynów, bo cel nie uświęca środków. (…)

Potępia ulubioną dzisiaj politykę równowagi i półśrodków. „Dziś ludzie— oto jego słowa wyrzeczone w r. 1872 — a przynajmniej część ludzi rozum straciła. I czegóż chcą obecnie? Z jednej strony postanowili walczyć przeciw Kościołowi, ponieważ lękają się jego przewagi; z drugiej zaś mają walczyć przeciw ultrarewolucjonistom. Lękają się Kościoła, ale również i tych czerwonych się lękają. Przeciw Kościołowi wałczą obojętnością i pogardą; czerwonych rewolucjonistów mniemają pokonać bagnetami i siłą. Tymczasem potrzeba pobożności, religii i sprawiedliwości. Takimi to uczuciami winny się przejmować ludy; takie uczucia winny mieć rządy i niechaj pamiętają, co Bóg wyrzekł w dzisiejszej Ewangelii: Qui non est mecum, contra me est. Jezus Chrystus powiedział wyraźnie: Kto nie jest zemną, przeciw mnie jest. A zatem niema innej drogi, a owe półśrodki ( g i u s t i m e z z i ) , z pomocą których chciano by się w równowadze utrzymać na śliskiej drodze, są bezużyteczne do prowadzenia wojny. Qui non est mecum, contra me est.” (…)

Wreszcie zapowiada samobójstwo rewolucji. „Rewolucja grozi — tak mówi 27 grud. 1872 do dawnych oficerów armii papieskiej — musimy z nią walczyć, wszak to obowiązkiem naszym. Bezbronni, jakżeż zdołacie zwalczyć tę nieprzyjaciółkę społeczeństwa i wszelkiego porządku, wstrząsającą dzisiaj światem całym? Zginie ona śmiercią samobójczą, z rąk własnych i od broni własnej. Upadnie zwyciężona, pogrzebana na zawsze”…

Po czym przytoczywszy heroiczne czyny Dawida i Judyty, tak dalej ciągnie: “Otóż i rewolucja zginąć musi, a uwolni nas od niej własny miecz nieprzyjaciół naszych. Zginie z braku zasad, z nadużycia siły, dla niesprawiedliwości swego postępowania, w skutek wyłomu w Porta Pia, dla wielu innych przyczyn, których niepodobna teraz wyliczać. O tak, rewolucja zginie i to od broni własnej, którą wojuje przeciw prawdzie, sprawiedliwości, Kościołowi i temu wszystkiemu, co święte na ziemi. Kiedy to nastąpi? Domine Deus, Israel respice! Naśladujmy Judytę, zwracajmy się przede wszystkiem do Boga, prosząc Go, aby nas wspomagał swą łaską i mocą, pocieszał i umacniał nadzieje nasze. Módlmy się z wiarą, módlmy bez ustanku, a samobójstwo rewolucji w chwili, kiedy najmniej spodziewać się będzie można, nastąpi. Jak dawniej tak i teraz nowej Jerozolimie, to jest, Rzymowi, przyrzekł Bóg ukazać po czasie sprawiedliwości swojej blask swego miłosierdzia”. (…)

Broniąc atoli władzy, bronił Pius IX także i wolności. Któż zaprzeczy, że wolność jest drogocennym skarbem, bez którego, zarówno jak bez religii, władzy i prawa, ludzkość nie może się obejść. Ale dzisiejsi reformatorowie społeczeństwa zeszpecili ideę wolności, rozumiejąc przez nią wyswobodzenie się z pod wszelkiego jarzma, a więc wolność porzucenia religii i wyznawania jawnie ateizmu, albo też wprowadzania wszelkich, choćby najpotworniejszych sekt, — wolność hołdowania wszystkim namiętnościom i dopuszczania się wszelakich wybryków, byle nie przyjść w konflikt z kodeksem karnym, — wolność obalania rządów i podnoszenia rokoszów, wolność drukowania wszelkich bluźnierstw i bezeceństw, — wolność przedstawiania bezwstydnych widowisk i podobnych dzieł sztuki, — wolność rozrywania węzłów małżeńskich, czyli uprawniania rozwodów, — wolność tworzenia stowarzyszeń i zgromadzeń choćby z najniebezpieczniejszymi dążnościami. A podczas gdy taką głoszą wolność, czyli raczej wyuzdaną swawolę, z drugiej strony pozwalają ćwiartować

i ciemiężyć ludy, gnębić słabszych przez mocniejszych, uciskać sumienie katolickie, rozpędzać zakony, więzić lub słać na wygnanie duchowieństwo. Taką wolność potępił Pius IX, ale za to był troskliwym opiekunem tej wolności, która umie uszanować religię, władzę i prawo. (…)

Innem następstwem pogardy religii i prawa jest straszny upadek obyczajów, czego dowodem są te potworne i z całym cynizmem popełniane zbrodnie i ta istna epidemia samobójstw, świadcząca najlepiej o moralnej społeczeństwa zgniliźnie. Bolał nad nią Pius IX i nieraz podnosił głos karcący; aby zaś zatamować wzbierający potok zepsucia, zachęcał biskupów i kapłanów do wytężenia gorliwości pasterskiej, a wiernych do walki ze złymi prądami i do pracy nad uświęceniem dusz. Pius IX bronił również innych podstaw społeczeństwa, a mianowicie małżeństwa i własności.

Jeszcze w wieku XVI t. z. reformacja zdarła z małżeństwa cechę Sakramentu i poddała je władzy świeckiej, zezwalając przy tym na rozwody. W wieku XVIII prawodawstwo józefińskie, oparte na teorii odłączenia kontraktu od Sakramentu, unormowało ustawami wszystkie stosunki małżeńskie, a spory w tej mierze wyniknąć mogące podporządkowało sądom cywilnym. Wiek XIX, idąc w ślady rewolucji francuskiej, wypisał między innymi na swojej chorągwi, że na mocy ugody czysto świeckiej może zachodzić pomiędzy chrześcijanami prawe i godziwe małżeństwo, — że Kościół nie może się mieszać do małżeństwa, chyba na to, by przez błogosławieństwo swoje podnieść kontrakt małżeński, już prawomocny, do godności Sakramentu, — że wreszcie według prawa natury związek małżeński nie jest nierozerwalnym, a w wielu wypadkach rozwód właściwy może nastąpić na mocy wyroku władzy świeckiej. Pius IX potępił te błędy już to w alokucjach (Acerbissimum z 27 wrześ. 1852 — Multis gravibusque z 17 grudnia 1860), już w listach apostolskich (Multiplices inter z 10 czerwca 1851 — Ad apostolicae z 22 sier. 1851), już w Syllabusie (§ VII, Prop. LXV do LXXIV); a natomiast wyjaśnił naukę katolicką o małżeństwie. (…) Prawie wszystkie rządy liberalne zaprowadziły małżeństwo cywilne, jeżeli nie obowiązkowe, to przynajmniej ewentualne czyli z konieczności (w Austrii), czego skutkiem było, że tak powiem, sprofanowanie małżeństwa i osłabienie życia rodzinnego. Nic dziwnego, że teraz wszędzie domagają się upoważnienia rozwodów, a nawet tu i ówdzie odzywają się zuchwałe głosy, aby znieść małżeństwo. Do tego też dąży komunizm i nihilizm.

Również i własność jest dzisiaj zagrożona. Socjalizm antychrześcijański, chcąc przywrócić równowagę w społeczeństwie, wynajduje różne środki, a wszystkie zmierzają do zniesienia własności prywatnej. Podporą jego jest proletariat dzisiejszy, który pośród klas wyższych i niższych wytworzyły nie tylko anormalne stosunki ekonomiczne, ale także egoizm i zbytek, — proletariat palony żądzą używania i targany nienawiścią do bogatych, a do tego nie mający żadnego wędzidła, bo dzięki materializmowi pozbawiony wiary Boga, — proletariat zorganizowany w stowarzyszenia, groźne swymi zasadami i swym zuchwalstwem a prowadzone sprytnie przez żydów, które czekają tylko chwili, by jak lawina spaść na ludzkość i w gruzach zagrzebać własność, religię, władzę, cywilizację i cały ład społeczny. (…)

Pius IX znał te niebezpieczeństwa i ostrzegł przed niemi już w pierwszych latach pontyfikatu. Oto jak przemawia w encyklice z 8 grudnia 1849: „Co się zaś tyczy tej nauki zepsutej i tych systematów, wszyscy już wiedzą, że mają one za główny cel rozszerzać pomiędzy ludem, nadużywając wyrazów wolności i równości, zgubne nowości komunizmu i socjalizmu. Rzeczą zaś jest niezawodną, że naczelnicy tak socjalizmu jak komunizmu, chociaż się różnią w metodach i sposobach, mają za cel wspólny utrzymać robotników tudzież ludzi niższych stanów w ciągłym poruszeniu i przyzwyczajać ich do występniejszych czynów, a to oszukując ich chytrymi słowy i zwodząc obietnicami większego szczęścia”. (…)

5 stycznia 1855 (…) po przemowie p. Baudon i odczytaniu sprawozdania, Ojciec św., otoczony wieńcem kardynałów i biskupów, tak się odezwał: “(…) W wieku naszym, obojętnym na najświętsze potrzeby człowieka, świat nie ocenia cnót natchnionych przez katolicyzm. I protestanci i niewierzący zgadzają się, by pokorę zwać podłością, czystość buntem przeciw prawom natury, gorliwość apostolską fanatyzmem. Jedna miłość chrześcijańska znajduje łaskę u wszystkich. Ona stanowi potężny środek, by duszę zwrócić do wiary; owóż dla was jeden powód więcej, byście podwoili waszą gorliwość. Okazujcież coraz lepiej przywiązanie wasze do Kościoła, słuchając zawsze stróżów każdego narodu — biskupów. Tak przygotowani idźcie w świat, zbliżcie się do tego trupa, niechaj on przez głos wasz i przez wasze czyny, jak niegdyś Łazarz na dźwięk głosu Bożego, odzyska ciepło i życie. Zaczem Pan Bóg rozmnoży i liczbę waszą i dzieła wasze” (…)

A jakże się zachował Pius IX względem oświaty i postępu, tych ulubionych bóstw XIX wieku? Wierny swemu zadaniu, ostrzegał ciągle przed oświatą fałszywą, która gardząc religią, stara się jedynie o zewnętrzny polor ducha, i tylko te gałęzie wiedzy ceni, które dają korzyść materialną; taka bowiem oświata to nie pochodnia, prowadząca ludzkość po bezpiecznych szlakach, ale raczej błędny ognik, świecący na moczarach i wciągający w toń niebacznego wędrowca; za to opiekował się troskliwie oświatą prawdziwą, która szanując matkę cywilizacji chrześcijańskiej — religię, na jej podstawie rozwija umysł i kształci serce. Ostrzegał przed błędnymi wnioskami nauki, ilekroć takowe, odrzucając powagę Kościoła, zmierzały do zaprzeczenia Boskiego objawienia; ale z drugiej strony popierał gorąco rozwój nauk, tak duchownych jak świeckich, nie tylko w swoim państwie, ale i gdzieindziej (…) Ostrzegał przed wyuzdaną prasą, która „splugawiona najzjadliwszą śliną piekieł, okrywa śmiesznością i wzgardą sługi Kościoła, a nawet, co gorsza, posuwa się aż do bluźnierstw przeciwko Świętym i samemuż Świętych Królowi, Jezusowi Chrystusowi“. Za to dziennikarzom, broniącym prawych zasad, nie szczędził zachęty i uznania. (…)

Posted in Historia Kościoła | Leave a comment

Bp J. Pelczar: Pius IX i Jego Pontyfikat (19)

Część XIX – Kościół cały czas prześladowany

W Austrii (…) mnożyły się odstępstwa od wiary, bezwyznaniowe śluby i pogrzeby, potworne oszustwa, bezwstydy i samobójstwa, bo materializm, czyli szał wzbogacenia się i używania, rugował zaciekle religię krzyża, a natomiast wprowadzał cześć bożyszczy XIX wieku, złota i ciała, dla których stawiał wszędzie ołtarze i kazał palić kadzidła. Najwspanialszą świątynię zbudował im w Wiedniu, i w czasie wystawy powszechnej r. 1873 obchodził jej poświęcenie; a chociaż grom straszny, krachem zwany, uszkodził ją znacznie, to jednak kapłani złotego cielca wzięli się zaraz do jej naprawy. Tymi kapłanami są żydzi; a przez swe dzienniki (Neu freie Presse, Tagblatt) itp. kierują opinią i szeregują obóz liberalny. Zarazem podniosła głowę masoneria i już w r. 1874 zażądała urzędowego uznania w Cislitawii, bo w Węgrzech otrzymała je już pierwej; ale namiestnik Niższej Austrii dał odpowiedź odmowną (28 lipca), tym się zastawiając, że statuty wolnomularstwa i tajemna tegoż organizacja sprzeciwiają się ustawie o stowarzyszeniach. (…)

Ministerstwo Auersperg-Stremayr przygotowało prawa wyznaniowe na modłę pruskich. Dwudziestego pierwszego stycznia 1874 przedłożone zostały nowej radzie wnioski do czterech ustaw, wraz z obszernym wstępem, zapożyczonym u pruskich kanonistów, a zawierającym motywy tychże wniosków, które wręcz wypowiadają, że rząd przy określeniu stosunków państwa do Kościoła nie będzie się trzymać systemu józefińskiego, ni systemu dualistycznego, ale pójdzie za nowszymi pojęciami o państwie. Według tychże pojęć, państwo podciąga pod swój zakres wszystkie sfery, więc i religijną, i nie przypuszcza w tymże zakresie innego zwierzchnictwa, krom swego; a chociaż Kościołowi przyznaje wolność i samodzielność, podobnie jak każdej jednostce, odmawia mu jednak władzy niezależnej od państwa. Do państwa też należy oddzielić zewnętrzne stosunki Kościoła od wewnętrznych i określić pierwsze, nie mieszając się do drugich. Jak widoczna, teoria ta, głosząca wszechwładztwo państwa, narusza niezależność Kościoła, a pod pozorem unormowania zewnętrznych jego stosunków, wywraca jego organizm i wkracza w sferę dogmatu. Wykazał to Pius IX w encyklice swojej Vix dum a Nobis z 7 marca r. 1874, wystosowanej do kardynałów, arcybiskupów i biskupów cesarstwa austriackiego “(…) przywłaszcza sobie rząd świecki sąd i naukę o ustroju i prawach Kościoła katolickiego, jako też o najwyższym kierownictwie jego, które wykonuje częścią sam przez siebie swoimi ustawami i czynnościami, częścią przez oddane sobie osobistości kościelne. Z tego wynika, że samowola i władza rządu świeckiego wstępuje w miejsce uświęconej władzy, która do kierowania Kościołem i zbudowania ciała Chrystusowego z Boskiego istnieje ustanowienia”. (…)

Fanatyzm antyreligijny wziął górę nad prawdą i słusznością, a trzy ustawy przeszły w obu izbach. Przeciw nim głosowało stronnictwo prawa (hr. Hohenwarta) i znaczna większość delegacji polskiej, która w tej sprawie nie trzymała się solidarności; za niemi liberalni Niemcy, żydzi i — księża ruscy! Koryfeusze świętojurców, odkrywszy przyłbicę, przeszli do obozu wrogiego, a jeden z nich (X. Naumowicz) nie wahał się wystąpić z apoteozą józefinizmu. Zaprzańców nagrodzili liberalni oklaskami, katolicy pogardą, kraj odmówieniem mandatów przy następnych wyborach, arcyb. Sembratowicz naganą. (…) Oceniając te ustawy ze stanowiska katolickiego, musimy wyrzec, że różnią się one wielce, bo co do istoty swej, od pruskich praw majowych, lubo motywa rządowe na tę samą co i w Prusach powołują się zasadę, to jest, na wszechwładztwo państwowe. Mianowicie ustawy austriackie nie przyznają państwu tej mocy, jakoby ono nadawało misję duchownym i mogło im z własnego ramienia powierzać posady kościelne lub odejmować takowe; nie przyznają też patronom lub gminom prawa do mianowania i instalowania kapłanów, jak to czynią ustawy pruskie z r. 1874. (…)

W Belgii większość ludności jest szczerze katolicką, mimo to stronnicze prawo wyborcze przechyla dosyć często szalę na stronę liberałów czyli masonów, odznaczających się tamże diabelską iście nienawiścią do Kościoła. (…) Chcąc przeprowadzić wybory po swej myśli, wytężyli masoni wszystkie swe siły i skupili wszystkie związki liberalne w t. z. Federation liberale, na której czele stanął były minister Bara (1875). Krom tego propagowali znane już towarzystwa wolnomyślących, solidarnych, wolnożyjących, i wciągali do nich nawet kobiety, oświadczając głośno, że „pozyskanie kobiety będzie zdobyczą ogniska domowego, tej ostatniej kryjówki katolicyzmu i tradycji chrześcijańskich, jako też pozyskaniem dziecka, to jest, przyszłości” — urządzali w wielki piątek bankiety mięsne, zakładali szkoły bezreligijne, a dla zebrania „grosza szkolnego“ (denier des ecoles) wyprawiali po miastach „kalwakaty [tj. orszaki] z maskami”, to jest, istne saturnalia, gdzie w ohydny sposób wyszydzali religię; w końcu dla podkopania prasy katolickiej odbywali zjazdy, na których następne zapadały uchwały: „Należy wytaczać katolickim dziennikom procesy cywilne o znieważenie i oszczerstwo; po wtóre, starać się, aby trybunały skazywały na grzywny tych kaznodziejów, którzy publicznie występują przeciw gazetom liberalnym; po trzecie, ciągnąć przed sądy katolików tam, gdzie masoni są pewni przychylnej sobie większości”.

W ostatnich latach (1877) zawiązali nawet „kółka ateuszów”, w celu rugowania wiary w Boga, a na jednym z ich zebrań niejaki Thee nie wahał się wyrzec, że „ateizm jest czerwoną chorągwią filozofii i że chcąc wierzyć w Boga, trzeba zostać katolikiem; kto zaś odrzuca katolicyzm, musi w logicznym następstwie odrzucić także i Boga”. (…)

W Portugalii wszechwładna masoneria nie tylko postarała się o wyrugowanie z kraju Sióstr miłosierdzia, ale w organach, swoich poczęła głosić, że rząd powinien skonfiskować dobra pozostawione jeszcze duchowieństwu po rewolucji 1834 roku, znieść biskupstwa Elvas, Eveiro, Lonugo i Rinhel, jako zbyteczne, ogłosić wolność i równouprawnienie wyznań, aby przez to otworzyć pole propagandzie protestanckiej, angielskiej i amerykańskiej w Portugalii. (…)

W Meksyku okrutny prezydent Benito Juarez po kilku latach tyrańskich i niespokojnych rządów umarł nagle 18 lip. 1872, a miejsce jego zajął Tiburcio Lerdo de Tejada, który poprzednio był ministrem spraw zewnętrznych i jako taki do skazania na śmierć cesarza Maksymiliana wielce się przyczynił. Prześladowanie Kościoła trwało dalej. Mianowicie odnowiono dwa dawne prawa, z których jedno pozwalało rządowi wydalać z kraju wszystkich „niebezpiecznych cudzoziemców”, drugie zaś stanowiło, że ani nawet dwie, do zgromadzenia zakonnego należące osoby nie mogą mieszkać pod jednym dachem. Na mocy tych praw wtrącono najprzód do więzienia, a potem wygnano kilkunastu Jezuitów, trudniących się nauczaniem młodzieży. Krom tego w nocy z 25 maja 1873 wyrzucono z klasztorów pozostałe tamże zakonnice, tak że biedaczki znalazły się na ulicy bez żadnego przytułku, a niektóre były już podeszłe w latach. Jednego z biskupów dotknęła wysoka kara pieniężna za to tylko, że wróciwszy z Rzymu, jechał pontyfikalnie z pałacu swego do katedry.

Kongres, złożony w większej części z masonów, usunął w roku 1878 przysięgę i zaprowadził małżeństwo cywilne, a dwa lata później uchwalił zupełny rozdział Kościoła i państwa, w skutek czego zniósł wszystkie święta, z wyjątkiem niedzieli, przeznaczonej na wypoczynek dla urzędników, wzbronił władzom, korporacjom i wojsku uczestnictwa w obrzędach religijnych w charakterze urzędowym, wyrugował naukę religii ze wszystkich szkół, odmówił zakładom religijnym prawa nabywania dóbr nieruchomych, a wreszcie wydalił Siostry miłosierdzia z granic państwa (21 maja 1875). Mimo protestacji biskupów i oburzenia ludu, 410 „aniołów miłosierdzia”, jak je nazwał adres dam meksykańskich, musiało opuścić 43 zakładów, z których 28 utrzymywały kosztem prywatnej i własnej dobroczynności. (…) Antyreligijne edykty rządu wywołały w kraju rozruchy, i już w początkach roku 1876 jenerał Porfirio Diaz wystąpił zbrojnie przeciw niemu, a po kilkomiesięcznej walce został przez kongres zatwierdzony jako prezydent republiki (4 maja 1877). Prześladowanie Kościoła ucichło, lubo zdaje się nie na długo, bo radykalizm w spółce z masonerią gotuje nowe przewroty. W ostatnich czasach przybył jej nowy sprzymierzeniec, tak zwany Ancien Order of Astecs (zakon Azteków), który na polu politycznym dąży do oderwania granicznych prowincji od Meksyku i wcielenia ich do Stanów Zjednoczonych.

W małych republikach środkowej Ameryki miał Kościół czas jakiś spokój, zwłaszcza po zawarciu konkordatów ze Stolicą św., ale po roku 1871 i tu także masoneria wydała mu wojnę. Na wyspie Haiti rewolucja w r. 1867 strąciła prezydenta Geffrarda, sprzyjającego Kościołowi, po czym także arcybiskup Du Cosquer musiał ustąpić (zm. 1869). Tenże sam los spotkał również wikariusza apost. Guilloux; ale po r. 1870 nastąpił zwrot szczęśliwy, tak że X. Guilloux mógł objąć stolicę arcybiskupią w Port-au-Prince (1871). W republice Gwatemala radykalny rząd, z takim że prezydentem Miguel Garcia Granados na czele, nie tylko wydalił z kraju Jezuitów, ale arcybiskupa, Don Bernardo Pinol, i jego koadiutora skazał na wygnanie (1871). W roku następnym, podczas zaburzeń rewolucyjnych, jen. Rufino Barrios wypędził także Franciszkanów i Dominikanów do Kalifornii; objąwszy zaś rządy, wzbronił wszystkim księżom noszenia sukni duchownej, z wyjątkiem chwili, w której spełniają czynności duchowne, i poznosił wszystkie klasztory, z wyjątkiem jednego (1874). (…) W r. 1870 wydalono także Jezuitów z republiki San Salwador i Nikaragua, rozumie się za podmuchem sekty, która całą Amerykę uważa za swoje królestwo i szczególną nienawiścią zaszczyca Towarzystwo Jezusowe. Na wyspie Kuba, z powodu wysokiego opodatkowania wszystkich produktów, wybuchło długotrwałe powstanie przeciw rządowi hiszpańskiemu (1868), w którym z obu stron popełniono wielkie okrucieństwa, a przy czym i Kościół niemało ucierpiał. (…)

Pojedyncze stany związkowej republiki kolumbijskiej występowały co chwila z prawami antyreligijnymi. Tak n. p. w stanie Canca uchwalono ustawę, zabraniającą księżom wzywania wiernych do spełniania obowiązków wiary i rozprawiania o antagonizmie, jaki istnieje między prawami Kościoła i ustawami państwa. W stanie Curdinamarca zakazał rząd wszelkich obrzędów zewnętrznych i zasekwestrował wszystkie naczynia kościelne. Seminarium zamieniono na więzienie, a Kościołowi i jego korporacjom odmówiono praw przysługujących osobom moralnym, podczas gdy masonom nadano wszelkie przywileje. Krom tego pozwolono małżonkom starać się o rozwód po trzech miesiącach pożycia. W Nowej Grenadzie po chwilowej ciszy (od r. 1867) nastało znowu prześladowanie Kościoła. Znany jego wróg jen. Tomasz Mosquera, w. mistrz W. Wschodu kolumbijskiego, został wybrany prezesem senatu, do izby zaś wniesiono projekt wygnania wszystkich biskupów i wszystkich proboszczów (1877).

Zuchwalstwo radykalistów doszło do tego stopnia, że napadłszy na biskupa z Parto, zbili go bez litości i ściągnęli z niego sutannę, a natomiast narzucili mu mundur żołnierski i czerwoną czapkę. Za Leona XIII zawartą została ugoda z rządem zjednoczonych stanów Kolumbii (1885). W Wenezueli objął władzę dyktatorską jen. Antonio Guzman Blanco, członek loży masońskiej, co było hasłem do uciemiężenia Kościoła. Wnet też arcybiskup z Caracas, Don Sylwester Guebara y Lyra został wygnany do Port d’Espagne, a nawet mimo protestacji, zaniesionej do kongresu (12 kwietnia 1874 r.), złożony z godności. Mianowanych przez niego wikariuszów generalnych nie dopuszczono do urzędowania; krom tego seminarium biskupie zamknięto, klasztory i zgromadzenia wszelkie na zawsze zniesiono, majątek zaś tychże, jako własność narodową, skonfiskowano. Guzman Blanco nosił się nawet z myślą to zaprowadzenia w kraju protestantyzmu, to oderwania go od Rzymu, w czym narzucony przez niego na arcybiskupa w Caracas, Józef Manuel Arroyo (biskup z Gujany), okazał się powolnym narzędziem. Daremnie Pius IX protestował przez delegata swego X. Michała Barralt i upominał przeniewierczego biskupa; rząd nie tylko się nie cofnął, ale w roku 1874 także biskupa z Meridy, 83-letniego starca, skazał na wygnanie, gdzie tenże z nędzy życie zakończył. W r. 1876 ten sam prezydent w orędziu swoim do kongresu żądał utworzenia kościoła narodowego, w którym by arcybiskupa mianował kongres, biskupów wybierali proboszcze, proboszczów wierni. Wkrótce jednak po uchwaleniu najniegodziwszych ustaw przybył do Caracas delegat apostolski, biskup z Orope, i zdołał porozumieć się z rządem. (…)

Prawdziwą oazą pośród państw nowożytnych była republika Ekwador pod rządami prezydenta Dr. Gabriela Garcia Moreno, człowieka rozumnego, uczonego i sprężystego, a przede wszystkim szczerego katolika, którego dewizą były słowa, wypowiedziane w odezwie z 10 sierpnia 1873: „Skoro mamy szczęście być katolikami, bądźmy nimi całkowicie i otwarcie, bądźmy katolikami w życiu prywatnym i w polityce, oddajmy świadectwo prawdziwości naszego najgłębszego przekonania i naszych słów za pomocą aktów publicznych…“

Przejęty na wskroś zasadami religii, starał się uczynić z kraju, któremu przewodniczył, ideał chrześcijańskiej rzeczypospolitej. On to zawarł w roku 1863 ze Stolicą świętą konkordat, zapewniający religii katolickiej, jako religii państwowej, przynależne prawa, po czym tegoż roku złożył władzę w ręce Hieronima Carion, a sam zajął na powrót katedrę chemii w uniwersytecie krajowym. Wybrany ponownie w r. 1869 prezydentem na lat sześć, on jeden wśród rządzących zaprotestował przeciw zajęciu Rzymu (18 stycz. 1871) i ogłosił dekrety soboru watykańskiego, a nawet zaliczył je do fundamentalnych praw republiki, którą wkrótce potem Najśw. Sercu Zbawiciela uroczyście poświęcił (25 marca 1874). Na jego też wniosek ustanowioną została w r. 1873 przez senat i izbę deputowanych roczna danina świętopietrza, mająca być płaconą z dochodów państwa, „jako ofiara sprawiedliwości, wierności i czci Ekwadoru dla Głowy Kościoła”.

Dla spotęgowania wpływu religii, podniósł rozwolnioną karność w duchowieństwie świeckim i zakonnym, i w tym celu sprowadził z Europy gorliwych zakonników, zwłaszcza Jezuitów, Redemptorystów, Lazarystów i Braci szkolnych, którzy już to uczyli w szkołach, już to urządzali misje dla ludu, już pracowali około nawrócenia dzikich Indian. Popierając w len sposób moralne interesy kraju, starał się równocześnie o dobrobyt i oświatę. (…) Nic też dziwnego, że zjednał sobie powszechną popularność w kraju i szacunek u wszystkich katolików; za to sekta masońska, której loże rozwiązał, poprzysięgła mu zgubę. Garda Moreno przeczuwał, że padnie ofiarą nienawiści sekciarskiej, jak to dowiadujemy się z następującego listu, pisanego przez niego do Ojca św. roku 1875, prawie w przededniu śmierci:

„W dzisiejszych czasach, kiedy loże masońskie krajów ościennych, poduszczane przez Niemcy, miotają na mnie wszelkiego rodzaju obelgi i najsromotniejsze potwarze, a nawet potajemnie szukają sposobów, jakby mię zgładzić, więcej niż kiedykolwiek potrzeba mi Bożej opieki, aby żyć i umierać w obronie naszej świętej religii i tego ukochanego ludu, którym rządzić mi przyszło“. O zamachu, uknutym na niego w loży masońskiej w Limie, mówił także do apostolskiego delegata mons. Serafina Vannutellego, kiedy tenże opuszczał Ekwador, idąc w charakterze nuncjusza do Belgii; mimo to nie uląkł się śmierci, która go wkrótce potem spotkała. W lecie r. 1875 został on wybrany po raz trzeci prezydentem na lat sześć; nim atoli rozpoczął się ten okres, najęci przez sektę skrytobójcy Rayo, były kapitan i rządca prowincji Napo, Campuzano, Andrade i Cornejo, dokonali, niestety, zbrodniczego czynu. Szóstego sierpnia o pierwszej z południa, kiedy Garcia Moreno, po przyjęciu w tym dniu św. Sakramentów, modlił się w katedrze, wywołali go na ulicę, w onej chwili pustą, po czym już na schodach gmachu rządowego Rayo uderzył go ostrym nożem w kark, inni zaś dobili go strzałami z rewolwerów i sztyletami. Umierającego zaniesiono do kaplicy Matki Boskiej Bolesnej w katedrze, gdzie otrzymawszy absolucję i Ostatnie Namaszczenie, i przebaczywszy mordercom, skonał. Ostatnie jego słowa były: „Dios no muere“ (Bóg nie umiera).

Żal po jego śmierci był niezmierny. Senat i izba poselska rzeczypospolitej uchwaliły nadać mu zaszczytny tytuł „Odnowiciela ojczyzny i męczennika cywilizacji katolickiej “, złożyć jego zwłoki w odpowiednim mauzoleum i wznieść dla niego pomnik marmurowy lub bronzowy z tym napisem: „Rzeczpospolita Równikowa, wdzięczna Dr. Gabryelowi Garcia Moreno, najpierwszemu z synów swoich, zmarłemu za nią i za religię 6 sierpnia 1875 r.“

Ojciec chrześcijaństwa kazał za jego duszę odprawić nabożeństwo w kościele S. Maria in Traspontina i pozwolił uczcić go pomnikiem w bibliotece watykańskiej, na który sam 2.000 fr. ofiarował. Przemawiając zaś 8 wrześ. 1875 do pielgrzymów z Laval, takie poświęcił mu wspomnienie:

„Na północy cesarstwo potężne, które wbrew znaczeniu tego wyrazu nazywa się prawowiernym (l’ortodoxe), jęło się od kilku lat z stałością i wytrwałością, niestety, wciąż podtrzymywaną, zburzenia katolicyzmu w rozległych dzierżawach swoich, nie wahając się zastosowywać wszelkich środków, które do tego celu prowadzą.

„Inne cesarstwo, świeżo założone, które otwarcie wyznaje się protestanckim, dąży do zniweczenia religii katolickiej, nie tylko w swych granicach, lecz nawet na całej kuli ziemskiej.

Aby dojść do tego celu, wszelkich używa środków, wybierając z lubością najgwałtowniejsze sposoby zniszczenia, najwstrętniejsze i najniesprawiedliwsze, na jakie zdobyć się może szalony fanatyzm. (…)

Jeżeli smutny widok, tak rozdzierający serce, zniewala nas zwrócić oczy ku innej stronie, szukajmy tedy przedmiotu pociechy za Oceanem, a zobaczymy tu… Cóż zobaczymy tu ? Nowe pobudki smutku i żałości. Tam gdzie Hiszpania i Portugalia zatknęły krzyż Jezusa Chrystusa, ujrzymy biskupów i sługi święte jęczących wśród zgrozy więzień, ofiary wydane na pastwę wściekłości masońskiej, wykluczającej wszelki wpływ katolicki. Ujrzymy, jak niektóre z tych republik popisują się swą siłą, wyganiając biskupów, wypędzając zakonników i wyrywając oblubienice Jezusa Chrystusa ze spokojnych schronień, aby posiąść następnie dziedzictwo Kościoła.

„Jeśli wśród tych państw, oddających się szaleństwom, wznosi się dziwnym sposobem pod równikiem republika, wyróżniająca się rzetelnością tych, którzy nią rządzą, i niewzruszoną wiarą jej prezydenta, który okazał się coraz uleglejszym Kościołowi, pełnym nieograniczonego ku Stolicy św. przywiązania i pragnącym zachować w łonie republiki ducha pobożności i religii: to bezbożność oburza się i poczytuje to za policzek dany rzekomej cywilizacji nowożytnej; znieść ona nie może istnienia rządu, który poświęcając się materialnemu dobrobytowi ludu, dokłada zarazem starań około zapewnienia mu dobrobytu moralnego i duchownego, w przekonaniu, że to jest dobro prawdziwe, bo odnosi się ono nie tylko do znikomego życia obecnego, lecz i .do życia przyszłego, które trwa wiecznie. Oto dlaczego bezbożnicy zgromadzili się w ciemnościach jednej z republik sąsiednich, i tam, jako dzielni sekciarze, wyrzekli wyrok śmierci na czcigodnego prezydenta, który padł pod ciosem żelaza zabójcy, padł ofiarą swej wiary i swej chrześcijańskiej ku ojczyźnie miłości”.

Następca Garcia Moreno, prezydent Antonio Borrero, wysłał zaraz po objęciu rządów list do Ojca św. z prośbą o błogosławieństwo ‘)• Ale rewolucja radykalistów strąciła go już we wrześniu 1876 i wyniosła jen. Ignacego Ventimilla, stronnika masonerii, który po zwycięskiej bitwie (14 grudnia 1876) wszedł do stolicy. Zaraz też Jezuici opuścili kraj, duchowieństwo zaś poczuło tyrańską rękę rządu, zwłaszcza po porażce stronnictwa katolickiego (15 list. 1877). Kiedy arcybiskup z Quito, Józef Ignacy Checa, zaprotestował przeciw okólnikowi ministra spraw wewnętrznych Pedro Carbo, zaprzeczającemu biskupom prawa potępiania błędów w rzeczach wiary i grożącemu karą wygnania duchownym, którzy by się odważyli ganić rozporządzenia rządu, został z rozkazu loży w sam Wielki Piątek (30 marca 1877 r.) otruty strychniną, którą mu wrzucono do kielicha. Ventimilla nie tylko nie ukarał morderców, ale wystąpił groźniej przeciw Kościołowi. Dopiero interdykt rzucony na miasto Quito przez wikariusza kapitularnego Arsenio Andrade, trzęsienie ziemi, wybuch wulkanu Cotopaxi i wielkie wzburzenie ludu tak zastraszyły prezydenta, że wobec biskupa z Riobamba i licznego zgromadzenia przyrzekł odwołać wydane przeciw Kościołowi prawa (21 sierpnia 1877). Lecz był to tylko wybieg; wkrótce potem 28 czer. 1878 ogłosił, że uważa konkordat z 1863 za zniesiony. Burza ta przeminęła atoli prędko, dzięki katolickim uczuciom ludności; a następni prezydenci, Salazar i Caamano, rządzili w duchu konserwatywnym. W r. 1882 zawartą została ugoda ze Stolicą św., a rok później postanowił rząd wznieść w stolicy wspaniałą bazylikę ku czci Serca Jezusowego.

Rzeczpospolitą Peru nawiedzały częste trzęsienia ziemi i gorsze od tychże przewroty polityczne, wywoływane głównie przez sektę wolnomularzy, którzy też postarali się o wydalenie Jezuitów, później zaś zaprotestowali głośno przeciw encyklice Leona XIII Humanum genus. W r. 1872 minister wojny Gutierrez kazał zamordować prezydenta Balta, ale i sam padł ofiarą zemsty ludowej. (…)

W Boliwii uchwalono w ostatnim roku rządów Piusa IX konstytucję, zaprowadzającą wolność wyznań, niemożność łączenia charakteru kapłańskiego z mandatem senatora lub deputowanego, zniesienie jurysdykcji duchownej, konieczność exequatur dla aktów wydawanych przez Stolicę św., a w końcu klauzulę, oddającą sądownictwo nad biskupami najwyższej izbie sądowej. Protesty biskupów z la Paz i Cochahamba nie powstrzymały prądu radykalnego. Również i w republice Chili pojawiły się tendencje antykatolickie. Wskutek agitacji wolnomularzy, dążących do ziszczenia programu wielkiej loży chilijskiej, utworzyła się w izbach większość radykalna i uchwaliła prawa, na mocy których ogłoszono zupełny rozdział Kościoła i państwa, zniesiono sądownictwo duchowne i poddano urzędowemu placet wszystkie rozporządzenia papieskie. Kiedy protesty nie pomagały, biskupi (z Sant Jago, Concepcion i La Serena) w zbiorowym liście pasterskim z 5 paźdz. 1874 rzucili klątwę na wszystkich twórców i wykonawców tychże praw. Mimo wysileń sekty ludność jest tam szczerze katolicką, co też okazała podczas jubileuszu Ojca św. w roku 1877. Rząd jednak zostaje pod wpływem masonerii a w r. 1884 prezydent Santa Maria wypowiedział jawnie walkę Kościołowi.

Lepsze były stosunki w rzeczypospolitej argentyńskiej. Kiedy katolicy miasta Buenos-Aires urządzili w r. 1871 na intencję Ojca św. pielgrzymkę do kościoła Najśw. Panny w Lujano, rząd przewiózł ich tamże pociągiem bezpłatnym i nie przestawał popierać interesów religii. Za to podburzony motłoch spalił 28 lut. 1875 kolegium jezuickie Salvadora, przy czym sześciu Jezuitów poranił i pałac arcybiskupi zrabował. Rząd jednak był obcym tej zbrodni i przez konsula swego w Genui zapewnił Ojca św., że „jeżeli garstka złoczyńców odważyła się w Buenos-Aires wznowić smutne a dzikie sceny paryskiej komuny, to wiara, patriotyzm i szczodrobliwość Argentyńczyków niebawem zagoiły tę ranę“. Rzeczywiście, ofiarami katolików kolegium o.o. Jezuitów zostało wkrótce odbudowane, po czym nastąpiła chwila ciszy, wśród której pozakładano szkoły i kolegia katolickie, jako też pobożne stowarzyszenia i kilka dobrych dzienników, powznoszono kościoły, klasztory, seminaria i ochronki, poparto działalność misyjną pomiędzy Indianami w Pampasach i w Patagonii, dzięki gorliwej pracy Jezuitów, Lazarystów i Salezjanów, przysłanych przez X. Dom Bosco z Turynu. W roku 1884 na rozkaz prezydenta Roca, Kościołowi wrogiego, delegat apostolski Matera musiał kraj opuścić.

W Urugwaju, gdzie dopiero Leon XIII założył biskupstwo w Montevideo, prezydent Santos, łącznie z parlamentem, postanowił drakońskie prawo przeciw zakonom i ograniczył swobodę Kościoła (1885). W Paragwaju, po ukończeniu wojny z Brazylią i jej sprzymierzeńcami (1870), prezydent Jan Gili (od 25 list. 1874) starał się w ojczyźnie swojej przywrócić pokój, ale już w roku 1877 został zamordowany. Nigdzie jednak tak zuchwale nie występowała masoneria, jak w Brazylii, bo nie tylko członkami lóż zapełniła ministerstwo, radę stanu, izby i sądy, ale pokusiła się nawet o opanowanie bractw i kościołów. Nie opierał się jej zabiegom cesarz Don Pedro II, który zwyczajem dzisiejszych moderantów lawirował pośród skrajnych stronnictw; wszakże bawiąc w r. 1871 i 1877 w Rzymie, pod pseudonimem profesora Don Pedro d’Alcantara, bywał tegoż dnia z odwiedzinami w Kwirynale i w Watykanie, a na obiady zapraszał równocześnie ambasadorów przy Stolicy św. i przy dworze włoskim. On to w r.1871 zapowiedział zniesienie niewolnictwa, ale zarazem dał pochop do walki z Kościołem, mianując prezesem ministrów wicehr. de Rio Branco, naczelnika jednej gałęzi wolnomularstwa, zwanej Lavra Dio, podczas gdy druga gałąź, mająca nazwę „Orient zjednoczony brazylijski los Benedictinos”, zostawała pod rozkazami Joachima Saldanhy Marinho.

Do roku 1872 masoneria nie występowała otwarcie przeciw Kościołowi. Dopiero kiedy podczas uroczystego obchodu lóż w Rio Janeiro na cześć w. mistrza Rio Branco (za jego mowę w parlamencie przeciw niewoli), kapłan pewien wysławiał publicznie masonerię i ten panegiryk swój wydrukował, a biskup go za to zasuspendował: W. Wschód lóż Lavra Dio postanowił połączyć się z W. Wschodem los Benedictinos, by zjednoczonymi siłami uderzyć na Kościół. Wnet też posypały się w dziennikach najohydniejsze bluźnierstwa przeciw Trójcy św., Eucharystii i N. Pannie; to znowu banda bezbożnych, posłana przez lożę, rzuciła się na kaplicę i dom Jezuitów w Pernambuco, połamała wszystkie sprzęty, poraniła bezbronnych zakonników, tak że jeden z nich, Józef Virgili, zaraz umarł, a potem zniszczyła drukarnię katolickiego dziennika „Unia.” (14 maja 1873).

Władze nie tylko nie powstrzymały tego bezprawia, ale sama rada stanu dla przysposobienia broni przeciw biskupom uchwaliła w następnym miesiącu prawo, na mocy którego wszystkie bulle papieskie miały być poddane rządowemu placet, a klątwa nie miała mieć żadnych skutków cywilnych. (…) Według modły portugalskiej potworzyły się w Brazylii religijne stowarzyszenia wiernych (irmandades), mające swoje kościoły, cmentarze, szkoły i szpitale, a od władzy biskupiej prawie niezawisłe. Do tych to bractw wsunęli się masoni, już to by zawładnąć znacznym ich majątkiem, już to by pod płaszczykiem religii szerzyć wśród nich niedowiarstwo. Doszli oni do tego stopnia śmiałości, że gdy który z braci umarł — choćby bez Sakramentów — wystawiali jego ciało w kościele z godłami masońskimi, a sami, w też godła przybrani, otaczali trumnę, podczas gdy księża, z których niejeden należał do sekty, odprawiali nabożeństwo.

Najzuchwalej występowali w diecezji Olinda-Pernambuco, bo nie tylko ogłosili publicznie listę księży i członków bractw, zapisanych do lóż, ale w dziennikach miejscowych najstraszniejsze umieszczali bluźnierstwa. Nie mógł na to milczeć biskup tamtejszy, X. Vitalis Antoni Gonsalvez de Oliveira, mąż pełen ducha Bożego, który z celi zakonnej o.o. Kapucynów już w 27 roku życia wyniesiony został na tę stolicę (r. 1871). Opierając się na dekretach papieży (Klemensa XII, Benedykta XIV, Piusa VII, Leona XII, Piusa VIII, Grzegorza XVI, Piusa IX), wezwał on księży masonów do zrobienia abiuracji, bractwa zaś do wykluczenia ze swego grona wolnomularzy; a kiedy niektóre nie usłuchały, rzucił na nie interdykt. Tymczasem masoni, którzy koniecznie chcieli uchodzić za „masonów-katolików i budowniczych świątyni Chrystusowej”, wytoczyli tę sprawę najprzód przed prezydenta prowincji, a potem przed radę stanu, która natychmiast zawyrokowała, że dekret biskupi jest nielegalny, gdyż „mu brakuje rządowego placet, wymaganego nie tylko przez konstytucję, ale także przez niektóre sobory powszechne”, — że z tego powodu także bulle papieskie, potępiające masonów, nie mają w Brazylii żadnego znaczenia, — konsekwentnie, że biskup zbłądził i ma cofnąć interdykt (12 czerwca 1873). Nie uczynił tego cny pasterz, owszem ogłosił breve papieskie “Quamquam dolores” z 29 maja 1873, w którym Pius IX pochwalił jego postępowanie, i wydał sam broszurę, w której zbił wywody rady stanu. Niebawem odezwali się także inni biskupi i wielu świeckich. Rząd rachował na odstępców ze strony duchowieństwa, które począł karać grzywnami, ale wszyscy kapłani diecezji przesłali swemu biskupowi zapewnienie niezachwianej wierności; dwóch tylko księży nie chciało porzucić sekty. Tedy na żądanie wielkiego mistrza lóż, a prezesa ministrów Rio Branco, najwyższy trybunał uznał biskupa winnym „usiłowania pogwałcenia konstytucji”; po czym 2 stycznia 1874 zaaresztowano go wśród ogromnego poruszenia całej ludności i zawieziono do Rio Janeiro. Stawiony przed sądem, złożonym prawie z samych masonów, na wszystkie zarzuty te tylko odpowiedział słowa: „Jesus autem tacebat” za to senatorowie Goes Vasconcellos i Mendes d’Almeida wykazali jasno jego niewinność. Mimo to został skazany na cztery lata ciężkich robót fortecznych (21 list. 1874), którą to karę cesarz w drodze łaski zamienił na zwykłe więzienie w twierdzy Santa Cruz.

Wyznawcę w okowach pocieszała cała Brazylia katolicka, śląc za nim modły do Boga, a petycje do cesarza. Sam biskup z Rio Janeiro, mons. Lacerda, udał się do dostojnego więźnia, a rzuciwszy mu się do nóg, prosił ze łzami o błogosławieństwo, po czym krzyż swój własny włożył na jego szyję. Niebawem przemówił najwyższy pasterz. Przyjmując 23 marca 1874 liczną deputację Rzymian, wspomniał o rewolucji z r. 1789, a potem dodał: „W rewolucji, która obecnie postępuje także swoją drogą straszliwą, oddaje się cześć materii i powtarza się łupiestwo kościołów, prześladowanie duchowieństwa, wypędzanie szlachetnych, więzienie biskupów, rozstrzelanie i zabójstwa. W tym oto czasie w cesarstwie brazylijskim uwięziono biskupa za to, iż potępił wolnomularzy, potępionych tyle razy przez tę świętą Stolicę. Ale ponieważ między ministrami, którzy stanowią ów rząd, znajdują się masoni, zajmujący w sekcie wysokie stanowiska, postanowiono uderzyć w sprawiedliwego, aby utrzymać sekciarzy, i to wbrew danemu przyrzeczeniu ze strony tych, którzy reprezentują państwo“.

Mimo protestacji nuncjusza Sanguigni (z 24 lut. 1874), noty kard. Antonellego, zakomunikowanej posłowi brazylijskiemu, i własnoręcznego listu Piusa IX do cesarza (z 7 lut, 1875), rząd nie uwolnił biskupa z Olindy; owszem 1 lipca 1874 r. kazał uwięzić biskupa z Para, Antoniego Macedo Costa, iż bractwo wolnomularskie obłożył cenzurami, po czym skazano go również na cztery lata więzienia. Podobny los spotkał wikariuszów generalnych z Olindy i Para, X. Kamila de Andrade i X. Sebastiana Borges de Castilho.’) Ludność prowincji Pernambuco i Parahiba poczęła się burzyć, wołając: „precz z masonami”, ale te rozruchy stłumiono siłą zbrojną i jakby na odwet wypędzono z kraju obcych Jezuitów. Dopiero 18 września 1875, po upadku masońskiego gabinetu Rio Branco, ułaskawił cesarz uwięzionych biskupów, po czym bisk. Macedo Costa wrócił do swej stolicy, witany wszędzie jako tryumfator, a bisk. Oliveira udał się wprost do Rzymu. (…)

Teraz zwrócili masoni swą nienawiść przeciw biskupowi Antoniemu de Macedo Costa. W r. 1877 opanowali oni w Para kościół Najśw. Panny z Nazaretu i podczas głównego święta, obchodzonego tam przez dwa tygodnie, wyprawiali co wieczór na placu przyległym gorszące widowiska. Biskup, na wieść o tym, wzbronił nadal wszelkiego nabożeństwa i kazał kościół zamknąć, ale masoni wybili drzwi, pozapalali świece na ołtarzach i bez księdza odśpiewali litanię, po czym ohydne orgie trwały do północy. Podobne sceny powtórzyły się w r. 1879, i uchodziło im to bezkarnie, bo prezydent prowincji, Gonna y Abreu, był także masonem. Gdzieindziej znieważał na ulicy duchownych, lub wpadłszy tłumem do kościoła, wrzawą przerywali kazanie, jak to uczynili biskupowi z Rio Janeiro, mons. Lacerda, na którego nawet miotali kamienie. Ale ta właśnie zuchwałość masonów budzi u katolików zbawienną reakcję. Wielu świeckich ogłasza jawnie swe wystąpienie z sekty, w duchowieństwie podnosi się karność, pierwej niestety dosyć zaniedbana, a biskupi, szczękiem kajdan swych współbraci ze snu przebudzeni, zakładają coraz nowe seminaria, klasztory, stowarzyszenia i dzienniki. To podniesienie się ducha religijnego wpłynęło także na cesarza, że po ustąpieniu masona. Saldanhy Marinho powołał do rządów gabinet umiarkowany (1880). W r. 1889 wybuchła w Brazylii rewolucja, która obaliła tron Don Pedra II i proklamowała republikę. (…)

[W Anglii] przeszedł w obu izbach tak zwany „Public Worship Regulation“ bill, mocą którego mogą biskupi duchownych, wprowadzających zmiany w nabożeństwie, poddawać sądom duchownym (20 kwiet. 1874). Lecz nie wstrzymało to rozkładu kościoła anglikańskiego, jak nie pomogło mu łączenie się ze starokatolikami i ze schizmą wschodnią. Na kształt walącej się budowli traci on coraz więcej kamieni, które odbiera albo Kościół katolicki, albo przywłaszczają sobie sekty, by z nich budować wieżę Babel, Sekt tych narachował anglikański biskup Winchester aż 150; a są między niemi bardzo dziwaczne, jak np. Święci dnia sądnego, Mormoni, Christadelfi, Izraelici chrześcijańscy, Kościół postępowy, Sekta hrabiny Huntigden, Hufiec chwalebny, Armia zbawienia, Hufiec Alleluja, Misje nadziei, Osoby osobliwe, Deklamatorzy, Reformowani pokrzepiający, Bracia drugiego przyjścia, itd. (…) Dawny fanatyzm protestancki znacznie już ostygł, ale niechęci i uprzedzenia do Kościoła katolickiego niezupełnie jeszcze wygasły. Kiedy z Niemiec wypędzono Jezuitów, żądano także w parlamencie angielskim ich wydalenia (1872 i 1875), czemu atoli tak Gladstone jak później Disraeli stanowczo się oparli. W r. 1874, 27 stycznia, odbył się w St. James-Hall w Londynie meeting antykatolicki, w celu wyrażenia ces. Wilhelmowi i ks. Bismarckowi sympatii protestantów angielskich „za podjęcie walki z ultramontanizmem“; po czym wysłano deputację do Berlina, skąd znowu nie tylko od meetingu protestanckiego (7 lut. 1874 pod przewodnictwem Gneista) ale nawet od ces. Wilhelma przyszła odpowiedź dziękczynna. Podobne zgromadzenie odbyło się także w Glasgowie 7 paźdz. 1.874, gdzie nawet podburzony motłoch uderzył na procesję katolicką i kilkadziesiąt osób poranił (1875). (…) Masoneria W. Brytanii nie występowała tak zaciekle przeciw Kościołowi jak gdzieindziej; a jest ona tam bardzo liczną, bo wszakże wielka loża angielska miała około r. 1880 aż 1649 lóż

pod swoją obediencją, w. lóża szkocka 504 lóż, w. loża irlandzka 344 lóż; prócz tego były tam loże obrzędu staroszkockiego i irlandzkiego, z osobnymi radami najwyższymi na czele, jako też osobna kapituła ,,Templariuszów“. (…) Mimo szaty filantropii, którą się okrywa, jest ona nieprzyjaciółką Kościoła katolickiego, jak to wypowiedział Parkinson, mistrz loży w Middesex, z powodu wystąpienia w. mistrza of Ripon: „System Kościoła rzymskiego i system masonerii nie tylko nie dadzą się z sobą pogodzić, ale są sobie wręcz przeciwne”. Toteż z lóż angielskich wyszły z jednej strony loże kosmopolityczne o niebezpiecznych bardzo tendencjach, z drugiej zaś im to głównie zawdzięcza swój początek obrzydliwa „liga Malthusa”, starająca się powstrzymać wzrost ludności, jako też t. z. National education league, dążąca do tworzenia t. zw. School boards, które by ze szkół niższych rugowały całkowicie naukę religii .

Tymczasem Kościół katolicki w Wielkiej Brytanii krzepił się i udoskonalał na zewnątrz, na co zbawiennie wpłynęły już to wspaniałe uroczystości i pielgrzymki (np. w r. 1873 do Paray le Monial, r. 1874 do grobu św. Edmunda w Pontigny, już to prace takich biskupów, jak Manning, Grant, Ullathorne, Vaughan, Clifton itp., już to synody prowincjonalne, już to wreszcie stowarzyszenia świeckich. (…)Ta żywotność Kościoła, obok jedności jego obrzędów, pociąga ku niemu wyższe umysły i mnoży nawrócenia, tak że kiedy w r. 1850 było w Anglii 8 biskupów, 826 kapłanów, 597 kościołów i kaplic, 17 klasztorów męskich, 24.000 dzieci w katolickich szkołach: to w r. 1880 liczono 14 biskupów, 1962 kapłanów, 134 klasztorów męskich, 1175 kościołów i kaplic, 204.752 dzieci w katolickich szkołach. Co do liczby wiernych wynosiła ona w roku 1883 w Anglii i Walii 3.429.915 (…)

[W Stanach Zjednoczonych] podczas gdy katolicyzm na kształt wspaniałego gmachu wznosi się coraz wyżej, protestantyzm rozpada się na coraz nowe sekty, dzięki zasadzie „wolnego badania” i amerykańskiej konstytucji, która lubo sama przez się nie propaguje ateizmu, nie miesza się jednak w sprawy religijne. Jedne z tych sekt mają ściślejszą organizację i w ogólności szanują władzę duchowną, — to są anglikanie, lutrzy, prezbiterianie i t. p .; — inne błąkają się po bezdrożach illuminizmu i pseudomistycyzmu, — to są np. baptyści, metodyści, kwakrowie, shakers, spirytyści, mormoni itp.; — inni wreszcie hołdują pojęciom jałowego deizmu i racjonalizmu, — to są n. p. unitarianie, nie wierzący w Trójcę św. itp. Niektóre z nich mają kult dziwaczny i uwłaczający powadze religii, a nawet dążności niemoralne lub antysocjalne. Tak np. Adamici twierdzą, że należy chodzić nago, a obrzydłą tę doktrynę usiłują poprzeć biblią. Oneidaperfekcjoniści zaprowadzili wspólność kobiet; te same tendencje propaguje zakon „rycerzy“ i „nimf róży”, jako też związek „wolnej miłości” (free love), który powstał w Utyce (1858), a teraz szerzy się po wszystkich Stanach. Mormoni, zamieszkujący stan Utah nad jeziorem Słonym, zapowiadają odrodzenie świata przez poligamię i przyjęcie „złotych tablic Mormona”. W nowszych czasach spirytyzm szerzy się między najoświeceńszą ludnością Ameryki. W roku 1854 piętnaście tysięcy spirytystów podało do kongresu petycję o nadanie im praw odrębnej korporacji religijnej; odtąd odbywają oni swoje zgromadzenia. Na jednej z następnych konwencji obliczono, że do sekty spirytystów należy około trzech milionów obywateli amerykańskich, którzy zupełnie zerwali ze wszystkimi wyznaniami (…) Dla wielu Amerykanów zastępuje religię masoneria, którą słusznie nazwano małpą, naśladującą Kościół katolicki. Jest ona tam nader liczną, bo wszakże samo wolnomularstwo „regularne” miało w r. 1880 około 10.000 lóż, a 545.000 członków czynnych i trzy razy tyle nieczynnych (…)


Posted in Historia Kościoła | Leave a comment

Bp J. Pelczar: Pius IX i Jego Pontyfikat (18)

Część XVIII – Walka o kulturę w zaborze pruskim. Polacy w Rzymie

Srogim też było prześladowanie w W. Księstwie Poznańskim, co snadź Bóg sam tak zrządził, aby duchowieństwo polskie największą miało w tej walce zasługę i obcej braci mogło za wzór służyć. Już w marcu 1872 r. zwinięte zostały oba zakłady wychowawcze ks. prałata Koźmiana, wskutek czego 70 biednych uczniów, utrzymywanych jego i rodziny Żółtowskich groszem, znalazło się na ulicy, bez dachu i chleba. W tymże roku nastąpiło wygnanie Jezuitów. Czcigodnym Ojcom, którzy przez swoje misje takie zasługi położyli w Księstwie i na Śląsku, że nawet rząd nie szczędził im pochwał, wzbroniono potem, nim poszli na rozsypkę, nawet odprawiania cichej Mszy, choćby przy drzwiach zamkniętych; a tenże los spotkał przełożonego, X. Michała Mycielskiego, chociaż dom w Śremie był prywatną jego własnością (1873). Uprzątnąwszy się z Jezuitami, zabrano się do szkół. Według instrukcji z 24 maja 1842 r. „naukę religii miał pobierać każdy uczeń w swej ojczystej mowie”; tymczasem minister Falk, powołując się na rozkaz gabinetowy, wydał p. d. 16 list. 1872 rozporządzenie, aby od Wielkanocy 1873 r. w zakładach naukowych prowincji poznańskiej nauka religii pod względem języka wykładowego tym samym ulegała przepisom, co inne przedmioty naukowe, to jest, była wykładana po niemiecku. Arcyb. Ledóchowski, dbały o duchowne dobro dzieci, z których trzy czwarte nie rozumiały po niemiecku, napisał do rządu i samego cesarza (31 grud. 1872), by odwołano rzeczone prawo; a gdy to nie pomogło,’) okólnikiem z 23 lutego 1873, wydanym do nauczycieli religii przy szkołach wyższych, nakazał we wszystkich klasach, począwszy od najniższej aż do sekundy, wykładać religię w języku ojczystym większości uczniów, w sekundzie i prymie pozwolił zaprowadzić wykład niemiecki „aż do zmiany obecnych stosunków”, dzieci zaś pochodzenia niemieckiego polecił uczyć religii po niemiecku. Rozporządzenie X. prymasa, którego odwagę cywilną i wierność dla zasad nawet przeciwnicy musieli uznać, było zupełnie sprawiedliwe i rozumne, tak pod względem religijnym, jak narodowym i pedagogicznym, to też pochwaliła je Stolica św. w breve z 24 maja 1873.

Tymczasem rząd, pragnąc za pomocą szkół zgermanizować młodsze pokolenie, wezwał 18 marca 1873 wszystkich nauczycieli religii, aby się zdeklarowali, czy będą posłuszni rozporządzeniu arcybiskupiemu, czy rządowemu. Ponieważ wszyscy oświadczyli, że się zastosują do woli arcybiskupa, przeto rząd wytoczył im proces dyscyplinarny i złożył ich z urzędu, lub po prostu oddalił, a natomiast upoważnił nauczycieli świeckich do wykładania religii. Natomiast arcybiskup odmówił im misji kanonicznej, a nawet w razie nieposłuszeństwa zagroził karami kościelnymi, i polecił księżom uczyć religii poza szkołą, za co rząd surowymi karami tak księżom jak dzieciom pogroził (18 kwietnia). Kiedy prymas naukę religii przeniósł do kościołów, poczęto duchownych karać grzywnami, dzieci wydalaniem ze szkół, wskutek czego wykład religii poza szkołą musiał ustać. Odpowiedź arcybiskupa z 24 września 1873 r. na odezwę naczelnego prezesa Gunthera z 17 września, i interpelacja posłów polskich, wniesiona w sejmie 16 grud. 1873 przez Bogusława Łubieńskiego, a poparta dzielnie przez X. Jażdżewskiego, nie wstrzymały samowoli rządu.

Był to niejako utarczka podjazdowa; walna bitwa nastąpiła dopiero po ogłoszeniu ustaw majowych. By do niej uprosić pomocy z góry, poświęcił X. prymas obie diecezje opiece Najśw. Serca Jezusowego (8 grud. 1872), i wezwał wiernych do modlitwy. Wnet nietylko duchowni z parafianami swemi, ale i najznakomitsi obywatele słali do niego adresy z zapewnieniem, że „trwać będą przy swoim pasterzu do końca, aby bronić tego, co najdroższego w spuściźnie po ojcach otrzymali”. Umocnił go też listem swoim z 24 marca 1873 Pius IX i miłościwie pochwalił, że „raczej słucha Boga, niż ludzi, gróźb i gwałtów ludzkich nie lękając się zgoła”, a mianowicie, że „zmuszony do baczenia na rozmaitość języków pośród ludu swojego, nie wahał się, choć sam jeden, stawić oporu pewnemu rozporządzeniu, które naukę religii każe wykładać w języku niezrozumiałym dla większej części dziatek i młodzieży, a przez to podkopuje fundament katolickiego wychowania”. (…)

Zaledwie ustawa o kształceniu duchownych z 11 maja 1873 otrzymała moc prawną, a już 27 maja zawezwał prezes naczelny Gunther arcybiskupa, aby mu przesłał wszystkie dokumenty, odnoszące się do seminariów duchownych, celem przekonania się, czy będą mogły, na mocy § 6 prawa o kształceniu duchownych i obsadzaniu posad kościelnych, uzyskać uznanie ze strony rządu. Podobnie jak inni biskupi, odmówił arcyb. Ledóchowski temu żądaniu, a w odpowiedzi swej z dnia 10 czerwca oświadczył, że do przeprowadzenia praw tych, ręki swej nie przyłoży, — że seminaria jego diecezji nie potrzebują nowego potwierdzenia, bo je mają od dawna, ani urządzeń ministra oświaty, bo są już urządzone podług dekretów soboru trydenckiego i mają w Prusach zabezpieczone prawo egzystencji bullą „De salute animarum” z dnia 16 lipca 1821. Rząd natomiast, odbywszy w obu seminariach ścisłą rewizję, orzekł p. d. 30 czerwca, że seminarium teoretyczne poznańskie nie zostało uznane przez ministra wyznań za wystarczające, tak iżby zastąpiło wykształcenie uniwersyteckie, przepisane nowymi prawami dla duchownych, i odjął mu przynależne subsydia; po czym wezwał arcybiskupa (24 lipca), aby wyznaczył ze swej strony komisarza, który by wspólnie z komisarzem rządowym przejrzał statuta seminariów i dodane w roku 1866 „Notae”, celem zrobienia projektu reformy. Kiedy arcybiskup odpowiedział, że nie pozwoli na to, aby seminaria według zasad i dążeń, z duchem Kościoła katolickiego niezgodnych, były urządzone (8 sierp.), kazał prezes naczelny zamknąć seminarium poznańskie (20 sierpnia). (…)

W tym czasie nastąpiło zwinięcie pensjonatu Sióstr Serca Jezusowego (21 czerwca), alumnatu poznańskiego przy gimnazjum św. Magdaleny i domu XX. demerytów w Osiecznie (15 listopada). Przełożonego tegoż domu, zacnego X. Ant. Brzezińskiego, skazano na zapłacenie 100 talarów, księży zaś, posłanych tam na pokutę, obdarzono wolnością; lecz wszyscy, krom jednego, oświadczyli, „iż tylko na rozkaz arcybiskupa, który ich tu przysłał, ten dom opuszczą”. Posypały się też kary pieniężne na X. prymasa za wykonywanie władzy biskupiej bez pozwolenia rządu. Już 28 sierp, musiał zapłacić 200 talarów za to, iż X. Arendta instytuował na probostwo w Wieluniu; kiedy zaś, nie przyspieszając terminu, wyświęcił trzydziestu alumnów i rozesłał na parafie, wytoczono mu od razu trzydzieści procesów, księży zaś za każdą funkcję duchowną kazano ścigać policji i ciągnąć przed kratki. Młodzi rycerze Chrystusowi poszli pierwsi w ogień i wszyscy dotrzymali placu, chociaż niektórzy, jak np. X. Edward Drews, odsiedzieli po 14 miesięcy w więzieniu. Taki los spotkał wszystkich, którzy po ogłoszeniu ustaw majowych otrzymali jakąkolwiek posadę; obdzierano ich do ostatniej sukni i wtrącano do jednej kaźni ze złoczyńcami i żydami, jak n. p. X. Goczkowskiego i wielu innych. Krom tego wydalono wszystkich księży obcokrajowych, a obowiązanych do służby wojskowej wtłaczano w szeregi, zniesiony bowiem został przywilej, który duchownych wyższych święceń uwalniał od noszenia karabinu.

Tymczasem grzywny, nałożone na arc. Ledóchowskiego, doszły wkrótce do ogromnej sumy 30.000 talarów, i nie tylko zatrzymano wypłatę „pensji rządowej” (27 września) ‘), ale zabrano mu przez egzekucję najprzód parę koni i powóz, potem meble i ruchomości (2 listopada), tak że prymas, ciągle nękany i do tego chory, zamieszkał w dwóch małych pokoikach. Podobnież zagrabiono rzeczy sufragana poznańskiego, Jana Chryz. Janiszewskiego. Ciężką była wówczas dola książąt Kościoła. „Zamknięcie wszystkich instytucji duchownych, — tak pisze świadek i ofiara tego prześladowania — usunięcie zupełne kapłanów od szkółek elementarnych, zagrożenie młodych pokoleń, tak duchownych jak świeckich, zupełnym niepodobieństwem kształcenia się religijnego, ściganie po diecezji kapłanów, włóczenie ich po sądach i wtrącanie do więzień, wzbronienie nawet małym dziatkom zbliżyć się do swego biskupa, aby usłyszeć napomnienie i odebrać błogosławieństwo, czy to już nie dość utrapienia i boleści dla każdego biskupa, chociażby nad własną jego głową nie wisiały procesy, wyroki, egzekucje i groźby ? Dnia nie było w tym czasie, któryby nie był z sobą przyniósł nowego zapozwu, nowej groźby, lub smutnej innej wieści. Po takim nieustannym a długim dręczeniu stało się potem więzienie na chwilę przynajmniej wypoczynkiem”. Wśród tego ucisku słodką nader pociechą był dla prymasa list Ojca św., który tu w całości przytaczamy:

“Wielebny Bracie! Pozdrowienie i apostolskie błogosławieństwo! Jeżeli Pan Bóg chciał kiedy okazać ludziom, że Boską jest budowa Kościoła i dlatego właśnie daremnymi zawsze będą wymierzone przeciwko niemu napaści piekielnych potęg i ludzkiej złości, to pewnie teraz, Wielebny Bracie, tę prawdę jasno stawia przed oczy tych nawet, co widzieć nie chcą, skoro dozwala, aby wszystko sprzysięgło się na zagładę Kościoła. Wskutek zamiarów od dawna powziętych, długimi usiłowaniami do urzeczywistnienia doprowadzonych i rozwiniętych przez najzaciętszą sektę, która prawie wszędzie najwyższą władzę opanowała, skierowane widzimy przeciwko temu Kościołowi wzgardy, potwarze, ustawy, przemoc świata. Jego wyznawców wystawiają jako buntowników; biskupów, jakoby winnych rokoszu, skazują wyrokami sądów świeckich, karzą grzywnami, z urzędów składają i wypędzają z kraju ; znoszą zakony, duchowieństwu zamykają usta, w sprawowaniu urzędu samowolnie je ograniczają; zakazują wychowywania młodzieży w duchu kościelnym, by z jednej strony lud nie mógł się utwierdzić w religijnych zasadach, z drugiej zaś, by upadła nadzieja, że się wykształcą zdolni i uczciwi słudzy ołtarza; aby obalić cześć Bożą, grabią majątki Bogu poświęcone; sam najwyższy Kościoła sternik trzymany jest w niewoli, by, chociaż pozbawiony jest wszystkiego, nie mógł swobodnie, wedle sił, Kościołem rządzić. To wszystko, Wielebny Bracie, Twoje serce krwawi, ale i Nasze rozdziera, albowiem gdy ubolewamy nad wielkim, jaki Ciebie spotkał udziałem, tak dalece, że nawet i zdrowie Twoje przez tyle utrapień na niebezpieczeństwo narażone zostało, to oprócz tego widzimy jeszcze ono złe rozlane nie tylko na całą, jak jest długa i szeroka, Europę, lecz równie i na inne części świata. Cokolwiek bądź, sama wielkość nieszczęść i niezwyczajne ich rozpowszechnienie obudzą w nas nadzieję bliskiego wybawienia. Albowiem, jeżeli Pan Bóg wtedy, gdy chciał świat zbawić, tyle dozwolił diabelskiej przewrotności, że nawet nad Jego Synem srożyć się mogła, nie bez słuszności wnosić nam wolno, że tenże Bóg przez wyuzdane obecnie wysilenia piekła taką gotuje rzeczy naprawę i taki Kościołowi, wszelkiej pomocy pozbawionemu, przysposabia tryumf, iż wszechmocną potęgę widocznie uwydatniając, rozzuchwalone nawet serca do posłuszeństwa zniewoli.

Zresztą, Wielebny Bracie, im dotkliwszymi nękany troskami, wielkoduszniej wszystko i życie nawet obowiązkom Twojego urzędu poświęcasz i stanowczej a silniej za Kościół walczysz, tym też milszymi Nam czynisz dowody Twojej miłości i tym żywsze budzi się w Nas pragnienie, abyś prędzej i zupełniej do zdrowia powrócił. Dary zaś Twych diecezjan, które Nam przysłałeś, podziwiać Nam kazały tak gorącą miłość, a zarazem obudziły w Nas pewną żałość, że te jałmużny złożone zostały przez tych, którzy najcięższymi zewsząd gnębieni są klęskami. Przyjmijcie przeto zapewnienie wielkiej serca Naszego wdzięczności, Ty, duchowieństwo Twoje i lud Twój, dla których gorąco dopraszamy się u Boga, aby im takiego, jak ich pasterzowi, udzielił ducha i takiejże siły i stałości w wielkim niebezpieczeństwie, w jakim się znajdują; niechajże im i Tobie da Bóg wytrwałe zjednoczenie, które by wszelkie przeciwników siły złamało i ubezwładniło, gotując nowe sprawie słuszności zwycięstwo, Kościołowi zaś nową chlubę. Tymczasem jako wróżbę Bożej łaski i dowód szczególnej Naszej przychylności, z miłością udzielamy Tobie i obu Twoim archidiecezjom Nasze Apostolskie błogosławieństwo”.

Dan w Rzymie u św. Piotra 3 listopada 1873, panowania Naszego roku 28-go. Pius P. P. IX.

Wzmocniony apostolskimi słowy arc. Ledóchowski bronił śmiało, jak pierwej, praw Kościoła, a na wezwanie naczelnego prezesa z 24 listopada, by urząd swój arcybiskupi złożył, inaczej wytoczony mu będzie proces przed trybunałem dla spraw kościelnych, odpowiedział stanowczo (25 list.): „…Urząd biskupi, z przywiązanymi do niego obowiązkami i prawami, od Boga przez ręce Jego Namiestnika na ziemi odebrałem… Tego posłannictwa żadna świecka potęga zniweczyć nie jest zdolna… Nie może więc być mowy o złożeniu mnie z arcybiskupstwa przez jakikolwiek trybunał państwowy, i wszelkie tego rodzaju pokuszenia nie będzie miało przed Bogiem, Kościołem i przed światem katolickim znaczenia”… Następnie z odwagą, godną Bazylego lub Chryzostoma, oświadczył, że w czasach, gdy grożą cierpienia wszelkiego rodzaju, nie odstąpi swojej owczarni. Wkrótce potem zwołał obie kapituły, aby im dać ostatnie polecenia. Stanęli wszyscy kanonicy, krom jednego X. Dulińskiego, którego duma i zazdrość tak dalece zaślepiła, że w pismach publicznych miotał potwarze na prymasa i na oficjała Dorszewskiego, a potem przeszedł do obozu rządowego. Rozstanie było rzewne, przypominające scenę rozstania się papieża Sykstusa z diakonem Wawrzyńcem (…)

Smutno dla Wielkopolski rozpoczął się rok 1874, bo uwięzieniem jej pasterza, mimo że trybunał kościelny w Berlinie wyroku swego nie wydał. Już 3 lutego, o godzinie 4 rano, gdy jeszcze miasto pogrążone było we śnie, dyrektor policki Staudy, przy rozwinięciu znacznych sił policyjnych i wojskowych, wywiózł arcb. Ledóchowskiego do Ostrowa, gdzie mu wyznaczono szczupłą celę (Nr. 25″) na dwuletnie mieszkanie. (…)

Teraz rozsrożyło się prześladowanie na dobre, zwłaszcza gdy rząd z prawa o banicji duchownych (z 4 maja 1874) i o zarządzie wakujących biskupstw (z 20 maja 1874) skręcił sobie straszną pletnię. Dziewiętnastego czerwca zapublikowano wyrok trybunału, wydany 15 kwietnia, a składający arcybiskupa ze stolicy. Równocześnie przybył komisarz naczelnego prezesa, baron Massenbach, do konsystorza i przyaresztował kasę i całą registraturę. Biskup Janiszewski, skazany właśnie 19 maja na 2.200 tal. kary lub rok i trzy miesiące więzienia, zaprotestował przeciw gwałtowi ustnie, a potem na piśmie; toż samo uczyniły obie kapituły, krom X. Dulińskiego (d. 13 czerwca), kiedy naczelny prezes Guenther wezwał je do wyboru wikariusza kapitularnego. Oświadczyły one wręcz, że nie złamią swej przysięgi; a za niemi poszło wszystko duchowieństwo, z wyjątkiem niewielu zgniłych członków. Natomiast Massenbach zawiadomił 11 czerwca kapitułę i biskupa sufragana Janiszewskiego, że obejmuje zarząd gmachu konsystorza, kasy diecezjalnej (w której znaleziono 123.000 talarów), pałacu arcybiskupiego i domu XX. demerytów. Teraz wzięto się do kapituł. Biskup Janiszewski, po zaaresztowaniu wszystkich dochodów, został wywieziony do Koźmina (27 lipca), by tam odsiedzieć 15 miesięcy więzienia, po czym internowano go w Berlinie (24 lut. 1875). (…) Za biskupami poszedł do więzienia zastępca oficjała gnieźnieńskiego X. Wojciechowski (zm. 1875) i następca jego X. kan. Korytowski (8 wrześ. 1874 na 9 miesięcy w Trzemesznie), jako też wielka liczba księży i niemało świeckich; świeccy mianowicie za to, że nie chcieli wydawać ksiąg kościelnych i uznawać proboszczów rządowych. Pomimo wszelkich środków korupcji znalazło się zaledwie dziesięciu zdrajców, którzy życie zazwyczaj zdrożne ukoronowali jawnym odstępstwem. Kilku z nich poddało się później władzy kościelnej, tak że do r. 1886 tylko pięciu — Kubeczak, Kick, Brenk, Lizak, Rymarowicz — pozostało na uzurpowanych posadach. Stali się oni przedmiotem powszechnej wzgardy i ściągnęli na siebie wielką klątwę, którą na pierwszego z nich z uznania godną odwagą ogłosił z ambony kościoła w Włościejewkach ks. dziekan Rzeźniewski. Za to spotkało go złożenie z urzędu i banicja, podobnie jak wielu księży, skoro tylko opuścili cele więzienne. Jednych internowano po miastach protestanckich, innych wywożono za granicę, skąd niektórzy wracali na powrót do diecezji, by dla osieroconych parafii pełnić ukradkiem posługi duchowne, kryjąc się przy tym po domach i lasach przed bystrym okiem pruskich zbirów. Powtórzyły się wówczas sceny z czasów terroryzmu rewolucji francuskiej i wiele heroicznych czynów zapisano w księdze żywota.

Rok 1875 patrzał ze smutkiem, jak znoszono klasztory, jak wywożono z kraju Bogu poświęcone dziewice (Karmelitanki i Urszulanki), jak uwięziono powtórnie biskupa Janiszewskiego za udzielenie Sakramentu Bierzmowania (w paźdz. na sześć miesięcy), biskupa Cybichowskiego, sufragana gnieźnieńskiego J), za święcenie Olejów św. (22 kwiet. 1875 na dziesięć miesięcy), X. prałata Koźmiana i X. kanonika Kurowskiego (6 paźdz. 1875 na dwa lata) za samo podejrzenie, że są delegatami apostolskimi, większą cześć dziekanów za tajenie imienia delegata, — jak Massenbach karał duchownych za to, że nie chcieli wchodzić z nim w urzędową korespondencję, itd. Ale też rok 1875 widział z radością, jak Pius IX na konsystorzu 15 marca prymasa polskiego obdarzył purpurą, — jak do więzienia ostrowskiego szły adresy, powinszowania i listy ze wszystkich stron świata, — jak u duchowieństwa i ludu, mimo srogiego ucisku, nie zachwiało się męstwo. Było za co dziękować Bogu, to też Wielkopolanie więcej, niż kiedy indziej, oblegali ołtarze, a równocześnie słali do Ojca św. wyrazy najwyższej wdzięczności (w kwietniu roku 1875), których najwyższy pasterz nie zostawił bez odpowiedzi. (…)

Trzeciego lutego 1876 r. wypuszczono kardynała Ledóchowskiego z więzienia, ale ukazem naczelnego prezesa z 27 stycz. 1876 wzbroniono mu pobytu w prowincji poznańskiej i śląskiej, jako też w obwodach kwidzyńskim i frankfurckim pod grozą internowania w twierdzy Torgawie. Już noc przedtem czuwali mieszkańcy Ostrowa, wpatrując się ciągle w okna celi 25-ej, a równocześnie wieśniacy okoliczni gromadzili się na około dworca kolei. Snadź lękając się demonstracji, kazano go o świcie wywieźć z więzienia, i czym prędzej wsadzono do wagonu, do którego, oprócz landrata Dallwitza, wsiadł także zacny wikary ostrowski, książę Edmund Radziwiłł, i nieodstępny kapelan prymasa, X. Dr. Meszczyński. Lud widząc, że mu za granicę porywają ukochanego pasterza, jęknął z żalu, a równocześnie przypominając sobie, że w nim widzi uosobiony tryumf Kościoła, wydał przeciągły okrzyk, który zagłuszył świst lokomotywy: Wiwat! Niech żyje!

W parę godzin przybyło mnóstwo księży (do 200), szlachty i kilka tysięcy ludu, by pożegnać dostojnego pasterza, ale już było za późno; on tymczasem zdążał do Berlina, gdzie go powitali ze czcią członkowie frakcji katolickiej w parlamencie niemieckim. Gorącem było przyjęcie w starej Pradze, tak ze strony kardynała Schwarzenberga i całego duchowieństwa, jak ze strony świeckich, mianowicie zaś szlachty czeskiej i towarzystw katolickich; ale najpiękniejszą była chwila, kiedy prymas polski wjeżdżał do dawnej Jagiellonów stolicy. Niezmierne tłumy, z prezydentem Zyblikiewiczem i wikariuszem apost. X. Gałeckim na czele, czekały na niego na dworcu kolei, i pośród szpaleru, utworzonego z chorągwi, przeprowadziły do kościoła Panny Maryi, gdzie od ołtarza dał ludowi błogosławieństwo (15 lutego 1876). (…) Gdy policja, snadź na skinienie z Berlina, założyła swoje veto, wyjechał nagle z Krakowa (20go lutego), odebrawszy jeszcze na dworcu hołdy kapituły przemyskiej. Chcieli go zatrzymać w swoich murach katolicy Wiednia i Grazu, ale pilno mu było do Rzymu, nie po kapelusz kardynalski, lecz po to, aby ucałować stopy Namiestnika Chrystusowego i podziękować za opiekę nad Kościołem w Polsce. Nowym dowodem tej opieki było królewskie iście przyjęcie, jakie z rozkazu Ojca św. zgotowano w Rzymie prymasowi polskiemu. (…)

Tymczasem w Wielkopolsce nie ustawało prześladowanie. Wygnano z kraju bisk. Janiszewskiego, X. kan. Kurowskiego i do 100 księży, w skutek czego 1 stycznia 1880 było w diecezji gnieźnieńsko-poznańskiej 97 parafii, z 131.679 wiernymi, pozbawionych pomocy duchownej, a 201.745 katolików bez uporządkowanej służby Bożej. Ich duchowne potrzeby zaopatrywali ukradkiem wędrowni misjonarze, zostający pod kierunkiem wprawnego wodza X. Koźmiana, dopóki śmierć nie przecięła nagle pasma jego prac i zasług. Mściwy rząd pruski, który w roku 1876 wypędził z Gostynia XX. Filipinów i wyrugował z zakładów wychowawczych Siostry miłosierdzia, nie dawał spokoju nawet wygnańcom i wytaczał im ciągle procesy. Nie oszczędził też kard. Ledóchowskiego w Rzymie, skazując go zaocznie 9 lutego 1877 na półtrzecia roku, 26 maja t. r. na 7 miesięcy, a 7 list. 1878 na dwa lata więzienia; ponieważ zaś zachodziła uzasadniona obawa, że służalczy rząd włoski może go wydać Prusakom, przeto Pius IX umieścił go w Watykanie (kwiet. 1877), a tak z prymasem polskim cała Polska zamieszkała w domu Ojca chrześcijaństwa i stała się uczestniczką tych hołdów, jakie jej przy mas odbierał. On też wzajem wiódł Polskę katolicką do stóp Piusa IX (1877) i Leona XIII (1878 i 1881), który go również względami swymi zaszczycał, a w r. 1885 sekretarzem brew, później zaś prefektem Propagandy zamianował (zm. 22 lipca 1902).

Zakończenie walki kulturalnej, gdy z jednej strony pocieszyło Wielkopolską, bo jej kapłani wrócili z wygnania, a osierocone parafie otrzymały pasterzy, z drugiej zadało jej niemałą boleść. Rząd pruski, nienawidząc śmiertelnie wszystkiego, co polskie, nie tylko z oburzającym barbarzyństwem wyrzucił z kraju Polaków, niemających prawa obywatelstwa, i przeprowadził w r. 1886 t. z. ustawy antypolskie, by ziemię polską wykupić na rzecz kolonizacji niemieckiej, a przez szkoły zgermanizować młode pokolenie: ale postanowił nie dopuścić powrotu kard. Ledóchowskiego na stolicę św. Wojciecha. W skutek tego złożył arcybiskup rezygnację na ręce Leona XIII (1885), a kiedy wszystkich kandydatów Polaków odrzucono w Berlinie, został za radą arc. Krementza powołany na tą stolicę X. Juliusz Dinder, proboszcz królewiecki, Niemiec rodem, ale mówiący po polsku i prawego charakteru (20 stycz. 1886), o czym Leon XIII obie kapituły brevem z 2 lutego 1886 uwiadomił. Tożsamo biskup Janiszewski zrezygnował z godności sufragana poznańskiego (1886), którą w r. 1887 otrzymał uczony i gorliwy X. Edward Likowski, pierw rektor seminarium poznańskiego (…)

W Galicji, cieszącej się większą niż inne dzielnice swobodą polityczną, podniósł się także duch religijny po roku 1870. Wprawdzie złe prądy, panujące wówczas w Europie, nie pominęły i tego kraju, a nawet chwilowo w tym lub owym dzienniku znajdywały życzliwą gospodę: atoli ludzie głębiej myślący nie chcieli zrywać błogosławionego sojuszu narodowości z wiarą, ani też osłabiać wpływu Kościoła, wiedząc dobrze, że Kościół

jest nie tylko przewodnikiem jednostek do nieba, ale zarazem życzliwym opiekunem narodów i bacznym stróżem podwalin, na których spoczywa społeczeństwo. (…) Modny liberalizm znalazł najwięcej zwolenników w klasie średniej, a objawia on się tam brakiem silnych zasad, obojętnością lub uprzedzeniami względem Kościoła i zaniedbywaniem praktyk religijnych; z tym wszystkim obchód jubileuszów Piusa IX w całej Galicji, poświęcenie się Krakowa i Polski Sercu Jezusowemu (16 czer. 1875), przyjęcie nuncjuszów Falcinellego i Jacobiniego (1868, 1871, 1877 i 1879), rozmnożenie się konferencji św. Wincentego a Paulo, wreszcie rekolekcje, urządzane przez o. Jezuitów po miastach, dowiodły dostatecznie, że i w naszych miastach jest niemały zapas uczuć katolickich, które niby iskry tlejące w popiele, trzeba pierw

rozdmuchać.

W stosunku do Stolicy św. nastał zwrot pomyślny i już minęły te czasy, kiedy to u nas zachwycano się Garibaldim lub przyklaskiwano każdej rewolucji; dziś bowiem chyba ślepy nie widzi, że zaboru Rzymu dokonano na tych samych podstawach, co rozbioru Polski, i że rewolucja, wywróciwszy świecki tron papieża, stara się obalić Kościół i całą budowlę społeczną (…) Żywioły dobre wystąpiłyby nierównie silniej, gdyby gorliwiej pracowano nad religijnym wychowaniem dorastającej młodzieży i podniesieniem piśmiennictwa katolickiego, — gdyby zwłaszcza u mężczyzn więcej było poczucia obowiązku względem Boga i Kościoła, a mniej lenistwa, waśni i zbytku, — gdyby wreszcie w obozie katolickim większa zapanowała łączność, ofiarność, energia i odwaga cywilna. (…)

Nader smutnym był stan Kościoła ruskiego w Galicji. Nienawiść do Unii i narodowości polskiej, utrzymywana intrygą i pieniędzmi wrogiego mocarstwa, doszła u stronnictwa świętojurskiego do zastraszających rozmiarów i stała się prawie nieprzejednaną; a tę nienawiść szerzą ci właśnie, którzy winni być stróżami wiary i apostołami miłości. Czas jakiś pokrywali oni swe zamiary potrzebą obrony cerkwi i narodowości ruskiej przed „latynizmem i polonizmem“ i potrafili nawet wśliznąć się w łaskę biskupów; później jednak zrzucili maskę, kiedy liberalizm w Wiedniu, a schizma w Chełmskiem zażądały ich pomocy. W radzie państwa księża ruscy (…) głosowali 9 marca 1874 r. za przyjęciem projektu do praw wyznaniowych, czym jawnie dowiedli, że stracili nie tylko wiarę, ale i wstyd. (…)W nowszych czasach hajdamaczyzna i radykalizm, jako przednia straż socjalizmu, wzmaga się w społeczeństwie ruskim, podzielonym na dwa obozy — moskalofilów i Ukraińców — z których jeden i drugi jest wrogo usposobiony dla Polaków. (…)

30 maja [1877], o godzinie 10-tej w nocy, stanęli pielgrzymi nasi w stolicy chrześcijaństwa i za staraniem kard. Monaco la Valletta znaleźli pomieszczenie to w klasztorze o. Pasjonistów,

to w domach obok kościoła S. Maria Maggiore, to w domu ćwiczeń duchownych. Było ich z Galicki 220, z Wielkopolski 102, ze Śląska 100, razem 422, w tej liczbie kilkanaście niewiast; nadto X. Stojałowski przywiózł z sobą 80 włościan i trzech księży, a niektórzy przybyli osobno. Zaraz nazajutrz pospieszyło duchowieństwo wielkopolskie do swego pasterza, który je przyjął z otwartymi ramionami i ze łzami w oczach. Za duchowieństwem poszli włościanie wielkopolscy, za włościanami cała deputacja (2 czerwca). Na przemowy Franc. Żółtowskiego i Stan. Chłapowskiego, który prymasowi Kościoła polskiego złożył złoty medal, wybity na pamiątkę więzienia ostrowskiego, odpowiedział J. E. Ledóchowski w gorących słowach, upominając mianowicie do zachowania jedności. „Bracia mili, gromadną pielgrzymką waszą daliście dowód, że żyjecie, że jedni jesteście wiarą i miłością z Tym, co tam na górze (tu wskazał ręką na górne piętro Watykanu) nad nami steruje łodzią Piotrową. Z tej jedności pragnęłyby was wyłączyć w różnych dzielnicach Polski już to schizma, już to herezja, już wreszcie wolnomularstwo i liberalizm, będący cechą dzisiejszych czasów. Strońcie od tych wrogów świętej wiary naszej! I jedno jeszcze napomnienie, jedną radę przyjmijcie od waszego prymasa. Porządek nadprzyrodzony objawiać się powinien i odzwierciadlać w przyrodzonym rzeczy porządku. Kościół święty rzymsko-katolicki silny jest i nieprzezwyciężony jednością. Niechże ta jedność, na zgodności myśli i wspólności uczuć oparta, zejdzie do porządku przyrodzonego. Niech ustaną w ojczyźnie naszej nieporozumienia, a wzmocnimy się, i Bóg też sam widząc nas zjednoczonych w wierze i obywatelskiej cnocie, skróci chwile doświadczeń i rychlej zmiłuje się nad nami. Udzielam wam w końcu z całego serca błogosławieństwa! Niech ono płynie na Polskę całą“. (…)

Rano 6 czerwca zebrali się wszyscy w bazylice św. Piotra, a kiedy kard. Monaco La Valletta w kaplicy Najśw. Sakramentu rozpoczął Mszę św., 600 prawie Polaków, padłszy na kolana, zaśpiewało: „Twoja cześć chwała”. (…) Pobłogosławiwszy świętości, jakie z sobą mieli pielgrzymi, podniósł Pius IX głos swój i tak przemówił:

„Jeżeli, synowie moi, drogie mi są pielgrzymki wszystkich narodów, przybywające codziennie do Rzymu, dla pocieszenia uciśnionego Namiestnika Chrystusowego, to wasza pielgrzymka jest sercu memu jedną z najmilszych, tym milszą, że się zebrała wśród ciężkich dla waszego kraju okoliczności i trudności, pochodzących z ucisku, jaki ze wszystkich stron dotyka wasz naród. Zmęczony trudem dni ostatnich, krótko do was, synowie moi, przemówię, i krótkiej udzielę wam rady. W prześladowaniu trzech głównie cnót potrzeba, a wam bardziej, niż komukolwiek: cierpliwości, stałości i odwagi. Bo do cierpienia, dzieci moje, jesteśmy stworzeni. Tylko wytrwałość przezwycięża wszelkie uciski, a odwagą stoimy jak murem wobec gróźb prześladowania. A więc raz jeszcze powtarzam: cierpliwość, stałość i odwaga, i proszę Boga, by wam tych cnót tak potrzebnych, a w waszym położeniu tak koniecznych, udzielić raczył.

Znajdują się w waszym narodzie tacy, którzy by utrzymywali, że do tych trzech cnót dodać trzeba czwartą: siłę, siłę przeciwko sile, siłę przeciwko uciskowi. Nie, synowi moi, ja wam przypomnę przykład Namiestnika Chrystusowego, Piotra św., który chcąc bronić Pana swego mieczem, usłyszał od niego te słowa: mitte gladium tuum in vaginam. Nie siłą więc wam odpierać dzisiejsze prześladowanie, lecz siłą Kościoła, to jest, modlitwą i tymi środkami, które nakazuje roztropność. Jeżeli nawet modlitwa nie nawróci prześladowców, to stanie się na ich głowy węglem żarzącym. Ja więc w tym celu za was modlić się będę i błogosławię polskiej Koronie. A tu mi się przypomina, że dawnymi czasy często przychodził do mnie stary wasz jenerał [Szymanowski], bardzo mężny na polu walki, ale daleko jeszcze mężniejszy na polu obowiązku i wiary. Tłumaczył mi często powody, dla których Polska zasłużyła sobie na ucisk. Otóż ja wam daję błogosławieństwo na dusze wasze i na ciało wasze, na mienie i prace wasze, na życie i na śmierć. I daję wam błogosławieństwo na to, by ustały te powody prześladowania, o których mi mówił wasz jenerał, to jest te, które są w was: własne grzechy wasze, i na przypomnienie prześladowcom, że jeżeli Bóg jest długo cierpliwym i miłosiernym, to przychodzi czas, w którym się staje nieubłaganym.”

Ostatnie słowa wymówił papież z taką siłą, że zdało się obecnym, jakoby prorok Pański ogłaszał wyroki Boże. (…)

Niebawem nowym aktem okazał nieustającą swą o Kościół w Polsce pieczołowitość; był nim memoriał z 26 lipca 1877, odrzucony przez rząd rosyjski, a ogłoszony w Ossevatore Romano 4 lutego 1878 r. Kiedy w trzy dni później wieść o jego zgonie przyszła na ziemię polską, wszyscy jej synowie wydali jeden okrzyk boleści: „Zostaliśmy sierotami — nie masz naszego ojca“. Naród cały przywdział żałobę, kazał umilknąć muzyce i radości, a natomiast, pogrążony w smutku, otaczał kirem pokryty katafalk, na którym błyszczała tiara. Już w pierwszych chwilach powstała w Krakowie myśl uczczenia wielkiego opiekuna narodu pomnikiem na Wawelu, by w ten sposób spłacić choć cząstkę długu wdzięczności i pouczyć przyszłe pokolenia, gdzie w chwilach ciężkich mają szukać światła, pomocy i ulgi. Myśl zaiste piękna i sprawiedliwa; jeżeli bowiem Ruś umieściła bezzwłocznie popiersie Piusa IX w katedrze lwowskiej, jeżeli nawet Meksyk wystawił mu posąg w stolicy: czyliż Polska sama miała ściągnąć na siebie zarzut, że nie umie być wdzięczną? Przyklasnął też tej myśli cały naród, a składki możnych i ubogich posypały się tak prędko, że w krótkim czasie zebrano 15.000 złr. Kiedy atoli komitet w r. 1879 wybrał miejsce pod pomnik, ówczesny prezydent miasta Krakowa, Mikołaj Zyblikiewicz, zaprotestował przeciw temu wyborowi, podnosząc przy tym, że w katedrze, tym „Panteonie narodowym” niema miejsca na pomniki dla „cudzoziemców”. Hasło to, w tym wypadku nieprawdziwe, niepolityczne i niekatolickie, — bo papież dla katolików jest ojcem a nie cudzoziemcem — poruszyło ludzi płytko myślących, i ta właśnie okoliczność, jako też odjęcie restauracji katedry jest przyczyną, że pomnik, Piusa IX, nie stanął dotąd na Wawelu.

Posted in Historia Kościoła | Leave a comment

Bp J. Pelczar: Pius IX i Jego Pontyfikat (17)

Część XVII – W Kraju Przywiślańskim

Z niepohamowaną zaciekłością gnębił rząd rosyjski Kościół i naród polski, chcąc osiągnąć pożądaną wielce jedność religijną i plemienną; w tym zaś dziele zniszczenia miał na usługi chciwe krwi i łupu wojsko czynowników, ciemne a przy tym fanatyczne duchowieństwo prawosławne, podburzoną przez Katkowa i innych opinię publiczną, wreszcie polskich i ruskich iskariotów. Jakie były jego zamiary, poznać można z memoriału, napisanego przez nieznanych autorów, który O. Gagaryn, jezuita, wykrył i w Journal de Bruxelles (1872) wydrukował. Mianowicie postanowiono zagładzić najprzód Unię w Chełmskiem, a potem Kościół łaciński; ponieważ zaś trudno było kilka milionów łacinników przedzierzgnąć od razu w schizmatyków, przeto starano się uskutecznić to stopniowo, do czego miały prowadzić następujące środki: oderwanie Kościoła katolickiego w t. z. prowincjach zabranych od Rzymu i nadanie najwyższej władzy duchownej metropolicie, nowa organizacja diecezji i konsystorzów, urządzenie kolegium katol. petersburskiego na nowych podstawach pod prezydencją metropolity, zamknięcie akademii duchownej i seminariów, a otwarcie natomiast kursów teologii po wszystkich uniwersytetach, zniesienie celibatu duchownych, zaprowadzenie Komunii pod obiema postaciami i języka słowiańskiego lub rosyjskiego w liturgii, wreszcie utworzenie „kościoła narodowego” pod kierunkiem „synodu katolickiego”, i połączenie go z cerkwią prawosławną. Plan ten przynajmniej w części wykonał rząd ze znaną przebiegłością i tyranią.

W Królestwie polskim wygnano do roku 1870 wszystkich biskupów, prócz X. Juszyńskiego, biskupa sandomierskiego (zm. 1880), i X. Majerczaka, wikariusza apost. kieleckiego (zm. 1869),— zniesiono dekretem z 23 lipca 1871 zarząd dla obcych wyznań Królestwa, wcielając go do ministerstwa spraw wewnętrznych,— obdarto duchowieństwo i poddano tak ścisłemu nadzorowi, że nawet na odpust lub pogrzeb sąsiada nie mogli kapłani wyjeżdżać bez zezwolenia rządu, — zaprowadzono język rosyjski w administracji, sądownictwie i szkołach, tak wyższych jak niższych, i zrusyfikowano uniwersytet warszawski (1869); dla rozdzielania zaś społeczeństwa, podburzano lud prosty, ukazem z 2 marca 1864 uwłaszczony, przeciw duchowieństwu i szlachcie, trzymając się planu nakreślonego przez Mikołaja Milutyna. Krom tego, pod opieką rządu szerzyło się prawosławie, tak że w r. 1871 było już w Królestwie 54 cerkwi schizmatyckich i jeden klasztor we wsi Jabłocznie, a w jednym roku 1875 przybyło w siedmiu zachodnich guberniach 85 cerkwi. Aby rychlej dojść do celu, starano się z jednej strony skłonić biskupów wygnanych do rezygnacji (1872), z drugiej uzyskać w Rzymie zatwierdzenie kolegium petersburskiego, które dotąd było pod klątwą, i koncesję na wprowadzanie języka rosyjskiego do liturgii, obiecując natomiast zezwolić na obsadzenie kilku stolic biskupich. W tym celu nie tylko ajent rosyjski Kapnist szturmował ciągle do Watykanu, ale zapędzali się tam wielcy książęta (Włodzimierz, Michał) i sama carowa. Mimo to Stolica św. odrzuciła stanowczo to żądanie, słusznie odpowiadając, że nie ma wcale Rosjan katolików; toż samo nie uprawniła ówczesnego składu kolegium, natomiast zaś weszła w układy co do obsadzenia biskupstw, by opuszczonym owieczkom dać znowu pasterzy. (…)

Zaledwie wieść o układach doszła do Berlina, wnet inspirowane przez ks. Bismarka dzienniki jęły głosić, że w zbliżeniu się Rzymu do Rosji francuskie przeciw Prusom i Włochom ukrywają się intrygi. Chociaż wyjaśnienia, których dostarczył Watykan, równie były oczywiste jak stanowcze, i nie było nawet śladu jakichś knowań przeciw Prusom, ks. Bismarck nie tylko

się nie zaspokoił, ale użył nawet podstępu. Oto wymyśliwszy spisek Westerwella, kazał zabrać papiery X. Koźmiana i przesłać je do Petersburga, z tym komentarzem: „Papież zamianował arcybiskupa poznańskiego prymasem całej Polski, z jurysdykcją na cały kraj pod panowaniem cesarza rosyjskiego będący; kanonik Koźmian, jak się pokazuje, jest głową tajemnej na granicach Rosji ustanowionej nuncjatury, która rządzi katolickimi poddanymi Rosji”.

Książę Gorczakow zażądał zaraz wyjaśnienia z Watykanu i otrzymał od kard. Antonellego odpowiedź tej treści, „że godność prymasa otrzymywali dotąd wszyscy arcybiskupi gnieźnieńscy, jako przywiązaną do ich stolicy, żadnego jednakże nie mają oni zwierzchnictwa nad biskupami, — tego nikomu Stolica św. tak w granicach, jak i poza granicami Rosji nie udzieliła i udzielić nie może. Nie mając zaś urzędowej drogi do znoszenia się z klerem i katolikami w tym państwie, zmuszoną została szukać innych sposobów, od których nikt i nic zwolnić jej nie może”. W tym właśnie czasie niektóre dzienniki polskie, czy nierozumne czy też złośliwe, poczęły wołać w niebogłosy, że papież układa się z Rosją na zgubę Polski, gdy tymczasem papież myślał właśnie nad tym, jakby sparaliżować intrygi pruskie i przyjść w pomoc Kościołowi w Polsce. (…) Po długich układach udało się Piusowi IX zamianować kilku nowych pasterzy, lecz nie mógł uzyskać przywrócenia wygnanych, z wyjątkiem jednego X. Fijałkowskiego (…).

Mimo ucisku i ubóstwa podniosło się duchowieństwo w Królestwie polskim, osobliwie zaś w diecezjach warszawskiej, kujawsko-kaliskiej i kieleckiej, i podźwignął się ogólny poziom moralny. Niestety, liczba kapłanów była i jest za małą, by zadośćuczynić wszystkim potrzebom ludności, co tym więcej daje się uczuć, że z jednej strony socjalizm przez emisariuszów z Rosji i Szwajcarii wśród klasy zwłaszcza rzemieślniczej zapuszcza swe sieci, z drugiej pozytywizm w młodszym pokoleniu, demoralizowanym systematycznie przez szkoły rządowe, znajduje dosyć wielbicieli. (…)

Smutniejszym nierównie był i jest dotąd stan Kościoła w t.z. zabranych prowincjach. Jak się już rzekło wyżej, zniesiono tam dwie diecezje: kamieniecką (1866) i mińską (1869),*) a seminaria zamknięto, tak że w r. 1880 było tylko jedno seminarium w Wilnie, i to poddane prawieniu, to jest, rządowemu kierownictwu. Do konsystorzów wprowadzono język rosyjski i świeckich sekretarzy, by odgrywali rolę szpiegów; nadzór nad nimi miało kolegium duchowne, podległe prokuratorowi świeckiemu. Krom tego zabrano wszystkie fundusze duchowieństwa katolickiego, wyznaczywszy mu natomiast szczupłą pensję, i to tylko tym kapłanom, którzy są przy kościołach etatowych. Odtąd obowiązki duchowieństwa poczytane zostały za służbę rządową, od woli czynowników zupełnie zawisłą, tak dalece, że żaden ksiądz katolicki do sprawowania obowiązków duchownych dopuszczony być nie może bez pozwolenia gubernatora, a takie zezwolenie nie pierwej bywa danym, póki policja miejscowa nie da w tym względzie opinii. Nakazano przy tym, aby obejmujący zarząd parafii, lub przyjmujący jaki stopień w hierarchii duchownej, wykonywał przysięgę na wierność tronowi.

Duchowni nie mogą wydalać się poza obręb swojej parafii, ani też udzielać Sakramentów obcym parafianom, i zostają pod ciągłą kontrolą, jak niemniej ich kazania i nabożeństwa, a biada im, gdyby w jakikolwiek sposób znosili się z Rzymem, zaprowadzili jakieś bractwo, zwłaszcza Serca Jezusowego, lub wyjawili uczucia patriotyczne. Ponieważ język polski, wyparty z urzędów i szkół, schronił się do kościołów, przeto rząd postanowił wyrugować go stamtąd, a natomiast zaprowadzić w obrzędach i kazaniach język rosyjski, by w ten sposób utorować drogę schizmie. W tym celu wydany został ukaz z 31 stycznia 1870 roku, mocą którego zniesiono ukaz cara Mikołaja, wzbraniający wprowadzania języka rosyjskiego do kościołów katolickich, pozwolono katolikom, protestantom i członkom innych wyznań używać tegoż języka w czasie nabożeństwa, byleby tylko parafianie przedłożyli odnośną prośbę swemu proboszczowi, ten zaś zwrócił się do władzy duchownej, a władza odniosła się do ministra spraw wewnętrznych. Ukaz ten zezwala jedynie na używanie języka rosyjskiego, tymczasem rząd nie tylko wywarł na rządców diecezji proboszczów straszny nacisk, ale układał adresy do cara i kazał je podpisywać najprzód czynownikom, potem gminom. Oparł się temu silnie świątobliwy biskup żytomierski X. Kasper Borowski, i został niebawem wywieziony do Permu (8 sierp. 1870), skąd dopiero w r. 1882 wrócił do Płocka. W ślad za nim poszedł na wygnanie do Symbirska administrator X. Adam Kruszyński (1876) , po czym seminarium żytomierskie zwinięto, a kleryków przewieziono do Wilna. Przedtem jeszcze (1870) skazano na mieszkanie do Mitawy X. Aleks. Bereśniewicza, sufragana biskupa żmudzkiego X. Mac. Wołonczewskłego i zamknięto lub przemieniono na cerkwie schizmatyckie wiele kościołów rz. katolickich. Srogie nader katusze ponosiła Litwa. Nie dosyć, że ją ciemiężyli okrutni satrapowie: Murawiew, Kaufman, Potapow itp. jeszcze na jej wiarę godzili właśni synowie, a do tego duchowni.

Podczas gdy prawowity pasterz, X. Adam Stan. Krasiński, na wygnaniu w Wiatce tęsknił za swymi owieczkami, przewrotny prałat wileński, X. Piotr Żyliński, wdarł się po śmierci X. Bowkiewicza (1866) w rządy diecezji, by ją przy pomocy podobnych do niego duchem X. Jana Niemekszy i X. Edwarda Tupalskiego wtrącić w otchłań prawosławia. Wprawdzie X. Tupalskiego dosięgła wkrótce (8 maja 1872) ręka sprawiedliwości Bożej, lecz zastąpiły go inne, niemniej podłe narzędzia. Według ułożonego z rządem planu, już w r. 1869 wydany został, oprócz książki do nabożeństwa i ewangeliarza, rosyjski „trebnik“ czyli rytuał, który dyrektor wyznań hr. Siewers kazał biskupowi Staniewskiemu rozesłać po dyecezyach. Intruz Żyliński wydał natychmiast rozkaz, by wszyscy księża przyjmowali ten trebnik i stwierdzali przyjęcie swoimi podpisami; osobiście zaś objawił myśl swoją na zgromadzeniu duchowieństwa w Wilnie, przy czym z dumą podniósł, że podczas pobytu w Petersburgu dane mu było ucałować rękę carską. Wówczas 4 członków kapituły, 4 dziekanów i około 60 proboszczów lub wikariuszów oświadczyło się za rusyfikacją dodatkowego nabożeństwa, natomiast 7 kanoników, 29 dziekanów i 600 proboszczów lub współpracowników nie chciało sprzeniewierzyć się sumieniu. (…)

Najcięższa dola spotkała Unię w Chełmskiem, bo ją żywcem wtrącono do grobu. Jeszcze za rządów biskupa Kuziemskiego (1868—1871) znosił się przewrotny X. Marceli Popiel z hr. Tołstojem, prokuratorem synodu i ministrem wyznań, i obiecywał dobić Unię, byleby go zrobiono naczelnikiem diecezji i oddano wszelką władzę w jego ręce, z prawem rozkazywania nawet policji i wojsku. Życzeniom jego stało się zadość; po wyjeździe X. Kuziemskiego zamianowano go administratorem diecezji chełmskiej (16 mar. 1871 w. sk.), a krom tego wyrobił minister u cara ukaz tej treści: „użyć wszystkich środków, aby tę sprawę przeprowadzić”. Popiel postanowił działać oględnie, poznał już bowiem dobrze usposobienie duchowieństwa i ludu. Przede wszystkim postarał się o pomocników do niecnego dzieła, a w tym celu nie tylko otoczył się takimi zausznikami, jak Krynicki, Ławrowski, Cybik, Djaczan, Hoszowski i t. p., ale ściągnął z Galicji nowy zastęp księży, gotowych w każdej chwili odegrać rolę Judasza, i zwerbował do seminarium mnóstwo hołoty, którą już po kilku miesiącach, najdalej zaś po dwóch latach, święcił bułgarzyn Józef Sokolski, ten sam, co z rąk Piusa IX otrzymał był r. 1861 konsekrację biskupią, a potem dał się wywieźć do Kijowa. Równocześnie począł oczyszczać kościół katedralny ze wszystkiego, co przypominało Unię, i zniósł wiele dawnych świąt lub obrzędów. Po niejakim czasie wezwał dziekanów, by te same zmiany zaprowadzili w swoich dekanatach, a podobne instrukcje przesłał gubernatorom — siedleckiemu Gromece i lubelskiemu Boćkowskiemu, którzy naczelnikom powiatów nakazali czuwać nad ich wykonaniem. Niektórzy dziekani, jak Sew. Ulanicki, Aleks.

Koncewicz, Cyr. Chruściewicz, poddali się; mimo to księża dawniejsi nie przyjęli tych zmian, wskutek czego wielu z nich skazano na grzywny, kilku wyrzucono z parafii i ukarano więzieniem lub wygnaniem, a czterech wydalono za granicę (r. 1872). Tylko przybysze z Galicji nie wahali się spełnić woli intruza, ale lud, znający się na obrzędach, odrywał ich od ołtarza i wyrzucał z cerkwi, za co go znowu rząd karał kontrybucjami. (…)

Mając nieograniczoną władzę w ręku, wydał Popiel, w porozumieniu z Tołstojem, okólnik do duchowieństwa p. d. 2 października 1873 i wezwał takowe, by oświecało lud, że „obrzędy, przyjęte samowolnie z latynizmu, winny być usunięte”, i aby od 1/13 stycznia 1874 r. poczęło odprawiać nabożeństwo według dołączonej instrukcji, to jest, na modłę schizmatycką. Nim jeszcze termin ten nadszedł, kazał Popiel kilkunastu księży uwięzić, snadź dla postrachu, a równocześnie naczelnicy powiatowi objeżdżali dekanaty i odbierali od księży deklarację, czy

się zechcą poddać okólnikowi, czy nie. Tych, którzy dali odpowiedź odmowną, słano do Chełmu, by tam powtórzyli swoją deklarację; po czym mieli być uwolnieni od obowiązków i puszczeni wolno. Tymczasem jednych wtrącono do więzień, innych zasłano na wygnanie do Rosyi, innych oddano pod ostry nadzór policji, jeżeli im nie udało się wcześnie wyjść za granicę. W ogóle, dawniejsi księża krajowi stali twardo przy Unii, pominąwszy nieliczną garstkę małodusznych; za to wszyscy księża galicyjscy (z wyjątkiem X. Emiliana Piaseckiego) i wszyscy wyświęceni przez Sokolskiego (z wyjątkiem X. Józefa Lipińskiego) zgodzili się łatwo na apostazję.

Śladami cnych pasterzy poszedł lud unicki, osobliwie na Podlasiu. Ponieważ po wsiach pełno snuło się wojska i zbirów, przeto gromadzono się zwykle w nocy i to po gęstych lasach, przesyłając sobie umówione hasło: „będzie wesele”. Zaczynały się te wiece od wspólnej modlitwy, w której jeden z poważniejszych gospodarzy przewodniczył, a kończyły przysięgą, że nikt wiary nie porzuci. Przyszedł wreszcie dzień 1 stycznia 1874, według starego kalendarza. Lud przybył swoim zwyczajem do cerkwi i przypatrywał się bacznie nabożeństwu. Jedni kapłani odprawiali je po dawnemu, z wielką ludu pociechą. Słabsi na duchu udali chorych, albo tłumaczyli się przed ludem, dlaczego wprowadzają niektóre zmiany. Inni zastosowali się całkowicie do instrukcji Popiela. Tym lud złorzeczył, nawet w kościele, a niektórych wytrącił za drzwi i klucze cerkiewne z sobą zabrał. Ale wnet przybywał naczelnik powiatu z komendantem wojska, by wedrzeć się do cerkwi, którą lud piersiami swymi, niby murem żywym, otaczał. Wtenczas to przyszło w kilku miejscach do rozlewu krwi.

Do Drelowa n. p. nadciągnął naczelnik powiatu major Kotów z oddziałem wojska pod komendą kurlandczyka Beka. Obydwaj wzywali lud do rozejścia się i wydania kluczów, ale lud się nie ruszył. Kiedy Bek kazał wojsku uderzyć bronią sieczną, lud porwał za koły i kamienie, a nawet zdobył kilka karabinów, tak że dowódca dał znak do odwrotu i zapytał się telegrafem w Petersburgu, co ma dalej począć. „Pierebit wsiech”, wymordować wszystkich — taka przyszła stamtąd odpowiedź.

Bek rozkazał nabić broń, ale ślepymi ładunkami, i wystrzelić. Nastąpiła chwila uroczysta. Lud widząc, że nikt nie zginął, przez jednego ze starszych gospodarzy, nazwiskiem Semen Pałuk, oświadczył Bekowi: „Strzelaj na prawdę, jeśli masz władzę, jesteśmy gotowi zginąć wszyscy, słodko jest umierać za wiarę”; po czym wszyscy poklękawszy, zaśpiewali pieśń pobożną. Natychmiast zaświstały roje kul, i oto pięciu męczenników przybyło niebu, kilkunastu zaś włościan odniosło rany. Reszta uszła w popłochu, a za uciekającymi puściło się rozjuszone wojsko, by nieszczęśliwych katować, wiązać i prowadzić do więzień. Działo się to 17 stycznia 1874.

Straszliwą była katastrofa w Pratulinie, na Podlasiu (26go stycznia). Kiedy lud nie chciał wpuścić do cerkwi galicyjskiego intruza Urbana, zjechał tamże, na rozkaz okrutnego gubernatora Gromeki, naczelnik powiatu Kutanin. Zrazu chciał tenże uspokoić lud i w tym celu użył pośrednictwa włościanina Pikuły, powszechnie szanowanego w całej okolicy. Pikuła stanąwszy przed ludem, dobył z pod sukmany krzyżyk, padł na kolana i począł wymawiać głośno słowa przysięgi, które lud wszystek klęcząc za nim powtarzał: „Przysięgam na moje siwe włosy, na zbawienie duszy, tak jak pragnę oglądać Boga przy skonaniu, że na krok nie ustąpię od naszej wiary i żaden z moich sąsiadów tego uczynić nie powinien. Święci męczennicy tyle mąk ponieśli za wiarę, nasi bracia za nią krew przelali, i my także będziemy ich naśladować”. Zaledwie dokończył tych słów a już przybiegli żandarmi i porwali go do więzienia. Tedy dowódca wojska Stein, rodem Niemiec, wezwał lud do poddania się, a kiedy to nie pomogło, kazał wojsku przy puścić atak na bagnety. Włościanie chwycili za kije i kamienie, czym rozjątrzony Stein zakomenderował ogień plutonowy. Natychmiast lud zaprzestał obrony, a rzuciwszy się na kolana, począł śpiewać „Święty Boże“ i „Kto się w opiekę”. Kule leciały jak grad, padali zabici i ranni, nie wydając ani jednego jęku, śpiew tymczasem nie ustawał. Padło wówczas trupem dziewięciu, a czterech umarło tejże doby z ciężkich ran. Lżej rannych było wielu, do więzień zaś dostało się około osiemdziesięciu. Ciała pomordowanych zostawiono na cmentarzu, aby tym widokiem złamać opór ludu; ale skutek był wręcz przeciwny, bo lud zapalał się raczej do poniesienia męczeństwa, ciesząc się, że ma orędowników w niebie. (…)

Tymczasem zmieniono tylko sposób postępowania, i zamiast mordów użyto wygłodzenia. Rozlokowano bowiem wojsko po wsiach i nie tylko nakładano na mieszkańców ogromne kontrybucje w pieniądzach, ale zabierano im wszystkie zapasy i cały dobytek. Krom tego katowano ich bez litości, tak mężczyzn jak kobiety i niedorostków, przy czym niejeden pod nahajkami wyzionął ducha. Dzikiem okrucieństwem odznaczyli się wówczas naczelnicy Klimeńko, Czujkow, Kotów, major Gubaniew, a szczególnie Golowiński, który raz 30 kobiet kazał oćwiczyć rózgami, że krew zaczerwieniła ziemię, kiedy indziej zaś dziewczynę, omdlewającą pod batem, dobił sam nahajką. Lud, przywiedziony do rozpaczy, opuszczał swe domy i wśród ostrej zimy przenosił się do lasów, jakby katakumb podlaskich. (…)

13 maja 1874, wyszła encyklika „Omnem sollicitudinem“, wystosowana do arcybiskupa lwowskiego Józefa Sembratowicza i wszystkich biskupów ruskich, w której Pius IX napiętnował silnie samozwańca Popiela, a natomiast pochwalił „Rusinów chełmskiej diecezji, którzy woleli raczej wycierpieć wszelakie złe, a nawet życie swe na niebezpieczeństwo narazić, aniżeli ponieść na wierze uszczerbek i odstąpić od katolickich obrzędów“.

Encyklika ta, przełożona we Lwowie na język polski, dostała się niebawem do Chełmszczyzny i podniosła na duchu unitów. Za to rząd rosyjski nie tylko kazał polować za encykliką, ale rozszerzył przez Popiela kłamliwą wiadomość, że papież chce skazić obrządek wschodni i targa się na władzę cesarską; chcąc zaś znaleźć pozorny powód do nowych bezprawi, podburzył przez nasłanych emisariuszów rozdrażniony już lud przeciw księżom intruzom, w skutek czego niejednego z tychże wyrzucili z cerkwi i plebanii. Natychmiast sotnie kozaków i całe pułki wojska rozsypały się znów po Podlasiu, by nieszczęśliwych obdzierać do ostatniego kawałka chleba, słać setkami do więzień lub w głąb Rosji i bić tak okrutnie, że aż ciało odpadało od kości. Przede wszystkim katowano poważniejszych w gromadzie, albo ich słano na wygnanie. Tak n. p. z Białej wyszło jednego dnia 120 mieszczan, śpiewając w drodze do kolei pieśni pobożne, a na ich twarzach nie widać było rozpaczy nawet wtenczas, gdy się żegnali z żonami i dziećmi. Zaiste, część tym męczennikom XIX wieku!

Z drugiej strony czynowicy moskiewscy przypomnieli onych starostów za Decjusza. We wsi Czołomyjach jeden z nich — Kaliński — wygnał wszystkich mieszkańców w pole i wśród trzaskającego mrozu trzymał ich całą dobę bez pożywienia. Później puszczono lud, ale za nim wpadło do domów dzikie żołdactwo, otrzymawszy rozkaz od dowódcy: pohulać! W miasteczku Łomazach spędzono osobno mężczyzn, a osobno kobiety i dziewczęta, które zamknięto w ujeżdżalni; po czym naczelnicy Aleszko i Gubaniew odezwali się do mężczyzn: „No podpiszcie się, że przyjmujecie cyrkularz i będziecie chodzić do cerkwi”. Odebrawszy odpowiedź odmowną, krzyknęli podli barbarzyńcy: „A więc, kozaki, marsz do rajtszuli, i diełajtie z żenszczynami, czto chotite”. Kozacy wpadli natychmiast do ujeżdżalni, a mężczyźni, posłyszawszy rozpaczliwe krzyki swoich żon i córek, z rozdarłem sercem podpisali. Prześladowanie tak okrutne i tak długo trwające złamało wreszcie hart u słabszych, zwłaszcza gdy im złe duchy w postaci złych księży szeptały ciągle: poddajcie się, a będziecie mieć pokój. (…)

Dla ugruntowania niecnego dzieła, w miejsce wygnanych lub uwięzionych księży sprowadzono niemało popów prawosławnych zza Bugu; aby zaś unici nie mogli szukać pociechy w kościołach łacińskich, nie tylko liczbę tychże zmniejszono, ale wzbroniono najsurowiej duchowieństwu łacińskiemu udzielać unitom Sakramentów lub wpuszczać ich do kościołów. Wydano nawet ukaz, aby żaden kapłan łaciński nie ważył się chrzcić dzieci zrodzonych z małżonków, należących do obrządku łacińskiego i unickiego, który to edykt Kotzebuego (z 25 paźdz. 1875) administrator diecezji warszawskiej, słabego ducha X. Stan. Zwoliński, duchowieństwu zakomunikował. Wielu z nich chciało się ratować przyjęciem obrządku łacińskiego, ale małoduszny biskup lubelski, X. Walenty Baranowski, nie miał odwagi iść śladami XX. Felińskiego, Krasińskiego, Popiela itp. i publicznie ogłosił, że przechodzenie z obrządku grecko-unickiego na rzymsko-katolicki jest wzbronione, tak przez bulle papieskie, jak „przez rozporządzenia rządowe” (15 paźdz. 1874). (…)Co do kapłanów unickich, którzy nie splamili się apostazją, 74 internowano w kraju, kilku zapędzono w odleglejsze gubernie, a prawie 70 ratowało się ucieczką do Galicji. (…)

[Pius IX] z odwagą apostolską potępił bezprawia rządu carskiego. Kiedy 30 kwietnia 1877 r. stanęła przed nim pielgrzymka sabaudzka, wyrzekł do niej między innymi te słowa :

„W tych dniach, w chwili, kiedy to mówię, wielkie mocarstwo heretyckie wyprowadziło w pole liczne armie, uzbrojone w straszliwą artylerię, i oto w tym celu, aby ukarać inne mocarstwo niewierne, któremu zarzuca, że rządzi niesprawiedliwie i uciska bardzo swych poddanych, którzy należą do tej samej heretyckiej religii. Bój już się rozpoczął i nie wiem, które z tych dwóch mocarstw zwycięży. To wiem tylko, że na jednym z tych mocarstw, które się nazywa prawosławnym, a które jest schizmatyckim, ciąży straszliwa ręka sprawiedliwości Bożej, wskutek srogiego prześladowania katolików, które rozpoczęło się od tylu lat, a do tej chwili jeszcze nie zaprzestało” .

Słowa te sprawiły w świecie ogromne wrażenie, bo było to właśnie w początkach wojny rosyjsko-tureckiej (…) Wprawdzie wojna z Turcją wypadła w końcu pomyślnie dla oręża rosyjskiego, ale wewnątrz kraju powstał wróg srogi i niebezpieczny, jakby mściciel krzywd, zadanych Kościołowi i milionom dusz — nihilizm, dążący nie tylko do obalenia monarchii, by na jej gruzach wznieść republikę socjalistyczną, ale też do wywrócenia samych podwalin społecznych. Rozgałęziony we wszystkich warstwach, bo nawet w wojsku i seminariach prawosławnych, już w r. 1862, w okólniku herszta anarchistów Bakunina, ogłosił swój program ; później zaś zaznaczył się to okropnymi pożarami, których pastwą padały całe miasta, to zamachami na życie urzędników i samego cara, jak n. p. Karakasowa w r. 1866, Sołowiewa w r. 1879 i wielu innych. Opatrzność Boża zasłoniła po kilkakroć Aleksandra II i dopiero 13 mar. 1881 wypisała mu baltazarowe Mane…; w tym bowiem dniu, rzucone przez nihilistów na ulicy Petersburga, zdruzgotały mu nogi i rozerwały wnętrzności, poczym wśród okropnych bólów życia dokonał.

Leon XIII starał się przyjść w pomoc nieszczęśliwej cząstce owczarni swojej i już w roku 1880 nawiązał układy z carem Aleksandrem II, a po jego śmierci z Aleksandrem III (1881—1895), które z jednej strony prowadził nuncjusz Jacobini, z drugiej ambasador ros. Ubrył w Wiedniu i urzędnik Masołow. Nie bez trudności przyszła wreszcie do skutku ugoda (1882), obejmująca kilka ważnych punktów, jak obsadzenie sześciu stolic biskupich (warszawskiej, sandomierskiej, lubelskiej, płockiej, wileńskiej, łucko-żytomierskiej), uregulowanie kościelnej administracji w kilku innych diecezjach, zamianowanie sufraganów, otwarcie seminariów we wszystkich diecezjach i zabezpieczenie wolności wychowania duchownych, postanowienie pewnych norm dla akademii duchownej w Petersburgu, wreszcie usunięcie niektórych rozporządzeń rządowych, odnoszących się do duszpasterstwa. Było to również wielkim zwycięstwem, że tak na biskupów diecezalnych jak na sufraganów powołani zostali mężowie światli i dobrego ducha, podczas gdy zacni wygnańcy, arc. Feliński i bisk. Krasiński, wrócili do ojczyzny, otrzymawszy po złożeniu rezygnacji tytuły innych stolic. O wprowadzeniu języka rosyjskiego do nabożeństw dodatkowych nie było już mowy, bo rząd znał już dobrze zapatrywania Stolicy św.; lecz z drugiej strony nie dał się skłonić do jakichkolwiek ustępstw na rzecz unitów, uważając ich za prawosławnych. (…) Dopiero następca Aleksandra III (f 1895) Mikołaj II, po nieszczęśliwej wojnie z Japonią, ogłosił 30 kwiet. 1905 r. edykt tolerancyjny, w skutek czego do 200.000 dawnych unitów przeszło na łono Kościoła rzymsko-katolickiego.

Posted in Historia Kościoła | Leave a comment